Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla przedszkolaka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla przedszkolaka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 kwietnia 2016

Christina Björk "Rok z Linneą"

Linnea to imię pochodzące od małego różowego kwiatka, zimoziolu, który po łacinie nazywa się Linnea borealis. I tak własnie mam na imię - Linnea. Kwiatek najłatwiej znaleźć w lasach północnej Skandynawii. A mnie najłatwiej znaleźć w mieście, czyli w Sztokholmie, bo tu mieszkam. Ale uwielbiam kwiaty i liście, i w ogóle wszystko, co rośnie.
Mój przyjaciel, pan Blomkvist, nauczył mnie sadzić rośliny. Kiedy pracował jako ogrodnik, ale teraz jest na emeryturze. Mieszka w tym samym domu co ja .(...)
Jest jeszcze ktoś, kto ma rękę do kwiatów. To pan Kalle. Chociaż jego ręce częściej pobrudzone są farbą niż ziemią, bo pan Kalle pracuje w firmie malarskiej, która mieści się w naszym domu. Miesza tam farby. Pan Blomkvist i pan Kalle znają się od bardzo dawna. Już jako chłopcy bawili się razem na naszej ulicy. 

Kwiecień
Wiosna! Wiosna! Byłam na spacerze i zrywałam Anemone nemorosa. To łacińska nazwa zawilca gajowego. Nemorosa oznacza własnie, że kwiat ten rośnie w gajach. Zawilce spieszą się, by zakwitnąć, zanim jeszcze drzewa wypuszczą liście i zabiorą im całe światło. Czasem jest ich tak dużo, że wydaje się, jakby w lesie znów spadł śnieg!

Zabawy podwórkowe
-Niech mi pan opowie, w co się bawiliście z panem Blomkvistem, gdy byliście mali - poprosiłam. - I niech pan nie mówi, że nie pamięta.
Pan Kalle chwilę się zastanowił i opowiedział mi, jak grali w rynnę. W rynnę można grać tylko wtedy, gdy w poprzek chodnika od rynny do rynsztoka prowadzi zagłębienie, którym spływa woda. Trzeba też mieć piłeczkę tenisową. Wyszliśmy przed dom i pan Kalle razem z panem Blomkvistem pokazali mi, jak się w to grało.




Książka Leny Anderson i Christiny Björk autorek "Linnea w ogrodzie Moneta". Pięknie i z wielką starannością ilustrowana. Zrealizowana z pomysłem. Zaprasza do odkrywania swoich pasji. Jedną z nich może być obserwacja świata przyrody i jego twórcze odkrywanie. Poznajemy małą ogrodniczkę Linneę. Dziewczynka jest ciekawa, sama ma pełno pomysłów, ale też chętnie korzysta z pomocy i doświadczenia przyjaciół.
Książka ma konstrukcję miesięcznego kalendarza. Co miesiąc można doświadczyć czegoś nowego, poznać przyrodnicze ciekawostki, nauczyć się fajnej zabawy, zdobyć odrobinę wiedzy ogrodniczej.
Serdecznie zachęcam nie tylko do czytania, ale przede wszystkim do zainspirowania się.

Christina Björk 
Rok z Linneą
Ilustracje Lena Anderson
Wydawnictwo Zakamarki

środa, 9 grudnia 2015

Arnold Lobel "Żabek i Ropuch. Przyjaźń"

List 

Pewnego dnia Ropuch siedział na ganku swojego domu. Przyszedł do niego Żabek i zapytał:
- Co się dzieje, Ropuchu?
Wyglądasz na smutnego.
- Tak - odparł Ropuch. - To jest moja smutna pora dnia. O tej porze czekam na pocztę. zawsze mnie to bardzo przygnębia.
- A dlaczego? - zaciekawił się Żabek.
- Bo nigdy nie dostaję żadnych listów - westchnął Ropuch.
- Żadnych, żadniutkich? - zapytał Żabek.
- Absolutne żadnych - rzekł Ropuch. - Jeszcze nikt nigdy do mnie nie napisał. Moja skrzynka jest zawsze pusta. Dlatego czekanie na pocztę tak bardzo mnie smuci. 
Żabek i Ropuch siedzieli na ganku i obaj byli zmartwieni.
Nagle odezwał się Żabek:
- Muszę iść do domu, Ropuchu. Mam coś ważnego do zrobienia. I Żabek popędził do siebie. W domu znalazł ołówek i kartkę. Szybko coś na niej napisał i włożył ją do koperty. Kopertę zaadresował:"LIST DO ROPUCHA". Następnie wybiegł z domu. Zobaczył znajomego ślimaka.
- Ślimaku - powiedział Żabek - proszę, weź ten list i wrzuć go do skrzynki pocztowej Ropucha.
- Jasne - powiedział ślimak. - Już się robi.

Ależ to piękna książka. wszystko mi się w niej podoba - konstrukcja, warstwa literacka, ilustracje, poczucie humoru, czułość, mądrość.
Przeczytałam w tempie błyskawicy, nie mogąc doczekać się kolejnego rozdziału. Autor opowiada o świecie, rządzących nim prawach a przede wszystkim o relacjach w bardzo przekonywujący i przystępny sposób.
Dwaj przyjaciele dzielą się sobą w obliczu spotykających ich trudności - zgubiony guzik, smieszny wygląd w stroju kąpielowym, choroba... czekam na kolejne tomiki!
Tłumaczenie Wojciech Mann.

sobota, 17 października 2015

Lotta Geffenblad "Kamyki Astona", "Prezenty Astona"

Jest paskudny wieczór. Z cienia wypełzła jesień. Ścieżką idą duże kalosze. Pluska i chlapie, gdy Aston stawia kroki. Mama dźwiga ciężkie torby. Ser, szpinak i dorsz ze spożywczego. Nagle Aston się zatrzymuje. Widzi coś.
Kamyk - szorstki, mokry i lśniący.
Aston zdejmuje rękawiczkę i kładzie na nim łapkę.
Kamyk jest całkiem zimny. Biedny kamyk.
Gdy mama nie widzi, Aston wkłada go do jednej z toreb.
Wracają do domu.
Aston ma łóżeczko dla lalek, w którym kamyk może spać. Układa go w swojej czapce. Wreszcie kamień jest suchy,

Historia pieska, który zauważa niedolę kamieni i postanawia otoczyć je opieką. Wzrusza się ich trudnym losem i samotnością. Zanosi do domu,  by potem czule się o nie troszczyć - myć, otulać, znajdować im godne miejsce. W końcu jest ich na tyle dużo, że niezbędna jest interwencja rodziców.
Wielopłaszczyznowa, mądra książka. Uczy empatii, delikatnych oddziaływań rodzicielskich, zatrzymuje przy emocjach dziecka i jego ewentualnych problemach.
Część druga "Prezenty Astona" jest opowieścią o potrzebie dzielenia się i konfrontacja ze stratą Równie udana.
Na jesienne rozmowy i wspólne przeżywanie jak znalazł.

Lotta Geffenblad 
Kamyki Astona, Prezenty Astona
Ilustracje Autorki
Wydawnictwo Ene Due Rabe


sobota, 12 września 2015

Dimiter Inkiow "Ja i moja siostra Klara"

 Dobry uczynek
Pewnego razu Klara oznajmiła mi:
- Musimy dziś zrobić dobry uczynek.
- Dlaczego? - spytałem. Dlaczego akurat dzisiaj musimy to robić?
- Żebyśmy potem poszli do nieba.
- Ale Ja nie chcę dzisiaj robić dobrych uczynków. Wolę się z tobą pobawić!
- Dobrze, ale najpierw musimy zrobić coś dobrego. Ja już nawet wiem, co zrobimy. Podarujemy biednym ludziom trochę ubrań. Ty jakieś swoje spodnie, ja sukienkę.
To właśnie będzie nasz dobry uczynek.
- Ale gdzie ja znajdę biednego człowieka? - Klara zamrugała oczami nieco zbita z tropu.
- No tego, któremu miałbym dać swoje spodnie. To musiałoby być jakieś dziecko bez spodni. A Ja nie znam takiego dziecka. Chyba że ty znasz kogoś takiego.
- Nie, nie znam.
- No widzisz, to nie jest takie proste.
- A właśnie że bardzo proste - powiedziała moja siostra Klara. - Wystarczy zapakować spodnie i sukienkę do plastikowej torby i wystawić przed drzwi. Stamtąd zabierze je ktoś z Czerwonego Krzyża.. Nie widziałeś ogłoszenia na klatce schodowej? Takiego z czerwonym krzyżykiem?
- Widziałem.
- Tam jest napisane, że dziś odbędzie się zbiórka starych ubrań. a przecież wszyscy wiedzą, że one są dla biednych ludzi.
Znaleźliśmy więc plastikowa torbę i włożyliśmy do niej moje spodnie i sukienkę Klary. Potem pomyśleliśmy, ze te biedne dzieci, które będą nosiły nasze ubrania, na pewno maja równie biednych rodziców. Dołożyliśmy więc do torby sweter Taty i zieloną sukienkę Mamy. tedy Klara powiedziała, że skoro ktoś nie ma spodni, to na pewno potrzebuje też butów.
Nasz torba była pełna, prawie pękała w szwach. Ostrożnie znieśliśmy ją na dół. Przy wejściu stało już mnóstwo takich toreb. Wielu ludzi chciało pójść do nieba, ale nasza torba była największa.
- I nasze rzeczy są na pewno najładniejsze - powiedziała Klara

Dimiter Inkiow, bułgarski, niestety już nieżyjący pisarz, jest jednym z moich ulubionych twórców literatury dziecięcej.
Przygody Klary i jej brata stanowią trzytomową sagę rodzinną. Każdy z tomów zawiera  dwadzieścia kilka historyjek stanowiących odrębną całość. W opowiadaniach, to co niemożliwe okazuje się bardzo realne, każdy pomysł jest wystarczająco ciekawy, by wprowadzić go w życie. Dziecięca logika, niekoniecznie odpowiadająca percepcji dorosłych budzi pomieszanie którego nie sposób zapomnieć. Wszystkie tomy bardzo starannie wydane i znakomicie ilustrowane przez Justyna Mahboob.
Jeśli Ktoś szuka prezentu książkowego dla dzieci, trzy tomy przygód pomysłowego rodzeństwa zapewnia niewątpliwie dużo radości i serdecznych uczuć.

Dimiter Inkiow
Ja i moja siostra Klara
Ja, Klara i zwierzaki
Sto pociech z Klarą
Ilustracje Justyna Mahboob
Wydawnictwo tatarak

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Katarzyna K.Gardzina, Tadeusz Rybicki "Jezioro łabędzie"

Młodzieńcy zatrzymali się, oczarowani niecodziennym widokiem: oto mieli przed sobą dwa nieba, jedno skrzące się od gwiazd, zawieszone nad ich głowami i jego odbicie w lustrzanej tafl i jeziora, wysrebrzonej księżycem. I wtedy, znienacka, rozległ się głośny furkot skrzydeł, a na jezioro padł bezkształtny cień. Przerażony ruchem i hałasem Zygfryd poderwał kuszę i już miał strzelić na oślep, kiedy poczuł, że Benno łapie go mocno za ramię.

- Tylko spójrz, książę, tylko spójrz. - wyszeptał poruszony chłopak. Oto z nieba, wprost w wygwieżdżoną toń jeziora, sfruwało stado wielkich, majestatycznych łabędzi. Blask księżyca osiadał na ich śnieżnobiałych piórach, kiedy wodowały na jeziorze, zapewne znużone lotem. Łabędzie podpłynęły do brzegu i wyszły z wody. Zniknęły na chwilę w przybrzeżnych szuwarach, które natychmiast spowiła lekka mgiełka. I kiedy miały pokazać się ponownie, zamiast płatków z zarośli wyszła piękna dziewczyna w powiewnej, srebrzystobiałej sukni.

Znakomity pomysł na książkę dla dzieci. Jej ideą jest przybliżenie dzieciom świata baletu. Pozycja napisana przez znawców baletu i sceny teatralnej. Może nie zachwyca warstwą literacką, ale napisania jest poprawnie i ciekawie. W książce znajduje się:
  • bajka napisana na podstawie libretta,
  • lekki esej-gawęda opowiadający historię powstania utworu i wprowadzający w tajniki sztuki baletowej,
  • noty o twórcach: Piotrze Czajkowskim i Mariusie Petipie,
  • słowniczek pojęć baletowych,
  • tablice z podstawowymi pozycjami baletowymi.

Ładnie wydana i ciekawie ilustrowana. Zachęcam do zakupu, a przede wszystkim do odkrycia piękna baletu.

Z serii Bajki Baletowe ukazały się jeszcze: Dziadek do orzechów, Kopciuszek, Romeo i Julia, Coppelia, Don Kichot, Pulcinella.

Jezioro łabędzie
Katarzyna K.Gardzina, Tadeusz Rybicki
lustracje Klaudia Polak-Szewczyk
Wydawnictwo Studio Blok

sobota, 20 czerwca 2015

Simms Taback "Płaszcz Józefa"

Ze wstępu do książki:

Józef miał kiedyś płaszcz, cały w dziurach – dokładnie jak ta książka! Kiedy płaszcz mu się zestarzał i zniszczył, przerobił go na kurtkę. Na co przerobił kurtkę? Co zrobił potem?
Dzięki otworom, które tak sprytnie wycięto w kartkach tej książki, zobaczysz, na co Józef przerabia swoje stare ubrania, zanim – cóż… – nie pozostanie mu zupełnie nic… Józef zrobi jednak coś, nawet z niczego!

Przepiękna książka. Pomysł absolutnie niezwykły. Ilustrator i autor w jednym przybliża kulturę żydowską w prosty, atrakcyjny sposób. Sama historia jest nieco osobliwa - od płaszcza przez guzik, aż do momentu, gdy nie ma już nic i wówczas ... można zrobić coś z niczego. Dorosły z pewnością znajdzie tu temat do refleksji, a dziecko może zaciekawić się życiem i tradycją Żydów.
Książka ma dziury, najprawdziwsze dziury w kartkach. Oczywiście taki był zamysł autora.
Ślicznie ilustrowana, bardzo kolorowa i pięknie wydana. Warto ją mieć u siebie, choć czyta się 5 min.


niedziela, 8 lutego 2015

Roksana Jędrzejewska-Wróbel "Florka. Z pamiętnika ryjówki", "Florka. Listy do Józefiny", "Florka. Listy do babci"

październik, po dobranocce
Kochana Józiu!
Za oknem już ciemno. I dobrze, bo ta ciemność pasuje do mojej złości. A taka jestem dzisiaj zła, że
nie wiem. Na rodziców! Ale opiszę Ci wszystko po kolei. Rano wyszłyśmy z koszatniczkami na dwór, żeby się pobawić, ale jakoś nam nie wychodziło. Jak zaczęłyśmy grac w gumę, to nam pękła. Ta guma. A jak ja Michalina zawiązała na supeł, to pękła jeszcze raz, zupełnie jakby robiła nam na złość. No to zaczęłyśmy grać w klasy. Pierwsza skakała Celestyna, ale tylko chwilkę, bo zaraz się przewróciła. Starła sobie kolano i zaczęła okropnie płakać. Chciałyśmy ją pocieszyć i szybko wymyślić jakieś fajne zajęcie, żeby przestała się tak strasznie drzeć. Ale oczywiście nic nam nie przychodziło do głowy. Dziwne, ale tak to już jest, jak się chce coś bardzo szybko zrobić, to za żadne skarby nie wychodzi.
Myślałyśmy i myślałyśmy, a Celestyna się darła i darła. Miałyśmy już iść do domu i wtedy mi się przypomniało! "Sekrety!", wrzasnęłam tak głośno, że nawet Celestyna przestała płakać. Zrobiło się przyjemnie cicho i wtedy opowiedziałam koszatniczkom o zabawie, o której kiedyś usłyszałam od babci. A potem uzbierałyśmy całe mnóstwo śliczności - piórka, kolorowe liście, uschnięte skrzydełko motyla i nasionka sosny. Wykopałyśmy dziurkę w ziemi - taką niedużą - ułożyłyśmy wszystkie te cuda i przycisnęłyśmy kawałkiem szkła, takim zupełnie nieostrym. Śliczny był ten sekret! Wyglądał jak
piękny obraz, taki z muzeum. A jak Albertyna dodała jeszcze sreberko  po dropsach mszycowych, to się zrobił tak piękny, że nie wiem. Zakryłyśmy go ziemią, ale co chwilę rozgrzebywałyśmy pazurkami, żeby sobie popatrzeć. Ale najfajniejsze, że był tylko nasz. Przyrzekłyśmy uroczyście, że nigdy nikomu go nie pokażemy. i ze będziemy do niego zaglądały, jak będzie nam smutno, albo jak się będziemy nudzić. Ojejku, mówię Ci, Józiu, jak ja lubię tajemnice! Można je sobie szeptać na ucho no i ciągle trzeba pamiętać, żeby się nikomu nie wygadać. Jak wróciłam do domu, to musiałam bardzo uważać, żeby nic nie powiedzieć rodzicom. Usiadłam do obiadu z bardzo tajemnicza miną i nie mogłam się doczekać, kiedy mnie zapytają, w co się bawiłyśmy. Wtedy mogłabym im odpowiedzieć, że bardzo mi przykro, ale to TAJEMNICA.
A oni by się zdziwili i pytali, a ja nic więcej bym nie powiedziała, bo przecież jak tajemnica, to tajemnica. Ale by było fajnie! Ale nie było, bo wszystko popsuli. Wyobraź sobie, Józiu, że zjedliśmy zupę i drugie danie, a oni ani słowa! No to przy galaretce z chrząszcza nie wytrzymałam i krzyknęłam:"Nie powiem wam, w co się bawiłam, bo to sekret." Ale mama zamiast mnie wypytywać, spojrzała tak jakoś nieprzytomnie, uśmiechnęła się i powiedziała:"Oczywiście, Florciu, oczywiście." a tata pogłaskał mnie po głowie i w ogóle się nie odezwał. No to ja się obraziłam i poszłam do swojego pokoju. Do kitu z taką tajemnicą, o którą nikt nie wypytuje!
Całuski jak wściekłe kluski, Twoja Florka.

Wspaniała seria. Pełna radości, ciepła, optymizmu. Florka jest małą "dziewczynką ryjówką".Ma rodziców, rodzeństwo, wspaniałą babcię, koleżanki koszatniczki, przyjaciółkę Józefinę. Historia Florki jest właściwe opowieścią o dziewczynce w wieku przedszkolnym i jej codziennym życiu. Poznawanie świata, zachwyt nad nim, humor sytuacyjny wynikający z dziecięcego rozumienia rzeczywistości tworzą bardzo sympatyczną opowieść.
 Mnie ujęła współpraca między autorką i ilustratorką. Całość bowiem jest ciekawa, spójna, ładna i starannie wydana.

Rokasna Jędrzejewska-Wróbel
Florka.Z pamiętnika ryjówki.
Wydawnictwo Literatura
Ilustracje Jona Jung

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Włodzimierz Fijałkowski, Roksana Jędrzejewska-Wróbel "Oto jestem"

Oto jestem, ilustrowana opowieść o pierwszych miesiącach życia

Mieszkam w dużym mieście i jestem lekarzem położnikiem.To znaczy, że opiekuję się dziećmi, kiedy przebywają jeszcze w brzuchach swoich mam, i pomagam im bezpiecznie się urodzić. Tego letniego wieczoru, kiedy dzień chylił się właśnie ku zachodowi, siedziałem przy biurku w swoim pokoju i przygotowywałem się do ważnej konferencji. Przede mną leżały jak zwykle stosy grubych książek i zeszytów. Wśród nich duża, kolorowa fotografia małego Wojtusia - 10-tygodniowego chłopczyka w łonie swojej mamy. 
Mały Wojtuś to bardzo ważna osoba w moim życiu. Ten malutki chłopczyk, sfotografowany specjalną kamerą na długo przed swoim urodzeniem, przypomina mi zawsze o tych, którzy są w mojej pracy najważniejsi. A najważniejsze są przecież te wszystkie, podobne do niego maleńkie dzieci i ich mamy, które tak bardzo potrzebują mojej troski. Jednak dorosłym zdarza się czasem zapomnieć o tym, co najważniejsze, zwłaszcza kiedy są ciągle zajęci, czytają mnóstwo grubych książek i chcą być ciągle mądrzejsi i mądrzejsi... Dlatego własnie oprawiłem zdjęcie Wojtusia w ramki i postawiłem na biurku już dawno temu. Przez te wszystkie lata przyzwyczaiłem się do jego milczącej obecności. Ja pracowałem, a on drzemał, nieświadomy nawet, jak wielką przysługę mi wyświadcza. Ilekroć podnosiłem głowę znad notatek, spoglądałem na uśpionego malucha. Tego wieczoru zanim jeszcze zapadł zmrok, także na niego zerknąłem.
 W tym momencie smuga zachodzącego słońca rozjaśniła zdjęcie Wojtusia, a on sam otworzył oczy i powiedział:
- Znamy się już tak długo. czy możemy porozmawiać?
- Zaniemówiłem ze zdumienia i lekko uszczypnąłem się w ramię. Jednak to nie był sen. ramię zabolało, a mały Wojtek nadal wpatrywał się we mnie pogodnie. Nawet leciutko się uśmiechnął, jakby rozbawiony moim zaskoczeniem.
- Co? Dziwisz się, że mówię? Nie do wszystkich się odzywam. Słyszą mnie tylko ci, którzy chcą słuchać. A poza tym wydaje mi się, że my dwaj jesteśmy do siebie podobni - kontynuował nie zrażony moim milczeniem. Roześmiałem się:
- Podobni? Przecież ty masz dopiero 10 tygodni, a jestem dziadkiem. moje wnuki chodzą już do szkoły!
- Wiek nie ma tu nic do rzeczy. Chodzi mi o to, jak spędzamy czas. Obserwuję cię i widzę, że ciągle ćwiczysz umysł i ciało. To zupełnie jak ja . Chociaż dużo pracujesz umiesz wypoczywać. Lubisz wodę i jesteś świetnym pływakiem. No to już zupełnie tak samo jak ja! a podczas pracy jesteś tak wesoły, jakbyś się bawił. Zajmując się ciągle tym samym, zawsze robisz to w nowy sposób. Czy nie wiesz, że tak własnie zachowują się dzieci? Nawet zanim się urodzą!
- Zadziwia mnie twoja spostrzegawczość - powiedziałem i pomyślałem sobie, że ten Wojtuś jest doprawdy zdumiewający.
- A ja się cieszę, ze chociaż jesteś już tak bardzo dorosły, nie zapomniałeś o tym, czego się nauczyłeś , kiedy byleś w moim wieku.
- No, to akurat nie było takie trudne. Już dawno zrozumiałem, że człowiek zachowuje się najbardziej sensownie w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy swego życia.
- Wiem o tym i dlatego byłem pewny, ze mnie wysłuchasz - tu Wojtek uśmiechnął się łobuzersko. Ale już za chwile zmarszczył czoło i posmutniał.
- Szkoda, że większość dorosłych bardzo szybko zapomina, ze sami byli kiedyś tacy mali.Wielu z nich nawet nie wierzy, ze ja naprawdę żyję. Mówią o mnie embrion albo płód, a ja jestem po prostu dzieckiem. Tylko, że jeszcze nie urodzonym.
Zrobiło mi się przykro, jak zawsze, kiedy musiałem tłumaczyć maluchom, jak bardzo ich dziecięcy świat rożni się od świata ludzi dorosłych. Sam bylem przecież jednym z nich.
- Widzisz, Wojtusiu, różnica między dziećmi a dorosłymi polega miedzy innymi na tym, że dorośli potrafią o czymś wiedzieć, a jednak w to nie wierzyć - powiedziałem.
- To bardzo dziwne - rzekł i znowu się zamyślił. ale już po chwili uśmiech rozjaśnił jego malutka buzię, a w oczach pojawiły się wesołe ogniki.
- A gdyby tak opowiedzieć o mnie dzieciom? - zawołał z nadzieją w glosie.

Przepiękna książka o życiu i miłości. Napisana z troską, szacunkiem, czułością i szczególną dbałością o młodego czytelnika.
Zuzia dowiaduje się, że będzie miała rodzeństwo. Razem z nią tydzień po tygodniu śledzimy, w jak niezwykły sposób rozwija się Wojtek. Książka ma 39 rozdziałów. 38 z nich traktuje o każdym z tygodni życia płodowego, ostatni o narodzinach. Narratorem jest maleńkie dziecko, które opowiada swoją historię.
Największym atutem jest wskazanie na miłość, na więź i pochodzący stąd cud życia. W tej książce wszystko dzieje się w relacji. Piękny język to staranie pani Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel.
Profesor Fijałkowski nie żyje już kilkanaście lat. Medycyna niewątpliwie się rozwinęła, ale czy myślenie o poczętym dziecku też?

Włodzimierz Fijałkowski, Roksana Jędrzejewska-Wróbel 
Oto jestem
Wydawnictwo GWO, Wydawnictwo Makmed

niedziela, 14 grudnia 2014

Julia Donaldson "Gruffalo", "Mały Gruffalo"

Julia Donaldson
Gruffalo, Mały Gruffalo
Wydawnictwo EneDueRabe
Mała Mysz w ciemnym lesie chciała zażyć raz ruchu. Kiedy lis ją zobaczył, zaburczało mu w brzuchu.
- Dokąd idziesz tak sama? Tu jest dość niebezpiecznie.
Musisz zjeść ze mną obiad, mała Myszko. Koniecznie.
- Nie, dziękuję. Nie zwabisz mnie tak łatwo, mądralo. Zresztą już mnie zaprosił na obiad Gruffalo.
- Co? Gruffalo?A co to takiego?
- Czyżbyś tego nie wiedział, kolego?
- Straszliwe ma kły, straszliwe szpony i pysk straszliwie uzębiony.
- A gdzie się z nim spotkasz?
- Tu, na tej trawce. On najchętniej jada lisy w potrawce.
- Lisy w potrawce? Cóż, na mnie już czas! - rzekł Lis i w te pędy wziął nogi za pas.
- Oj, lisek-głuptasek! To każdy wie przecież, że nie ma żadnego Gruffalo na świecie.

Ależ wspaniale książki. Szkoda tylko, że ich czytanie zajęło mi niecałe pół godziny.
Szukałam ich od dawna wiedziona recenzjami i kosmicznymi cenami na Allegro.
Przewrotna, pełna inteligentnego poczucia humoru książka dla dużych i małych.
To historia myszy, która z obawy, że zostanie zjedzona przez rożne zwierzęta wymyśla postać potwornego Gruufalo. Jej fantazje urzeczywistniają się, bo okazuje się, że wykreowana z lęku fantazja istnieje naprawdę (Gruffalo) i teraz trzeba znaleźć sposób, by uporać się z wyobrażeniami, które miały chronić, a okazały się zagrażające. Książka o tym ile zamieszania może wprowadzić lęk i jak można sobie z nim poradzić.O tym, że siła jest w nas, że trzeba wykorzystywać własne możliwości i że myśl należy przekładać na działania.
W drugiej części synek Gruffalo postanawia sprawdzić kim jest słynna Ogromna Zła Mycha.
Bardzo polecam. Znakomite ilustracje, których autorem jest Axel Scheffler.




niedziela, 16 listopada 2014

Andrzej Marek Grabowski "Instrukcja obsługi pieska Jacósia"

Kasia wiele razy prosiła rodziców , żeby kupili jej psa. ale wtedy tata zawsze warczał jak buldog i
odpowiadał:
- Przecież wiesz, że nie lubię psów. Nie chcę żadnego psa. Gryzą, ślinią się, robią bałagan i wszędzie zostawiają kudły
Możecie pomyśleć, że tata Kasi nie jest fajny. ale to nieprawda. jest bardzo kochany. uwielbia czytać córce książki. Można się z nim świetnie we wszystko bawić.nawet w dom, bo umie gotować zupę z trawy i tartej cegły oraz lepić lody z piasku. Tata ma tylko ten jeden feler - strasznie nie lubi psów.
Pewnego popołudnia Kasia siedziała przy stole w kuchni i oglądała album Twój przyjaciel pies". Ten album znalazła pod choinką i odtąd był jej ulubioną lekturą. Zastanawiała się jakiego psa sobie kupi, kiedy będzie dorosła. Tata znowu wyjechał w delegację, a mama krzątała się po kuchni gotując obiad.
- Może zrobimy naleśniki? - zapytała. - Nauczę cię, chcesz?
- Pewnie! - Kasia z radością zeskoczyła z taboretu. - Ale to chyba strasznie trudne.
- Wcale nie. Najpierw rozbijamy jajko i oddzielamy białko od żółtka. Zobacz, tak to się robi - tłumaczyła mama. Potem białko ubijamy trzepaczką, żeby powstała piana. Mieszamy mąkę z mlekiem i żółtkiem. Dodajemy trochę wody oraz ubite białko i wszystko wlewamy na rozgrzaną patelnię.
Mama ubiła białko, a Kasia połączyła składniki i wymieszała je, aż powstała jednolita, płynna masa.
- Dodamy jeszcze szczyptę soli. - mama sięgnęła po pojemnik i westchnęła: - Zapomniałam kupić! Do naleśników wystarczy, ale do zupy już nie...
Kasia chochelka nalała ciasto na patelnię.
- Dodamy konfitury i będziemy miały pyszny deser - powiedziała mama.
Po chwili pierwsze naleśniki były gotowe.
- A mogę teraz jednego spróbować?
- Pewnie! - zaśmiała się mamusia.
Naleśnik był pyszny!
- Nie miałam pojęcia, że to takie łatwe - cieszyła się Kasia
- Pobiegnij do sklepu po sol. Mama pocałowała ją w policzek. Masz tu dwa złote. Przy okazji wyrzuć śmieci.
Sklep był w tym samym budynku, od strony ulicy, więc Kasia czasami chodziła do niego bez rodziców. Uwielbiała te wyprawy, bo wtedy czuła się zupełnie dorosła. A wiecie, że to bardzo przyjemne uczucie.
Do śmietnika nie lubiła chodzić. Domek z białej cegły stał na środku podwórka. Zawsze brzydko w nim pachniało. Czasami w kontenerach grzebali biedni ludzie, których Kasia trochę się bała. Na szczęście tym razem w śmietniku nikogo nie było. Dziewczynka nawet nie weszła do środka. Stojąc w wejściu, rzuciła czarny worek na stertę innych. I wtedy usłyszała piśnięcie! trochę się przestraszyła, bo pomyślała, że w śmietniku buszują szczury. Jednak gdy pisk się powtórzył, doszła do wniosku, że jest zupełnie nieszczurzy - głośniejszy i grubszy.
Co tam może siedzieć? - zastanowiła się.
Ciekawość zwyciężyła strach. dziewczynka przysunęła stojącą pod ściana skrzynkę, stanęła na niej i zajrzała między worki.
Nie wiem, czy uwierzycie, jak wielka może być ludzka niegodziwość. Niestety, niektórzy ludzie postępują naprawdę podle. Kasia patrzyła w głąb kontenera i nie mogła uwierzyć własnym oczom. Wśród śmieci leżał, wsadzony do dziurawego worka, mały piesek! Niezdarnie przebierał łapkami i żałośnie piszczał. Ktoś go wyrzucił jak niepotrzebną rzecz!!!

Jaka piękna książka.
Dla miłośników czworonogów, ale też tych, których trudno przekonać do posiadania zwierzaka w najbliższym środowisku.
Kasia Słowik bardzo kocha psy. Tato ma na ten temat zupełnie odmienne zdanie, przede wszystkim dlatego, że w dzieciństwie pogryzł go pies i teraz boi się z nimi spotykać.
Piesek Jacóś znaleziony w kontenerze zapewni całej rodzinie wiele emocji i dość niezwykle przygody. Bo Kasia jest gotowa zrobić wszystko, by Jacóś miał dobą opiekę i szczęśliwy dom.
Książka napisana ładnym językiem. Świetnie się ją czyta. Dużo się tu dzieje, a wszystko okraszone subtelnym poczuciem humoru.
Atutem książki jest obszerny list cioci Bisi, który traktuje o instrukcji obsługi pieska. Książkę tę bowiem autor współtworzył z lekarzem weterynarii panią Sybillą Berwid-Wójtowicz. A zatem poza walorem literackim, książka zawiera bardzo konkretne porady i wskazówki jak opiekować się psem.
Gorąco zachęcam do przeczytania.

A.M. Grabowski
Instrukcja obsługi pieska Jacusia
Wydawnictwo Literatura
.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Małgorzta Strzałkowska "Rady nie od parady czyli wierszyki z morałem", "Raj na ziemi. Rady nie od parady II", "O wartościach. Rady nie od parady III"



Piegi 
Krysia  ma oczęta kocie,
nos garbaty, piegów krocie. 

Koleżanki szepczą w kontach:                                                                      
- Oj, ta Kryska to wygląda!
- Każda z nas by oszalała,   
gdyby tez tak wyglądała!

Przez te szepty, tak to bywa,  
Krysia niezbyt jest szczęśliwa.
Czasem woli zatkać uszy,
 bo nielekko jej na duszy... 

Aż raz w szkole ktoś umieścił
ogłoszenie takiej treści:
"Wielka gratka dla dziewczynek!!!
Pan reżyser kapucynek
szuka odtwórczyni roli
w świetnym filmie "Strąk fasoli"!
Wymagania: nos garbaty, buzia w piegi. Nic poza tym."

I już następnego rana
rzecz się stała niesłychana!
nosy Ali, Zosi, Ewki,
przedtem proste jak marchewki,
teraz są nie do poznania!
Nos zmieniła nawet Hania!
A do tego wszystkie mają
buzie jak indycze jajo!

Mruknął Krzysiek: - Zdaje mi się,
że tu widzę same Krysie...
Ale dziwna rzecz się stała - 
żadna z nich nie oszalała...

Zawsze lepiej jest pomyśleć
zamiast chlapnąć coś bezmyślnie. 


Znakomite książki.
Napisane wspaniałym językiem, misternie, mądrze, z poczuciem humoru. Mogą być wspaniałą lekturą wychowawczą w domu lub w szkole i zająć czas bez poczucia jego straty. Każda książka dedykowana jest innym zagadnieniom, a każdy wierszyk zakończony morałem zgodnym z przesłaniem tomu.
Mnie najbardziej podoba się tom drugi - "Raj na ziemi". Uczy poszanowania dla wszystkich istot żyjących, uwrażliwia na dbałość o środowisko naturalne, pokazuje, że wszelkie zmiany zaczynają się od siebie.
Bardzo, bardzo polecam.

Małgorzata Strzałkowska
Rady nie od parady
Ilustracje Marcin Bruchnalski
Wydawnictwo Czarna Owca

piątek, 1 sierpnia 2014

Ulf Nilsson "Żegnaj panie Muffinie"

Oto stara świnka morska, która nazywa się pan muffin. Pan Muffin wkrótce będzie miał siedem lat. Jest siwy i zmęczony. Mieszka w odwróconym do góry nogami niebieskim pudełku, które wygląda jak dom, z drzwiami i kominem. Pod domem znajduje się tekturowa skrzynka na listy. Czasami leży w niej kawałek ogórka lub migdał. Pan Muffin zawsze dokładnie sprawdza, czy nie ma jakiejś poczty.
Któregoś wtorku znajduje tam list: Panie Muffinie, jest mi tak smutno, bo tata mówi, że jeśli świnka morska jest stara, to może nagle umrzeć...
Czy pan Muffin potrafi czytać? Zjada list. Papier zamienia się w płatki, zamienia się w padający śnieg.
Pan Muffin zwykle siedzi w swoim niebieskim domku. Wzdycha i wspomina swoje życie. Gdy był młody chciał być zwinny i niegruby, tak aby móc się wspinać. Pamięta pewnego chomika, który był właśnie taki. O sobie samym myślał, że jest gruby i szczeciniasty jak prosiak.
Kiedyś pan Muffin miał żonę, świnkę morską o imieniu Wiktoria, czarna jak noc i piękna jak poranek. Mieli sześcioro małych, rozczochranych dzieci. O były to kochane, urocze maluchy! Tak, to było prawdziwe szczęście! Teraz wszystkie już wyfrunęły z domu, wzdycha pan Muffin.(...)
Raz, w środę rano, pan Muffin nie może wstać. Bardzo go bolą nogi i brzuch. Przychodzi pani weterynarz z wizytą. Ściska mu brzuszek,tak że pan Muffin aż krzyczy.
Pani weterynarz kiwa nad nim głową.

Na rynku jest kilka ciekawych książek dla dzieci o umieraniu i stracie. Ta należy do ładnych, prostych, ale niekoniecznie dających ulgę. W klimacie poważna i smutna, bardziej konfrontuje niż wspiera. Dużo w niej realności a za mało kocącej fantazji. Książka prosto i ciekawie napasana, ładnie ilustrowana. Może pomóc dzieciom w zmierzeniu się z tematem starzenia się, odchodzenia, nieuchronnością pewnych wydarzeń, ale wymaga bliskiej obecności dorosłego.


Ulf Nilsson
Żegnaj panie Muffinie
Wydawnictwo EneDueRabe

niedziela, 13 lipca 2014

Renata Piątkowska "Najwierniejsi przyjaciele. Niezwykłe psie historie"

Bratek
Czy chore dzieci może odwiedzać pies i leczyć je niczym prawdziwy lekarz? Ano może. nie ma co prawda białego fartucha, nie zagląda nikomu do gardła i nie robi zastrzyków, ale na swój sposób leczy. a pacjencji czekają niecierpliwie, kiedy pan doktor w jedwabistym futerku poda im łapę, pomacha ogonem i poliże po głowie. Małe rączki chętnie gładzą wielki, kosmaty łeb, a niektóre dotykają nawet paluszkiem mokrego, czarnego nosa.
Ale z Julka było inaczej, ona miała oczy pełne łez i, co gorsza, od wielu dni nie odezwała się do nikogo ani słowem. Leżała z noga w gipsie i kiedy ktoś ja odwiedzał, udawała, ze śpi, lub w milczeniu obserwowała sufit.
- Julciu, skarbie, jak się czujesz? - dopytywała się mama.
- Ale masz rurę na nodze! super - młodszy brat, Franek, popukał palcem w bialutki gips. - Mogę ci tu narysować śmieciarę? - spytał, wymachując czerwonym flamastrem.
nie usłyszał odpowiedzi, bo siostra odwróciła głowę i zamknęła oczy.
Właściwie nie czuła się źle. Jeżeli za bardzo się nie wierciła, to noga jej nie bolała. Było jej tylko trochę niewygodnie. Ale Julka nie chciała się do nikogo odzywać. Wiedziała, że prędzej wybuchnie płaczem, niż powie choć słowo. Ciągle dudniły jej w głowie słowa doktora, który powiedział do rodziców:
Po zdjęciu gipsu czeka ją długa rehabilitacja. mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze, i noga będzie sprawna. Ale to musi potrwać.
"Jak to: MUSI POTRWAĆ?" - myślała wystraszona dziewczynka. przecież ona była tancerka, chodziła do szkoły baletowej i za miesiąc miała tańczyć w prawdziwym przedstawieniu. A tu na nodze zamiast atłasowej baletki miała okropny, twardy gips. i choć rodzice ciągle powtarzali, ze wszystko będzie dobrze, Julka wiedziała swoje. Była pewna,że już nigdy nie będzie dobrze, i nie chciała o tym rozmawiać.
- Ona ciągle milczy albo płacze. To nie musi tak być. wszyscy próbujemy jakoś ja pocieszać, a Julcia nie chce nawet spojrzeć w naszą stronę. - mama była wyraźnie zmartwiona.
- A kiedy wczoraj przyszły dziewczyny z jej klasy nakryła sobie głowę poduszką. One ją o coś pytały, ale Julka się nie odezwała, więc sobie poszły. potem długo pociągała nosem i miała czerwone oczy - naskarżył Franek.
W końcu ktoś wpadł na pomysł, że Julce mógłby pomóc pies. Podobno taki specjalnie szkolony czworonóg może zdziałać więcej niż cala rodzina i wszystkie koleżanki razem wzięte.
- Ojej, to Julkę będzie leczył jakiś Ciapek? - Mały Franek aż otworzył buzię ze zdziwienia, ale nikt go nie słuchał.
Za to po kilku dniach Julkę odwiedził dziwny gość. Był wielki, miał piękne złociste futerko i oczy jak dwa błyszczące kasztanki. Jego opiekun przywitał się z Julką i choć ona nawet na niego nie spojrzała, powiedział:
- To jest bratek. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, posiedzi z tobą przez chwilkę.

Znakomita idea książki. Zebrane w jednym miejscu bardziej lub mniej znanie historie o czworonożnych przyjaciołach. Autorka zwraca szczególną uwagę na ich wierność, mądrość i zaangażowanie.
W książce można spotkać Barrego, który zasłynął jako ratownik górski; Hachiko, który po śmierci swego pana czekał na niego przez dziesięć lat na dworcu; Czarusia, który zaopiekował się osieroconymi jeżami; Bartka odwiedzającego w szpitalu chore dzieci itd.
Bardzo lubię książki pani Renaty Piątkowskiej. Ma na swojej liście pozycje wyjątkowe, ale ta jest po prostu dobra. Mam wrażenie płaskości emocjonalnej, niewykorzystywanej idei, zaliczenia kolejnego tomu. Warto wziąć do ręki (bo ładnie wydana), przeczytać i ... oddać do biblioteki.

W nawiązaniu do książki, zarekomenduję film (ze wspaniałą muzyką) Mój przyjaciel Hachiko.
Tym, którzy jeszcze nie widzieli tego przepięknego obrazu, gorąco polecam. Chusteczki niezbędne.


Renata Piątkowska
Najwierniejsi przyjaciele. Niezwykłe psie historie
Ilustracje Katarzyna Bukiert
Wydawnictwo Bis

czwartek, 29 maja 2014

Ulf Nilsson, Eva Eriksson "Kret sam na scenie"

Ulf Nilsson, Eva Eriksson 
Kret sam na scenie
Wydawnictwo EneDueRabe

Nie chciałem występować na dużych uroczystościach. Miałem sześć lat i chodziłem do szkoły. Z okazji święta wiosny organizowaliśmy przedstawienie. Na prawdziwej scenie z prawdziwymi reflektorami. Powiedziałem pani, że nie dam rady.
"Mam pomysł!", odparła. "Będziesz siedzieć obok sceny i na koniec wejdziesz i pożegnasz wszystkich. to wystarczy".
Tylko parę ostatnich słów, a potem kawa, tort i do domu. A jaki mam mieć na sobie kostium? Do wyboru zostało tylko przebranie kreta.
Ćwiczyliśmy każdego dnia. Wszyscy śpiewali. Gdy przedstawienie się kończyło, miałem wyjść na środek i powiedzieć:"To była wesoła piosenka, ale to już koniec".
Pewnego dnia, pod koniec próby, dopadła mnie straszna nieśmiałość.
Pani weszła na scenę."Jesteś najlepszy do tej trudnej roli", próbowała dodać mi otuchy.
Przytuliłem się do niej mocno. Reflektory mnie oślepiały. Nic nie powiedziałem. A potem wydusiłem z siebie za szybko i za cicho:"Tobyławesolapiosenka, aletojużkoniec".
Lampy powoli zgasły. Stałem w ciemności. Pani udzielała ostatnich wskazówek: "Jutro będziesz sam na scenie. Mów trochę głośniej i wolniej. Będzie dobrze, zobaczysz...".

Ładna, mądra historia o lękach, które tkwią w nas. Sześcioletni chłopiec ma wystąpić podczas szkolnej uroczystości. W domu jest odważny, wesoły, z inicjatywą. W sytuacji społecznej zaczyna się bać. Pojawiają się lękowe myśli, ból brzucha, wizyta w łazience i bardzo mądra nauczycielka.
Książka napisana dość wnikliwie, prosto, wspierająco. Ładne ilustracje dopełniają całości.
Jedyną rzeczą, która mi się tutaj nie podoba jest tekst piosenki śpiewanej młodszemu bratu.
Polecam większość książek wydawnictwa EneDueRabe. Traktują o bardzo ważnych sprawach w delikatny i adekwatny do wielu sposób.

sobota, 15 lutego 2014

Michał Rusinek "Wierszyki rodzinne"

Jaskiniowiec
 Gdy bylem mały, były momenty,
że obwieszczałem: "Jestem zajęty!
Proszę nie wchodzić mi do pokoju!
Ja tu pracuję w trudzie i znoju!"

Tak pracowałem pół dnia bez slowa,
aż w końcu praca była gotowa.
Gdy pokazalem z dumą jej piękno,
mama zemdlała, a tata jęknął.

Ja tylko przecież - daję wam słowo!-
narysowałem kredką woskową
od ramy okna do drzwi framugi
bitwę na dzidy oraz maczugi.

Tata rzekł: "Kara cię za to spotka".
Ja na to: "Tato, to przez praprzodka,
który w jaskiniach - co dzień od rana -
rysował bardzo pięknie po ścianach.
To po nim taki mam talent, tato.
I nie poradzę nic a nic na to". 

Genealogiczna roślinka Michała Rusinka sięga aż praprzodków. I jak twierdzi autor na każdą zwyczajną rodzinę można spojrzeć w niezwyczajny sposób. Jak powiedział, tak zrobił. Można tu zatem znaleźć wierszyki o wikingach, druidach, rycerzach, wojach, muszkieterach, wróżkach, mnichach, szamanach, księżniczkach, astronomach, obcokrajowcach, kolekcjonerach, podróżnikach itd
Bardzo udany tomik, choć Wierszyki domowe wydają się ciekawsze i dużo bardziej finezyjne. Za to ilustracje zdecydowanie na plus w stosunku do poprzedniego tomu - adekwatne i pomysłowe stanowią ucztę dla oczu.
W wierszach sporo poczucia humoru, treści "pod spodem" i zaproszenie do poszukiwania własnych korzeni oraz odpowiedzi na pytanie: Kim jestem?

Michał Rusinek 
Wierszyki rodzinne
Ilustracje Joanna Rusinek
Wydawnictwo Znak

sobota, 18 stycznia 2014

Pavel Šrut "Niedoparki"

Życie niedoparków
Tego feralnego dnia profesor Kędziorek uroczyście odkaszlnął i zaciągnął się dymem z cygara.
- Gotowe! - powiedział. - To dzieło przyniesie ludzkości prawdę, której już nikt nie podważy!
Klasnął otwartą dłonią w okładkę grubej księgi, co w jego pustym gabinecie zabrzmiało jak brawa.
Potem otworzył księgę, na tytułowej stronie pięknym pismem widniało: PROF.INŻ.LONGIN KĘDZIOREK: ŻYCIE NIEDOPARKÓW.                                                                                                            Z upodobaniem zaczął czytać na głos:                                                                                                                 - Przez wieki stworzenie to - ani człowiek, ani zwierzę - towarzyszy ludzkości i dręczy ją, mimo to nie było nigdy przez nikogo widziane, a cóż dopiero opisane! Aż dziw bierze! Muszę stwierdzić, z całą skromnością. Czyż nie występuje ono na całym świecie? Za wyjątkiem zapóźnionych wiosek afrykańskich i lasów dziewiczych  dorzeczu Amazonki, gdzie tubylcy chodzą boso? Czyż nie występuje w domach rodzinnych oraz w domostwach ludzi osamotnionych? Kim jest ów tajemniczy towarzysz człowieka i szkodnik?                                                                                                     To NIEDOPAREK! Imię otrzymał ode mnie i daje mu pierwszeństwo przed wyrazem SKARPETOŻERCA, który proponuje koleżanka badaczka, magister Miklikowa.
Nazwa "niedoparek" dokładniej bowiem określa fakt, iż w tajemniczy sposób zawsze ginie nam tylko jedna skarpetka.. Nigdy cała para! Niedoparki z pary skarpet robią tak zwane skarpety nie do pary.
Profesor Kędziorek przewrócił kilka stron wstępu, przechodząc do opisu naukowego:
- Mówi się, że jesteśmy ty, co jemy. Zasada ta obowiązuje również w przypadku niedoparków. Ponieważ żywią się skarpetkami, ich ciało wygląda, jakby składało się ze skarpet. Dzięki temu są niezwykle gibkie i giętkie, potrafią wyciągać się i kurczyć. Niedoparki mają posturę raczej krępą i wysokość nieokreśloną. Nawet bardzo nieokreśloną: dzięki swym zdolnościom wyciągania się mogą mierzyć od jakiś dziesięciu centymetrów aż do - w niektórych przypadkach - jednego metra! Oczka ma niedoparek male i rozbiegane. Najbardziej okazałą część jego twarzy stanowi otwór gębowy. Wraz z nosem może tworzyć coś w rodzaju trąby, podobnej do rury od odkurzacza. Stworzenie jest więc znakomicie przystosowane do wydobywania strawy (skarpet) zza łóżka.
A teraz najważniejsze. w chwili zagrożenia niedogarki zachowują się niczym kameleony! Potrafią zlać się z otoczeniem. Po prostu znikają!

Powyższa charakterystyka powinna nieco uspokoić zatroskanych o los dziecięcych skarpetek rodziców, mężów pokrzykujących o poranku do swoich żon: "Kochanie, gdzie moje skarpetki (tu skarpetka)?". Stworzenia te żyją bowiem w każdym domu. Książka pokazuje, że są wśród nas i tacy szczęściarze, którzy mieli zaszczyt widzieć niedoparki, a nawet się z nimi zaprzyjaźnić. Zaszczytu tego dostąpił m.in prof. Kędziorek oraz muzyk pan Wawrzyniec, u którego zamieszkał Hihlik.
Niedoparki prowadzą życie bardzo podobne do naszego, ich codzienność nie jest pozbawiona podobnych radości i trosk, a struktura społeczna jest niemal tak skomplikowana jak ludzka.
Bardzo ciekawy pomysł na książkę, Akcja żywa i dynamiczna. Lektura ładnie napisana i ciekawie zilustrowana. Niektore stworki, po obejrzeniu ilustracji, budzą  moją niechęć i wolałabym pozostać na poziomie swojej wyobraźni. Interesującym zabiegiem jest umieszczenie na nieparzystych stronach książki długiej skarpety. która w miarę czytania skraca i jak sądzę czytelnik nie zostaje z "pustym brzuszkiem".
W polskim tłumaczeniu przeszkadzają mi słowa typu "cholera". Chyba można by inaczej.
Na mojej półce stoi, bo uważam, że jest tego warta. 

Paweł Šrut
Niedoparki
Wydawnictwo Afera

środa, 1 stycznia 2014

Eva Susso "Yeti"


- Ale szybko zjechaliśmy, co?! - woła Mati.
- Nooo! - mówi Uno.
- Tylko jak my się teraz wdrapiemy z powrotem? - pyta Mati.
Uno obiera mandarynkę.
- Nie martw się - mówi. - Znajdziemy inną drogę.
- Nienawidzę lasu - mamrocze Mati.
- Nie marudź - mówi Uno.
Ale Mati już rozumie:
- Zabłądziliśmy, prawda? Przyznaj się!
Nagle staje przed nimi jakas postać.
- Co to? - szepcze Mati.
- To yeti, człowiek śniegu - mówi Uno.
- Więc on naprawdę istnieje?
- No przecież widzisz. Przyjrzyj się. Ma grube futro i wielkie stopy.
Yeti chwyta chłopców wpół i podnosi, jak jakieś zające. Pędzi długimi susami przez las.
- Zostaliśmy porwani! - woła Mati.
- Zdaje się, że czeka nas prawdziwa przygoda - mówi no. Ale Mati ma nadzieję, że Yeti zabierze ich prosto do domu, do taty.
Yeti zbiega z jednego pagórka, wbiega na drugi, a w końcu zatrzymuje się u stóp góry. W tej górze Yeti ma grotę.
- Jak tu ładnie! Yeti mieszka prawie jak w normalnym domu - mówi Mati.
- Też tu możemy zamieszkać - mówi Uno
- Ale tylko na niby. Yeti, lubisz nas? - pyta Mati.
- Yecik, plecik, piruecik - mówi Yeti i chichocze. i od razu robi się bardzo przyjemnie.
Książka bardzo ładnie ilustrowana i ciekawie napisana. Opowiada historię dwóch braci, którzy w śnieżny dzień wybrali się do lasu, by pojeździć na desce. Tak dalece oddali się tej przyjemności, że zabłądzili. Spotkali przedziwnego stwora z grubym futrem i wielkimi stopami. Okazało się, że to Yeti - gościnny, ciepły, zabawny. "Potwór" ma rodzinę, hoduje kozę, gotuje, rzeźbi...Spotkanie z Yeti konfrontuje dzieci z różnymi lękami, z którymi przychodzi im się mierzyć na drodze dorastania,
pielęgnować małe tajemnice, mieć własne sekrety i zdobyte szczyty. Jeszcze wątek bliskości rodziców i dzieci, subtelnie zaznaczony, nienachalny. Bardzo polecam, wprawdzie książka raczej dla młodszych dzieci, ale może i starsze zerknie przez ramię.

Eva Susso 
Yeti
Ilustracje Benjamin Chaud
Wydawnictwo Zakamarki

środa, 25 grudnia 2013

Sven Nordqvist "Goście na Boże Narodzenie"

Ciągnąc kota na holu, Pettson brnął w śniegu pod górkę za szopą na narzędzia. Tu i owdzie ściął
trochę gałązek i położył je na schodach. Kiedy były pełne, zaczęli schodzić z powrotem. Raptem Pettson pośliznął się na kamieniu, a sanki poleciały do przodu, uderzyły staruszka dokładnie w zgięcie pod kolanem, aż usiadł na stercie świerku, i pędem pomknęły w dół, wjeżdżając prosto w kamienne ogrodzenie, po czym przewróciły się.
Kot wydal radosny okrzyk;
- Jeszcze raz! - Ale staruszek wcale nie wyglądał tak, jakby uważał, że to jest zabawne. Stękał i biadolił, z trudem wygrzebując się ze śniegu.
- Ajajaj, co za nieszczęście - jęczał. - To mi naprawdę zaszkodziło. Nie mogę stąpnąć.
Na przemian złorzeczył i narzekał, tak że kot nie wiedział, co ma zrobić.
- Nie możesz przeklinać dzień przed Wigilią! - To było wszystko na co wpadł.
Pettsonowi udalo się dotrzeć do kuchni. wszedl do środka, usiadl na krześle i obejrzał stopę.
- To prawdziwe nieszczęście. Miejmy nadzieję, że mi przejdzie, zanim zamkną sklep, bo nie zdążymy kupić świątecznego jedzenia. - Westchnął głęboko. - A tyle mamy do zrobienia: ściąć świerk, wyszorować podłogę i...
-Taak! Zrobię to!- Krzyknął kot. I natychmiast wyszukał wiadro do mycia podłogi i szczotkę do szorowania.

Mam sentyment do tego autora. Jestem zauroczona w pierwszej odsłonie ilustracjami, w drugiej historią. Znany z wielu opowiadań duet Pettsona i Findusa tym razem doświadcza przykrej niespodzianki w postaci urazu nogi gospodarza. Zwyczajowy rytm przygotowań do świąt zostaje zakłócony. Resztki ciasta piernikowego, marchewka i inne niezbyt atrakcyjne "specjały" stanowią jedyne potrawy na stół. Poza tym nie ma choinki. Jedyne, co udało się przywieźć z lasu, to kilka świerkowych gałązek. Pomysłowość staruszka, zaangażowanie kota oraz dobroć i troska sąsiadów, sprawiają że nic z atmosfery Bożego Narodzenia nie zostaje utracone. Polecam na wieczorną lekturę do poduszki.


Goście na Boże Narodzenie
Sven Nordqvist
Ilustracje Autor!!!
Wydawnictwo Media Rodzina

piątek, 13 grudnia 2013

Sven Nordqvist "Niezwykły Święty Mikołaj"

Z choinką na sankach ruszyli w stronę domu. Findus szedł przodem i wymachiwał patykiem na wypadek, gdyby pojawiły się łosie.
Nagle usłyszeli wolanie o pomoc. Petteson zostawił sanki na ścieżce i pospieszył w tamtą stronę. Findus biegł przodem. Trudno było ustalić, skąd dochodził głos. Czasem musieli się zatrzymywać i nasłuchiwać, a potem iść w innym kierunku. Gdy Pettson zaczął się zastanawiać, czy naprawdę wiedział, gdzie byli, zobaczył mały robotniczy barak na kółkach ustawiony w środku lasu.

Przed barakiem stał wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna i wolał o pomoc. Gdy on i Pettson dostrzegli się nawzajem, przez chwilę patrzyli na siebie, nic nie mówiąc. Potem mężczyzna powiedział zupełnie cicho i spokojnie:
- Pomocy.
- Potrzebna jest panu pomoc? - zapytał Pettson.
 - Tak. Może mi pan pomóc rozwiązać tę krzyżówkę? - spytał mężczyzna, wyciągając w stronę Pettsona gazetę.
- Czy tylko dlatego wolał pan o pomoc? - upewnił się Pettson. - Myślałem, że coś się stało. 
- Nie, nic się nie stało - odrzekł mężczyzna. - Tu nigdy nic się nie dzieje. Jest tak nudno, ze można zwariować. to dlatego czasem wołam o pomoc, bo myślę, że zawsze ktoś się zjawi. Ale nikt się nigdy nie zjawia. Czy można zaprosić do środka na kubek grzanego wina?
- Tak dziękuję, z przyjemnością - odpowiedział Pettson. 
W baraku nie pozostało wiele miejsca, gdy obaj usiedli przy małym stoliku. Mężczyzna, który nazywał samego siebie Rybakiem, wlał pół butelki gloggu do rondla na kominku. Findus wskoczył na kolana Pettsona i badawczym wzrokiem przyglądał się mężczyźnie.
- Ach, ma pan kota. Dobrze jest mieść kota, zawsze można z kimś porozmawiać. To takie nudne siedzieć tu samemu i rozwiązywać krzyżówkę. - Dlaczego więc pan tutaj siedzi? - spytał Pettson. 
- Jestem strażnikiem lasu. Pilnuję lasu, choć nie wiem za bardzo,
jak się to robi - odpowiedział Rybak i nie wyglądał przy tym na szczęśliwego. - Wcześniej byłem rybakiem, to było co innego! Trzeba było tylko zarzucić haczyk i czekać, aż weźmie. Ale u mnie prawie nigdy nie brało, więc musiałem z tym skończyć i dostałem tę pracę. Tyle że nikt mi nie powiedział, co mam robić. Powiedzieli tylko, że świerki mają krótkie igły, a sosny długie, a potem przyjechałem tutaj, żeby pilnować lasu. Więc każdego dnia idę się przejść i zobaczyć, czy las jeszcze stoi. No i stoi. Szczerze mówiąc wydaje mi się to trochę głupie.
- Tak rozumiem - przytaknął Pettson. 

Zbliża się Boże Narodzenie, trwa adwent. Pettson opowiada swemu przyjacielowi, co powinni w tym czasie zrobić: posprzątać, ściąć choinkę, upiec pierniki, zapakować prezenty, ale Findus marzy o spotkaniu ze Świętym Mikołajem. Nigdy go nie widział i nie dostał prezentu. Według staruszka metodą na znalezienie Świętego jest napisanie listu i włożenie go do śnieżki. Wieczorem należy zbudować latarnię ze śniegu, a na jej szczycie ułożyć śnieżkę z listem. Jeżeli latarnia jest zawalona, wówczas istnieje prawie pewność, że Mikołaj zabrał list i przyjdzie w Wigilię. Jak Petton powiedział, tak Findus zrobił. I oto staruszek miał przed sobą nie lada wyzwanie - potrzebny jest Mikołaj, jeśli nie prawdziwy, to przynajmniej taki, który mógłby uchodzić za prawdziwego. Zatem ten adwent nie należał do typowych, ponieważ Pettson spędzał mnóstwo czasu w stolarni, gdzie konstruował swój wynalazek, a i tak Wigilia przyniosła zaskakujący finał.
O przyjaźni, miłości, marzeniach z czułością  i poczuciem humoru.
Pięknie wydana, mistrzowsko ilustrowana.

Sven Nordqvist
Niezwykły Święty Mikołaj
Ilustracje Autora
Niezwykły Święty Mikołaj
Autor: Sven Nordqvist
Ilustracje: Sven Nordqvist
Tłumaczenie: Magdalena Landowska
Wydawnictwo Media Rodzina, 2012 - See more at: http://mamaczyta.pl/zabawne-i-madre/niezwykly-swiety-mikolaj-niezwykly-pettson-i-niezwykly-findus#sthash.yv6YYU4K.dpuf
Wydawnictwo Media Rodzina
Niezwykły Święty Mikołaj
Autor: Sven Nordqvist
Ilustracje: Sven Nordqvist
Tłumaczenie: Magdalena Landowska
Wydawnictwo Media Rodzina, 2012 - See more at: http://mamaczyta.pl/zabawne-i-madre/niezwykly-swiety-mikolaj-niezwykly-pettson-i-niezwykly-findus#sthash.yv6YYU4K.dpuf

niedziela, 1 grudnia 2013

Joanna M.Chmielewska "Niebieska Niedźwiedzica"

Mama Niedźwiedzica śpiewała kołysanki swojemu maleństwu, od czasu do czasu zerkając w okno. Czekała. Tata Niedźwiedź też czekał. Słońce zaczynało już zachodzić, a oni czekali tak od rana na Króla Niedźwiedzi, który zgodnie z obyczajem jako pierwszy odwiedzał nowo narodzone niedźwiedziątko. A potem wyprawił wielką powitalną ucztę na cześć maleństwa.
Ach, cóż to były za biesiady! Stoły pełne smakołyków, okrzyki podziwu, pieśni ułożone specjalnie na tę okazję, prezenty... Ojej, Mama Niedźwiedzica nie mogła się już doczekać uczty. Przymknęła oczy. Słyszała dźwięki królewskiej orkiestry i czuła zapach najlepszego królewskiego miodu... Skrzypnięcie drzwi wyrwało ja z rozmarzenia.
W drzwiach stał Król.
- Witamy Waszą Wysokość. - Tata Niedźwiedź ukłonił się.
- To dla nas wielki zaszczyt, Wasza Wysokość. - Mama Niedźwiedzica drgnęła przed władcą.
Król odmruknął coś pod nosem i podszedł do kołyski.
- Ależ on jest niebieski! - zawołał na widok małego łebka wystającego z zawiniątka.
- Ona. To niedźwiedziczka - powiedziała z dumą mama, przyciskając dziecko do piersi. - Błękitna jak niebo, lazurowa jak morze, szafirowa jak klejnot, chabrowa jak kwiaty na łące, niebieska jak...
- Nie przyszedłem tu oglądać nieba, morza, klejnotów ani chabrów, tylko niedźwiedzia! - wykrzyknął zirytowany Król. - Niedźwiedzia! a niedźwiedzie mogą być brązowe, czarne, białe albo szare. Niebieskich niedźwiedzi nie ma!
- Ale przecież ona jest niebieska - zaprotestowała nieśmiało mama. - Nasza córeczka jest niebieska. I jest niedźwiedziem.
- Kto to widział! Niebieskie uszy, łapy, nos, a nawet brzuch! To niedopuszczalne! Oburzony Król odwrócił się na pięcie i, nie mówiąc nawet "do widzenia", wyszedł z chaty.
- A co z ucztą? - zawoła za nim mama.
- Uczty są dla niedźwiedzi! Dla prawdziwych niedźwiedzi, a nie dla takich niebieskich dziwadeł! - krzyknął władca.
- Zróbcie coś z tym! I to szybko! 

Temat inności i akceptacji jest zawsze istotny. I tylko od koncepcji autora zależy, jak zechce o nim opowiedzieć.
Tym razem historię otwierają narodziny niebieskiego niedźwiedzia, który pojawia się w świecie o bardziej stonowanych kolorach. Nie znajdując afirmacji w niedźwiedziej społeczności rodzice decydują się na przeprowadzkę do krainy, w której mieszkają żółte krokodyle, pasiaste hipopotamy, bezogoniaste lwy i mnóstwo rożnych stworzeń. O tym jak rozwinęła się dalej historia można przeczytać, a nawet domyślić :) Książka jest bowiem ciekawa, ładnie zilustrowana i wydana, ale dość przewidywalna w fabule. Wydaje się, że jest to schemat tak często używany, że i tym razem dobrze się sprawdził.
Lektura wartościowa na poziomie edukacyjnym i przeżyciowym, ale według mnie do jednorazowego przeczytania i odstawienia na półkę.

Joanna M.Chmielewska
Niebieska Niedźwiedzica
Ilustracje Jona Jung
Wydawnictwo Bajka