Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla młodzieży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla młodzieży. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 czerwca 2016

Gro Dahle "Wojna"

Inga mieszka w bezpiecznym kraju.
Tu nie ma wojny.
Nie ma żadnych czołgów na ulicach
Żadnych żołnierzy, żadnej broni, żadnego strzelania.
Nawet trzmiele są bezpieczne.

Mama jest najlepszą mama na świecie.
Tata jest najlepszym tatą na świecie.
A Olek i Lars są naprawdę okej.

Najlepsza rodzina na świecie, sądzi Inga.

Inga lubi siedzieć z nimi na sofie,
lubi grać z nimi w gry,
lubi jeść z nimi obiad,
iść na plażę i kąpać się w morzu,
kupować hot dogi w budce.(...)

Wybucha wojna.

Inga nie wie, kto ją wpuścił do domu,
nie wie do końca kto ją zaczął.
Mama? Tata?(...)

I Tata odchodzi.

I robi się cicho.

W sofie pozostaje ogromna dziura
po Tacie.
Przy stole i wokół krzesła Taty pustka.
Po butach Taty ani śladu.
Kołdra zniknęła z łóżka.
Szczoteczka z kubka.
A kurtka z wieszaka.

Bo w tej wojnie są też uchodźcy,
a Inga mieszka wszędzie i nie mieszka nigdzie,
mieszka w jednej torbie i jednym plecaku,
trochę rzeczy ma tu, a trochę tam,
mieszka pomiędzy
i musi ciągle jeździć.(...)

Wszyscy mówią, że Inga jest mądrą
dziewczynką,
bo taką jest,
bo nie płacze,
nie wtedy, kiedy ktoś patrzy.
Inga się uśmiecha, bo jest mądra,
bo radzi sobie prawie ze wszystkim,
z kanapkami, lekcjami, torbami, podróżami.

Nieprawdopodobnie silnie oddziałująca na wyobraźnię i emocje książka. W metaforze wojny opowiada o dramacie dziecka w obliczu kryzysu rodziny. W nieco poetycki sposób autorowi udało się przekazać i realia i wewnętrzny świat dziecka. Gro Dahle pokazuje historię utraty. To co dotychczas było ostoją, traci swoje miejsce i rozpoczyna się bolesny proces adaptacji do nowej sytuacji.
Książka piękna, bardzo trudna, dla starszych dzieci, dla rodziców.

Gro Dahle
Wojna
Ilustracje Kaia Dahle Nyhus
Wydawnictwo EneDuerabe

niedziela, 6 grudnia 2015

Paweł Wakuła "Jagiełło pod... prysznicem"

 Mama uparła się, żebym umył szyję i uszy. Tak jakbym nie robił tego przed tygodniem!
- Częste mycie skraca życie...- burknąłem niezadowolony, gdy wręczyła  mi ręcznik i kazała pójść do łazienki.
- A właśnie, że nie masz racji - odezwał się niespodziewanie dziadek. - Władysław Jagiełło kąpał się codziennie, a mimo to dożył osiemdziesięciu dwóch lat, z czego aż czterdzieści osiem spędził na polskim tronie!
- Toteż wszyscy się tej jego pasji dziwili i uważali, że upodobanie do wody świadczy o pogańskiej przeszłości króla - przyznał dziadek. Na przykład jego żona Jadwiga, późniejsza święta, nie myła się prawie wcale, traktując to jako rodzaj pobożnego umartwienia.
- Brr! - wzdrygnęła się mama.
- Ówczesna religia kazała wiernym przykładać większą wagę do spraw ducha niż ciała - wyjaśnił dziadek.
- Ja też chcę być święty! - olśniło mnie nagle. - Nie będę się dzisiaj kąpał w ramach umartwienia!
- Założysz się? - spytała słodko mama, zwijając ręcznik w marchewkę.
- Zostaw go w spokoju - mruknął tata. - Jest taki piękny ciepły wieczór, przejdźmy się na spacer po parku. Kuba umyje uszy, jak wrócimy.
Od razu wiedziałem, co chodzi tacie po głowie - chciał pogadać z dziadkiem o królu Władysławie!
Po chwili szliśmy żwirową aleją w cieniu drzew, a nad nami na granatowym niebie srebrzył się księżyc w pełni.
- Jagiełło był najdłużej zasiadającym na tronie królem Polski - mówił dziadek. - I trzeba przyznać, ze było to udane panowanie. Przyjmując hold lenny od hospodara mołdawskiego Piotra oraz od książąt pomorskich Bogusława i Warcisława, sprawił, że po raz pierwszy w historii granice Polski sięgały od morza do morza.

Tę lekturę czytałam kawałek po kawałku w wolnych chwilach. Mój komfort brał się stąd, że tak skonstruowana jest książka. Poczet władców Polski podany w sposób bardzo atrakcyjny.
Rodzinny autorytet w sprawach historii - dziadek, dzieli się swoją wiedzą i przemyśleniami z członkami rodziny. Wnuczek (Kuba) niespecjalnie pasjonuje się historią, co widać po stopniach i minie ojca wracającego z wywiadówki. Zatem domowe lekcje historii dedykowane są przede wszystkim jemu. A dziadek pokazuje, że przeszłość może być niezwykle zajmująca, szczególnie gdy teraźniejszość poprzez rożne skojarzenia zachęca do spoglądania wstecz.
Fakty historyczne, ciekawostki nadające im smaku, ładny język, poczucie humoru, świetne ilustracje składają się na ciekawą pozycję.

Paweł Wakuła
Jagiełło pod... prysznicem
Opowieści o władcach Polski
Ilustracje Mikołaj Kamler
Wydawnictwo Literatura

sobota, 22 sierpnia 2015

Małgorzata Strzałkowska "Części mowy czyli wierszowany samouczek nietypowy"


PARTYKUŁA

Partykuły bardzo dobrze wypełniają swe zadania,
ożywiają ciut wypowiedź i zmieniając wydźwięk zdania.

FRANEK
- Może raczej - rzekła Hanka - 
nie rób, Franku, w banku manka,
bo kto manko robi w banku,
chyba nie jest mądry, Franku.

STEFAN
Stefan ponoć już od roku
bzika ma na punkcie smoków
i bynajmniej się nie wstydzi,
że wciąż tylko smoki widzi.

ROMEK
To zaiste piękny domek!
Bez wątpienia! - westchnął Romek.
- Taki domek mieć bym chciał!
Gdybyż jeszcze okna miał...

MELANIA
- To ci moda! Też mi coś!
Czy to będzie nosił ktoś?
Spójrz no, Melu, na ten łach!
Chodźże tu i zróbże ciach!

Kolejna niezwykle sympatyczna i mistrzowsko napisana książka. Pozornie trudny i  nudny temat. Ten tomik jest perełką, która, według mnie wyraża fascynację rodzimym językiem.Kontekst edukacyjny może być zachętą dla rodziców i nauczycieli. Autorka wyjaśnia takie niewiadome jak czasownik, rzeczownik, liczebnik, zaimek, stopniowanie, tryby i czasy, odmianę przez przypadki i liczby itp. Wszystko okraszone dobrym humorem i przemyślana formą
Ilustracje, tradycyjnie, są kolarzami pisarki.

Na ostatnich stronach znajduje się KURS SKRÓCONY NA DWIE STRONY, który w zwięzły sposób streszcza książkę. Autorka kończy go tak:
Wszystko (rzeczownik) mi (zaimek rzeczowy) się (zaimek zwrotny) w (przyimek) głowie (rzeczownik) plącze (czasownik), więc (spójnik) niniejszym (przysłówek) książkę (rzeczownik) kończę (czasownik).

Małgorzata Strzałkowska
Części mowy czyli wierszowany samouczek nietypowy
Wydawnictwo Media Rodzina

niedziela, 1 marca 2015

Małgorzata Strzałkowska "Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy"

Małgorzata Strzałkowska
Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy
Ilustracje Adam Pękalski
Wydawnictwo Bajka
                                  Zwrotka czwarta
Już tam ojciec do swej Basi
Mówi zapłakany - 
Słuchaj jeno*, pono** nasi
Biją w tarabany***.

*jeno - tylko; słuchaj jeno - posłuchaj
**pono - ponoć, podobno
***taraban - bęben wojskowy, używany dawniej w Rzeczpospolitej

Zwrotka przedstawia dziewczynę o imieniu Basia, która wraz z ojcem czeka z utęsknieniem na jakikolwiek znak, zwiastujący przybycie Legionów Dąbrowskiego do kraju i wyzwolenie ojczyzny. Rzecz dzieje się tam, a to tam to z perspektywy będącego we Włoszech Wybickiego daleka ojczyzna, Polska. Ojciec łowi uchem płynące z dali bicie tarabanów, wojskowych bębnów, wzywających naszych do zwycięskiego powrotu. To scena pełna miłości do ojczyzny i wielkich nadziei...
Ale dlaczego ojciec jest zapłakany? Zapewne z tęsknoty za wolną Polską i ze wzruszenia, że wyzwolenie jest już bliskie.
Tylko... Czy ta scena nie byłaby bardziej wiarygodna, gdyby to Basia płakała, a ojciec ją pocieszał? Chyba tak. a może właśnie plączącą dziewczynę i pocieszającego ją ojca miał na myśli Wybicki...
Czy coś potwierdza ten pogląd? Owszem - stosowana przez Wybickiego pisownia. Badacze, analizując rękopisy Wybickiego, odkryli, że zamiast bożej pisał on boży, zamiast raczej-raczy, zamiast włoskiej-włoski... A więc może początek zwrotki powinien brzmieć: Już tam ojciec do swej Basi mówi zapłakanej? Może...
I jeszcze jedna zagadka - kim są Basia i jej ojciec? Według dawnych historyków, Basia z hymnu to młodziutka Barbara Chłapowska, którą Dąbrowski miał poznać przed wyjazdem z Polski do Włoch, a która 5 listopada 107 roku została jego żoną. Jednak dociekliwi badacze, analizując dokumenty spisane przez świadków tamtych dni, odkryli, że Dąbrowski, poznał swoją przyszłą żonę dopiero w 1806 roku! Miało to nastąpić na balu, wydanym na cześć generała w poznańskim ratuszu. A więc kim są tajemnicza Basia i jej ojciec? Nie mamy na ten temat wiarygodnych źródeł. Może to są konkretne osoby, o których milczą kroniki? A może Basia i jej ojciec to symboliczne postaci córki i ojca, "przykładowi" Polacy? Przecież Basia, Marynia, Zosia to popularne imiona ówczesnych polskich dziewcząt... 


Z przedmowy prof. Jana Żaryna:
książka ta jest tak wewnętrznie skomponowana, by mogła trafić do serc i umysłów ludzi  w różnym wieku i z różnym przygotowaniem historyczno-literackim. Jest opowieścią skierowaną i do dziecka i młodzieńca, a także do dziadków i rodziców. Jest zatem darem dla wszystkich, którzy kochają Polskę. To jedyny wymóg, który postawiłbym potencjalnemu czytelnikowi: gotowość do stałej i wiernej miłości do Ojczyzny.
Lektura napisana przez znakomitą pisarkę, szeroko konsultowana i rzetelnie przygotowana. Jest bardzo ciekawa. Najpierw kontekst historyczny, potem omówienie każdej zwrotki i refrenu, sposób śpiewania hymnu, kalendarium i wreszcie Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie. Jest też część książki dedykowana wnikliwszym czytelnikom. Z niej to m.in. można się dowiedzieć, że hymn miał pierwotnie sześć zwrotek oraz poznać utwory, które pełniły w naszej historii rolę hymnu.
Dodatkiem do książki jest płyta.
Wartość takiej publikacji w domowej biblioteczce jest znacząca o tyle, o ile zechcemy nadać jej odpowiednią rolę, o której pisał prof. Żaryn.

piątek, 20 lutego 2015

Dorota Kasjanowicz"Cześć wilki"

     
Dorota Kasjanowicz
Cześć wilki
Wydawnictwo Dwie Siostry

          Jeździł tak z godzinę. Skręcał to w prawo, to w lewo albo mknął cały czas prosto. Wreszcie znalazł się w parku, tym po drodze do Wilczego Potoku. Ale zawrócił na samym jego skraju. I znowu mknął prosto albo skręcał to w prawo, to w lewo. I nie mógł ani na chwilę wyłączyć myślenia, choć bardzo chciał. Naprawdę zawracał cioci Agnieszce głowę? Może i tak… Naprawdę nie dałby sobie rady z Bodkiem? Może i nie…
Okej, wcale nie musi tam jeździć. Bo i po co? Lepiej posiedzieć przy komputerze. I… i jeść twarożek zamiast sernika. I nie mieć psa. Ani takiego fajnego fotela. Ani ogrodu. I z nikim nie rozmawiać o murinach. Ani o galarecie. W ogóle o niczym.
A co do Pawła, to skłamał, że się z nim umówił. Bo mama go lubiła. No tak, w porządku, dopóki nie zaczął się kolegować z tym zarozumiałym Adrianem. Tylko jak wytłumaczyć to mamie?
— Filip!
Ktoś go wołał. Filip wrócił do rzeczywistości i podniósł wyżej głowę. Najpierw zauważył kilka par przyjaznych wilczych oczu. Zerkały z chaszczy w ogrodzie pod numerem szesnastym i zza pnia drzewa, które miał parę metrów przed sobą. A jeszcze inne przez moment widział pod schodami domu numer osiemnaście.
— Cześć, wilki! — szepnął i w tym samym momencie już wiedział, gdzie jest, dokąd go zaniosło, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo co.
— Filip! — wołanie się powtórzyło i oczywiście była to ciocia Agnieszka, z Bodkiem na smyczy.
Filip zdążył tylko pomyśleć: „No przecież nie mogę teraz zwiać, mamo, to byłoby niegrzecznie” — i już hamował obok cioci i jej psa.
— Cześć, Filip!
— Cześć, ciociu! Cześć, Bodek! — odpowiedział i zaraz dodał: — Na tym moim osiedlu to w ogóle nie ma gdzie jeździć.
— Ach tak.
— Tak jakoś… Tu jest więcej ścieżek. Więcej miejsca. Można się rozpędzić.
— Rozumiem. — Ciocia popatrzyła na Bodka, a potem znów na Filipa. — Wiesz, wybieramy się na spacer. Może do nas dołączysz?
— Naprawdę? — Filipa aż ścisnęło w żołądku z radości.
— Naprawdę. Rower możesz zostawić w ogrodzie, nie będzie go widać z ulicy — powiedziała ciocia i podała mu klucz od furtki.
I, o dziwo, nie dodała: „Tylko dobrze ją zamknij, pamiętaj”. A przecież dorośli zawsze mówią coś w tym rodzaju. Nie wiadomo dlaczego. Przecież klucze służą do zamykania, każde dziecko to wie. A prawie jedenastolatek to już na pewno.
Rower został odstawiony w pięć minut i cała trójka ruszyła w dół ulicy Niebieskiej.
— Ciociu, a gdzie chodzicie na spacery? Tak najczęściej? — zapytał Filip i spojrzał na Bodka.
Pies co prawda był na smyczy — zgodnie z przepisami — ale i tak szedł równo przy nodze, jakby mówił: „Proszę bardzo, zakładajcie mi smycz i obrożę, skoro wam to do czegoś potrzebne, bo mnie nie”.
— Różnie. Głównie tutaj, po uliczkach, skwerkach. Czasem idziemy do parku. A jak mam więcej czasu, chodzimy sobie na łąkę. Wiesz, gdzie to jest?
Nie, Filip nie wiedział. Nigdy tam nie był.
— Wystarczy pójść tą ulicą do końca, potem skręcić w prawo obok sklepu spożywczego. Stamtąd widać kościół, a zaraz za kościołem jest łąka.
— Tak blisko?
— Tak blisko.
Filip zaniemówił. Jak to się stało, że nigdy tam nie dotarł? Wystarczyło pojechać na rowerze tylko trochę dalej.
Adrian na pewno o tej łące nie wie. Ani Paweł. A tata? Czy tata wie? Nie, oczywiście, że nie, przecież by Filipowi powiedział. To on opowie o tym tacie pierwszy! I wybiorą się tam na rowerach tylko we dwóch.
Bo mama nie lubiła jeździć na rowerze. Nawet nie chciała sobie żadnego kupić.
„A niby kiedy ja mam jeździć? W niedzielę, jak wreszcie można trochę odpocząć? Wolę sobie posiedzieć na kanapie niż zasuwać bez sensu w tę i z powrotem”. Tak powiedziała.
— Wiesz, Bodek dawno się porządnie nie wybiegał — odezwała się ciocia. — Jeśli masz czas, to może pójdziemy tam dzisiaj?
— Jasne! — zawołał Filip. — Chodźmy. W domu muszę być dopiero o dziewiątej. Teraz jest długo widno.
— No to idziemy. Bodek, cieszysz się? — zapytała ciocia swojego wszystko rozumiejącego psa.
Bodek oczywiście się cieszył. Bardzo.
Szli bez pośpiechu. Ciocia opowiadała trochę o Magdzie: że jest zadowolona, bo dostała dobrą pracę. Została asystentką w holenderskiej firmie w Londynie, między innymi dzięki temu, że dobrze znała nie tylko angielski, ale i holenderski. Pomogło jej także to, że skończyła studia. Teraz pracowała po dziesięć, dwanaście godzin dziennie, ale była zadowolona. A nawet szczęśliwa.
— Myślałem, że jak się pracuje tyle, co moi rodzice, to nie można być zadowolonym. Ani szczęśliwym.
— Twoi rodzice na pewno są zmęczeni. Wiesz, Magda jest jednak trochę młodsza od nich i nie ma rodziny na utrzymaniu. Ani własnej firmy. A taka firma to spory stres. I odpowiedzialność.
— A nie można być zmęczonym i szczęśliwym jednocześnie?
Ciocia przez chwilę milczała.
— Można. Oczywiście, że można — stwierdziła w końcu.
Mijali właśnie sklep spożywczy, gdy usłyszeli głośny pomruk silnika. Na cichą ulicę wtaczała się wielka ciężarówka. Wyglądała prawie jak tir.
— O, przeprowadzki — powiedziała ciocia.
— Kto? — zapytał Filip, bo nie dosłyszał.
— Przeprowadzki! — powtórzyła ciocia nieco głośniej.
— A kto to? Znasz go? — zainteresował się Filip.
— Kogo? — zdziwiła się ciocia.
— No, tego Przeprowackiego!
— Jakiego Przeprowackiego?
— No, tego — Filip wskazał na ciężarówkę.
I mniej więcej w tym samym momencie kierowca zgasił silnik. Zapadła błoga cisza.
— Jakiego Przeprowackiego? — powiedziała jeszcze raz ciocia i nagle zrozumiała. I zaczęła się tak śmiać, że o mało nie usiadła na chodniku. A kiedy przestała, powiedziała: — A jak ma na imię ten pan Przeprowacki?
Filip też wreszcie zrozumiał. I teraz on wybuchnął śmiechem.
Na budzie ciężarówki duży granatowy napis głosił: „PRZE-PROWADZKI”.
Filip pokiwał głową.
— Ten Przeprowacki może mieć na imię na przykład… na przykład… Mariusz — zdecydował. — Mam takiego wujka, który się nazywa Mariusz Przeracki. Bardzo podobnie, prawda?
— A może — podchwyciła ciocia — nie Mariusz, skoro podobny Mariusz już jest, tylko… powiedzmy… Sygnatariusz*? Albo… Proletariusz**? A może Scenariusz? Co ty na to? Scenariusz Przeprowacki.
I oboje głośno się zaśmiali.
— A Scenariusz Dobranocki? — rzucił Filip.
— Dobre! — zawołała ciocia. — Firma Scenariusza Dobranockiego poleca bezbolesne i całkowicie niezauważalne przeprowadzki. Znienacka. Przeprowadzka znienacka. Przeprowadzki znienacki.
— A Scenariusz Przeprowacki, który też chciałby przeprowadzać przeprowadzki, nie ma scenariusza przeprowadzki.
— Ani zarysu kosztorysu — dorzuciła ciocia Agnieszka.
Przerzucali się pomysłami, które wpadały im do głowy jeden po drugim, i zaśmiewali się do łez.
— A wiesz, kto to jest przekładaniec? — zapytała ciocia.
— No kto?
— Tłumacz.
— A lotnisko? — tym razem Filip zadał pytanie.
— Nie wiem.
— Latanie tuż nad ziemią.
— No jasne! A patrzy? — zrewanżowała się ciocia.
— Patrzy?
— Nie wiesz? Trzy razy „pa”. Pa, pa, pa!
— A czytanie? — zawołał szybko Filip.
— Wiem, wiem! Pytanie, czy coś jest niedrogie! Tak?
— Tak!
— A teraz — ciocia na chwilę zawiesiła znacząco głos — coś, co bardzo lubisz: trochę horroru. Co to jest odtwarzacz?
— Odtwarzacz?
— No, wsłuchaj się dobrze w to słowo… Od-twa-rzacz…
— Już chyba wiem! Kojarzy mi się to z jakąś przerażającą maszyną, która robi coś strasznego z twarzą. Masakra.
Przez chwilę szli w milczeniu, uśmiechnięci, szukając w myślach kolejnych niezwykłych skojarzeń.
— A co powiesz na „zbieraliście”? — ciocia znów podjęła ich grę.
Filip wzruszył ramionami.
— Słowo jak słowo.
— Nieee… No posłuchaj: zbieraliście. Co robiliście?
— Zbieraliście.
— A co robi?
— Co robi? A! Zbiera liście! Super! A co to znaczy — Filip wpadł na kolejny pomysł — że ktoś jest zaufany?
— To znaczy, że jest cały w ufach. Zaufany od stóp do głów.
— Pomalowany w ufy.
— Przysypany ufami.
— Oblepiony ufami.
— Kochający ufy.
— Ktoś, kto zmienił się w ogromnego ufa.
— Ufff…
— Gdzie?! Gdzie?! — wykrzyknął Filip i zaczął się rozglądać.
— Ogłaszam przerwę! — Ciocia Agnieszka, śmiejąc się, przystanęła. — Bo oto przed nami słynna, ale mało znana łąka.
Filip zaniemówił. Z wrażenia. To, co zobaczył, było po prostu piękne.
Nie mógł uwierzyć, że coś takiego znajdowało się tak blisko jego domu.

Ale właściwie dlaczego piękne rzeczy miałyby się znajdować tylko gdzieś bardzo daleko?

Poczułam tę książkę. A uczucia są trudne. Rozpoznaję w sobie po jej przeczytaniu samotność, lęk, złość, bezradność, zazdrość, smutek, tęsknotę, a wreszcie radość i nadzieję. Tylko że proporcja jest trudna do wytrzymania...
Rzeczywiście ciekawa książka. Nie szargająca autorytetów, nie obwiniająca, z dużym szacunkiem do człowieka, ale absolutnie nie dla młodszych dzieci , jak sugeruje wydawca.
Autorka pokazuje dramat jedenastoletniego Filipa. Jest opuszczony i zdezorientowany, nie rozumie zawiłych relacji; w rodzinie nie ma bliskości między rodzicami oraz między rodzicami a chłopcem. 
Ulgę w codzienności przynosi Filipowi wyobraźnia i życzliwy dorosły, który docenia wagę zwykłych przyjemności.
Nie wiem jaki był cel autorki. Kierując taką książkę do dzieci, trzeba im coś dać. Ja odczytuję to tak: w uniknięciu życiowego dramatu pomoże ci fantazja (tu -rozwiń w sobie sublimację) lub jakiś odpowiedzialny dorosły.
A literacko, też bez fajerwerków.
Przeczytałam zachęcona główna nagrodą roku 2014 Polskiej Sekcji Ibby. Ja bym tej nagrody nie przyznała, ale rodzicom, psychologom, pedagogom serdecznie polecam.

niedziela, 18 stycznia 2015

"Siedem sowich piór" Katarzyna Ryrych

Katarzyna Ryrych   
Siedem sowich piór
Pamiętnik mojej choroby
Wydawnictwo Cartalia Press

Następnego dnia rado obudziło mnie gwizdanie. To mogło oznaczać tylko jedno - że Siostra Pączek ma wolne, a zastępuje ją TDF.
TDF naprawdę miał na imię Marek, a przezwisko Tyczka Do Fasoli wymyślił Yul, bo Marek był chudy i wysoki., a najśmieszniejsze było to, że jeździł maluchem, i kiedy do niego wsiadał, połowa szpitala - przynajmniej ta polowa, która mogła poruszać się swobodnie, rzucała się do okien. Każdy chciał zobaczyć, jak TDF dosłownie składa się na pół i odjeżdża z kolanami pod brodą.
Oczywiście sam TDF nie wiedział, co naprawdę oznaczało jego przezwisko.
Prawdopodobnie Yul powiedział mu, ze to skrót od Taki Długi Facet i TDF to kupił. Ale wszyscy i tak wiedzieli, o co chodzi.
TDF odrabiał służbę wojskową w szpitalu, bo nie miał ochoty czołgać się na czyjąś komendę, a na dodatek skończył... weterynarię i w przyszłości miał zostać lekarzem, tyle że od zwierząt.
Na drugi dzień po tym, jak dowiedzieliśmy się, kim chce zostać, Artek zabeczał na powitanie jak owca.
Ale TDF wcale się nie obraził. W ogóle był spokojny i nawet wynoszenie i opróżnianie basenów mu nie przeszkadzało. A kiedyś, kiedy ukradkiem zjadłem całą tabliczkę czekolady i zwymiotowałem na łóżko, TDF najspokojniej w świecie przyniósł wiaderko, ściereczkę i wszystko posprzątał.
- Malinowa - powiedział, puszczając do mnie oko, a ja, cały czerwony ze wstydu, pokiwałem głową.
Pomyślałem sobie, że gdyby wszyscy dorośli byli tacy, jak TDF, to na pewno nam, dzieciom z oddziału, byłoby lżej. Potrafił wytłumaczyć wszystko tak jak mój Dziadek, że robiło się jasne i proste, a wiadomo, że kiedy coś jest jasne i proste, to naprawdę nie ma się czego bać.
Odpowiadał nawet na najgłupsze pytania i chyba podkochiwał się w Siostrze Pączek, bo często brał za nią sobotnie dyżury.

To książka, którą się czuje. Jest niezwykła. Autorka w swojej publikaccji porusza najtrudniejsze sprawy. Umie o nich pisać, oswajać, troskliwie się nimi zajmować.
Wojtek trafił na oddział, na którym prawie nikt nie miał włosów. Dołączył do rówieśników po tym, jak okazało się, że na jego kolanie pojawił się guz. Chłopiec miał za sobą rozstanie z ukochanym Dziadkiem i psem Miśkiem.
Na oddziale toczy się bogate życie. Z pozoru monotonne, zewnętrznie może mało atrakcyjne, ale wewnętrznie ciekawe, pełne fantazji, cudów. Stąd też tytuł książki -  siedem sowich piór, to siedem czarownych wydarzeń przeżytych w bliskości z Dziadkiem. Można wtulić się w sowie pióra i polecieć tam, gdzie dzieją się ważne sprawy. Piękne postaci Brodacza, Siostry Pączek, TDF-a, Rumpla.
Książka ciekawie wydana (w formie dziecięcego pamiętnika) z intrygującymi ilustracjami.

piątek, 26 grudnia 2014

I.Desjardins "Wigilia Małgorzaty"

Małgorzata Goden cieszy się, że nie musi wyściubiać nosa z domu. Nie żeby nie lubiła świąt Bożego Narodzenia. Nie, nie, wręcz przeciwnie. Nawet przystroiła dom najpiękniej jak umiała. To było w zeszłym roku? Czy dwa lata temu? Sama już nie wie, bo pamięć płata jej figle.
Wcale nie jest tak, że wszyscy ją opuścili i trzeba się nad nią litować. ma dwoje dzieci i wnuki. Ale rodzinne święta ją męczą. Mimo to, co roku mówi sobie, że musi się zdobyć na mały winne, by dzieci nie czuły się winne, że świętują Boże Narodzenie bez niej. Zdają się nie dowierzać, gdy zapewnia, że nie ma nic przeciwko samotnej Wigilii.\
Stale im powtarza:
- Odpocznijcie! Bawcie się dobrze! nie martwcie się o mnie, a sobie przyjemnie spędzę wieczór. Nie kłamie. Cieszy ją świadomość, że mają udane życie.

Sama historia tchnie smutkiem i samotnością. Mam wrażanie, że autor próbuje mnie przekonać, że rzeczywistość wygląda tak, jak o niej mówi. Ja czuję inaczej. Starsza pani lat osiemdziesiąt kilka mieszka samotnie korzystając regularnie z usług fryzjera, pielęgniarki, sprzątaczki i młodego sąsiada. Wokół wszyscy umierają, dzieci i wnuki wiodą gdzieś szczęśliwe życie, a staruszka pozostaje w nieustannym lęku. Ten lęk paraliżuje ją tak bardzo, że nie jest w stanie wyjść poza próg własnego domu. W jej zalęknionym świecie pojawiają się w wigilijny wieczór niespodziewani goście, dzięki którym odkrywa, że tak bardzo bała się śmierci, że w końcu zaczęła bać się życia. Pojawia się mojej głowie wiele pytań, fantazji i niełatwych emocji związanych z książką. Być może to stanowi o jej wartości.
Najpiękniejsze w tej książce są ilustracje kanadyjskiego ilustratora Pascala Blanchet. Dzięki nim książka nabiera prawdziwego uroku. Ilustracje oszczędne, ascetyczne, trochę schematyczne. Całość pięknie, bardzo starannie wydana.


Zdecydowanie dla starszego dziecka. Urok książki doceni przede wszystkim dorosły czytelnik.


I.Desjardins 
Wigilia Małgorzaty
Wydawnictwo Dwie Siostry

niedziela, 27 kwietnia 2014

Dominique Bar, Louis-Bernard Koch, Guy Lehideux "Z Wadowic do Rzymu"

Dominique Bar, Louis-Bernard Koch, Guy Lehideux 
Z Wadowic do Rzymu
Wydawnictwo Biały Kruk

Dość niecodzienna biografia dla dzieci św.Jana Pawła II. Wykonana przez francuskich rysowników w oparciu o zdjęcia Adama Bujaka i Arturo Mari.
Z okładki:  Pierwsza na świecie rysunkowa biografia Karola Wojtyły - Jana Pawła II. Autorami tej niezwykle wciągającej komiksowej opowieści są znani francuscy rysownicy - Dominique Bar i Guy Lehideux oraz scenarzysta Louis-Bernard Koch. Komiks opatrzony jest przedmową kard.Paula Pouparda, przewodniczącego Papieskiej Rady ds.Kultury. Opowieść o dużych walorach edukacyjnych.
Polecam. Wydana w 2004r, a więc warto poszperać w archiwalnych zasobach.





sobota, 5 października 2013

Stefan Themerson "Przygody Pędrka Wyrzutka"

Pędrek wyrzutek był sobie Pędrkiem Wyrzutkiem, ludzie jednak myśleli, że w nim jest coś psiego, psy zaś były zdania, że w nim jest coś człowieczego.
I kiedy szedł drogą, która wiodła do miasta, z którego wyszedł, do miasta, do którego szedł, ludzie, jakich spotykał, przystawali i wołali za nim: "Pódź tu, Pędrek!"; i bardzo mu było nieprzyjemnie, bo niby co to za takie zaczepianie przez kogoś, kto się nawet nie raczył przedstawić.
A psy, jakie spotkał po drodze, która wiodła od miasta, z którego wyszedł, do miasta, do którego szedł, biegły ku niemu, machały ogonami i stawały na tylnych łapach, żebrząc. więc bardzo mu było nieprzyjemnie, bo nie miał nic, co by im mógł dać.
Ryby piły zaś, które wychylały ponad wodę swe zębate nosy, tam gdzie droga prowadziła wzdłuż brzegu morskiego, myślały, że w nim jest coś ze słownika, i dziwiły się, dlaczego nie śpiewa: "Fiu fiut!"
Aż wreszcie, kiedy pewien kot pomyślał, że w nim jest coś z ryby, i próbował go zjeść, Pędrek Wyrzutek bardzo się bardzo bardzo znienieniecierpliwił i pierwsze pytanie, jakie zadał, kiedy doszedł do miasta, do którego szedł, było:
 - Czy jest tu ktoś mądry w tym mieście?
- Najmądrzejszą osoba w mieście - odrzekli mu - jest stary wielbłąd, który wykłada na Uniwersytecie.
Więc Pędrek Wyrzutek poszedł do Uniwersytetu, wprost do gabinetu Wielbłąda, i rzekł:
- Dzień dobry Panu Profesorowi! Nazywam się Pędrek Wyrzutek.
- Dzien dobry! - odrzekł Wielbłąd. - Ach Aha Oho.
- Przepraszam bardzo, ale nie dosłyszałem - powiedział Pedrek Wyrzutek.
- Nazwiska są po to, żeby ja znać, a nie po to, żeby ja zrozumieć - odrzekł Wielbłąd. - Moje nazwisko jest Ach Aha Oho! Nie sadzi pan, że mi z nim do twarzy! Bardzo wygodne nazwisko. Można je wymówić na dwadzieścia siedem rożnych sposobów. "Ach" można wymówić ze zdziwieniem: "Ach?!" albo z radością "Ach!", albo z żalem: "Ach...!", "Aha" można wymówić, przytakując: "Aha..." albo tryumfalnie: "Aha!", albo kpiąco: "Aha!..."; a "Oho" można odchrząknąć, żeby zwrócić na coś uwagę: "Oho!..." albo żeby ostrzec przed czymś: "Oho!", albo filuternie "Oho...!"

27 SPOSOBÓW WYMÓWIENIA NAZWISKA ACH AHA OCH

1. Ach?! ze zdziwieniem Aha... przytakując Oho!... odchrząkując
2. Ach?! ze zdziwieniem Aha... przytakując Oho! ostrzegawczo
3. Ach?! ze zdziwieniem Aha... przytakując Oho...! filuternie
4. Ach?! ze zdziwieniem Aha! Tryumfalnie Oho!... odchrząkując
5. Ach?! ze zdziwieniem Aha! Tryumfalnie Oho! ostrzegawczo
6. Ach?! ze zdziwieniem Aha! Tryumfalnie Oho...! filuternie 
7. Ach?! ze zdziwieniem Aha!... kpiąco Oho!... odchrząkując
8. Ach?! ze zdziwieniem Aha!... kpiąco Oho! ostrzegawczo
9. Ach?! ze zdziwieniem Aha!... kpiąco Oho...! filuternie
10. Ach! z radością Aha... przytakując Oho!... odchrząkując
11. Ach! z radością Aha... przytakując Oho! ostrzegawczo
12. Ach! z radością Aha... przytakując Oho...! filuternie
13. Ach! z radością Aha! Tryumfalnie Oho!... odchrząkując
14. Ach! z radością Aha! Tryumfalnie Oho! ostrzegawczo
15. Ach! z radością Aha! Tryumfalnie Oho...! filuternie
16. Ach! z radością Aha!... kpiąco Oho!... odchrząkując
17. Ach! z radością Aha!... kpiąco Oho! ostrzegawczo
18. Ach! z radością Aha!... kpiąco Oho...! filuternie 
19. Ach...! z żalem Aha... przytakując Oho!... odchrząkując
20. Ach...! z żalem Aha... przytakując Oho! ostrzegawczo
21. Ach...! z żalem Aha... przytakując Oho...! filuternie
22. Ach...! z żalem Aha! Tryumfalnie Oho!... odchrząkując
23. Ach...! z żalem Aha! Tryumfalnie Oho! ostrzegawczo
24. Ach...! z żalem Aha! Tryumfalnie Oho...! filuternie
25. Ach...! z żalem Aha!... kpiąco Oho!... odchrząkując
26. Ach...! z żalem Aha!... kpiąco Oho! ostrzegawczo
27. Ach...! z żalem Aha!... kpiąco Oho...! filuternie        

- Jest jedna rzecz, której nie wiem...- rzekł Pedrek Wyrzutek, ale profesor Wielbłąd przerwał mu w połowie zdania.(...)
 - Ja chciałem Pana Profesora zapytać, kto ja jestem – powiedział Pędrek Wyrzutek.
- Ach! – żachnął się Wielbłąd. – To wcale nie jest pytanie. To jest Oznajmienie, a nie Pytanie. Jeżeli chcesz wiedzieć, kto jesteś, powinieneś spytać wprost: „Kto ja jestem?”
- Kto Pan Profesor jest? – zdziwił się Pędrek Wyrzutek.
- Ja jestem Ach Aha Oho, Wielbłąd i Profesor. Ja jestem Cały Świat minus Cały-Świat-oprócz-mnie. Oto co jestem! – odrzekł Wielbłąd szybko.
- Ale kto ja jestem? – zapytał Pędrek Wyrzutek.
- Ty jesteś Pędrek Wyrzutek. Ty jesteś Cały Świat minus Cały-Świat-oprócz-ciebie. Oto co jesteś! – rzekł Wielbłąd. I dodał: – Dziwne, że sam tego nie wiesz.


Trafiłam na tę książkę przypadkiem przy okazji zakupu książek psychologicznych. Zaintrygował mnie tytuł. I tak stałam się posiadaczką dość niezwyklej pozycji w mojej biblioteczce. Książka przywodzi mi na myśl Małego Księcia, choć wydaje się nieco trudniejsza.
Główny bohater wyrusza w podroż, by znaleźć odpowiedź na pytanie "Kim jestem?". Pędrek jest bowiem hybrydą człowieka, psa, ryby i słowika. Gdziekolwiek się nie pojawi jest wyrzutkiem. Poczucie inności dotyka go boleśnie. Pędrek przechodzi z rozdziału do rozdziału spotykając rożne postaci, ale żadna z nich nie przynosi odpowiedzi na  nurtujące go pytanie.
To powiastka filozoficzna w baśniowym klimacie, ciekawie napisana, bez jednoznacznych odpowiedzi. Jej niezwykłość polega na tym, że jest wielowarstwowa - dzieci znajdą tu klimaty rodem z baśni i świata fantastyki, dorośli mogą korzystać z bogactwa metafor i tematów do refleksji.
Ciekawe ilustracje żony autora. Bardzo ładne wydanie.

Stefan Themerson
Przygody Pędrka Wyrzutka
Ilustracje Franciszka Themerson
Wydawnictwo Iskry

niedziela, 18 sierpnia 2013

Małgorzata Strzałkowska "Zielony nikt i gadające drzewo"



I nazajutrz rano Nikt udał się na południe. Szedł, szedł i szedł, aż dotarł do niewielkiego miasta, którego ulice nosiły interesujące nazwy: aleja Wielkich Skoków, bulwar Podskoczków, plac Hoop-Siup, Skakankowa, Hopsasanowa... Wszyscy mieszkańcy miasteczka ubrani byli w stroje gimnastyczne i wszyscy, bez wyjątku, podskakiwali jak gumowe piłki.
- Przepraszam, co to za miasto? - Zapytał Nikt podskakującą dziewczynkę z warkoczykami.
- Jestem bardzo zajęta, hop! Na ulicy Żabich Skoków znajdzie pan informacje o wszystkim, hop-siup! To niedaleko, hop!hop! Musi pan skoczyć w lewo, siup! - odpowiedziała dziewczynka i podskakiwała dalej.
Nikt skręcił w lewo i po chwili znalazł się przed niedużym domkiem z wielkim napisem INFORMACJA O WSZYSTKIM. Wszedł do środka i zbliżył się do okienka.
- Przepraszam, co to za miasto? - spytał skaczącą przed okienkiem starszą kobietę. 
- To Miasto Podskoków: hopsa, hopsa! Najwspanialsze miejsce na świecie, hopsa, hopsa! Od rana do nocy wszyscy skaczemy, skaczemy, skaczemy, hopsa, hopsa, hopsa!
Skakanie, proszę pana, to najczystsza przyjemność, hopsa, hopsa! dzięki skakaniu jesteśmy zdrowi i zadowolenie, hopsa, hopsa! Jeżeli osiedli się pan tutaj, będzie pan mógł naskakać się do woli, hopsa, hopsa!
- A jeśli ja nie chcę skakać? - zapytał nieśmiało Nikt.
- To nie ma pan tu czego szukać! - burknęła starsza kobieta i w podskokach zatrzasnęła okienko.
- To też nie jest miejsce dla mnie. Zielony znów musiał  się pomylić...- westchnął! Nikt ruszył w powrotną drogę.
gdy dotarł do swojego drzewa, usiadł w jego cieniu, tuż obok przyjaciela.
- Znowu się nie udało. Cała wyprawa na nic.
- Nie przesadzaj, nie przesadzaj...Przynajmniej już wiesz, dokąd nie chciałbyś dojść. To już dużo, wierz mi - rzekł Zielony, targając rude, sterczące kosmyki. I wtedy powiał silny wiatr. Drzewo zaszumiało, zaszeleściło, zaszemrało... Nikt, wsłuchany w jego szum, powiedział cichutko:
- Chciałbym być wielki, zielony ogród, pełen maciupeńkich roślinek, krzaków i olbrzymich, potężnych drzew...Podlewałbym je, pielęgnował... I patrzyłbym, jak z małych nasionek powoli, bardzo powoli wyrastają ogromne drzewa, by piąć się w górę, coraz wyżej i wyżej...
- A więc do dzieła! - zawołał Zielony i roześmiał się. - Jednak znalazłeś to, czego szukałeś - miejsce dla siebie. Nie musisz już nigdzie chodzić.
Masz tu wokół wszystko, czego potrzebujesz. Na pewno dasz sobie radę.

Piękna opowieść o poszukiwaniu swego miejsca w życiu, o zaspokojeniu najważniejszych potrzeb. Nikt próbuje odnaleźć drogę w czterech stronach świata. Najpierw trafia do Miasta Fryzjerów, potem do Miasta Skoków. W żadnym z nich nie znajduje spełnienia. I wtedy przychodzi odkrycie, pochodzące z wnętrza, które jest wynikiem dotarcia do własnych potrzeb. Jak to zwykle bywa, szczęście leży blisko, u stóp...
Przypowieść dla dzieci starszych, młodzieży i dorosłych. Autorka napisała trzy książki z tej serii. Bardzo polecam.

Małgorzata Strzałkowska
Zielony nikt i gadające drzewo
Ilustracje Piotr Fąfrowicz
Wydawnictwo Bajka

środa, 7 sierpnia 2013

Andrew Clements "Chłopak, który zniknał"

Luty. Wtorek rano. Wstaję z łóżka o zwykłej porze i człapię do łazienki, żeby wziąć prysznic przy zgaszonym świetle. To moja metoda na szkolne poranki - coś jak dodatkowe dziesięć minut snu.
Cała historia zaczyna się jednak dopiero wówczas, gdy wychodzę spod prysznica.
Wtedy, kiedy włączam światło i wycieram zaparowane lustro, żeby się uczesać. I chodzi właśnie o to, co widzę w lustrze. Czy może raczej o to, czego w nim nie widzę.
Przeglądam się jeszcze raz i jeszcze raz przecieram lustro. 
Nie widzę własnego odbicia.
Tak, właśnie tak, jak mówię:
Nie widzę - własnego - odbicia!
Z lekka oszołomiony, wracam do łóżka, bo skoro śpię, łóżko jest po temu najwłaściwszym miejscem, tak czy nie? I cierpliwie czekam, aż się obudzę. Nie budzę się jednak - zrobiłem to przecież już dawno.
Serce zaczyna mi bić jak oszalałe. Mój oddech przyspiesza, nagle zaschło mi w ustach. Podnoszę głowę z poduszki i pod przykryciem rozpoznaję kształt mojego ciała. leży sobie w pościeli jakby nigdy nic. Ściągam z siebie elektryczny koc i wierzchnie prześcieradło.
Pusto.
Wracam do łazienki, przed duże lustro. Wciąż nie widać w nim mojego odbicia. Lustro, jak lustro, wisi na ścianie, a mnie przed nim nie ma. Tymczasem zdaje mi się, że jednak jestem - bo przecież widzę to lustro, widzę mój ręcznik, którym powiewam w powietrzu, widzę, jak faluje zasłona prysznicowa, którą zdzieliłem przez środek. Ale samego siebie nie dostrzegam.
Wpadam w panikę. Owijam się ręcznikiem w pasie i idę z tym fantem do moich rodziców.
To do mnie całkiem niepodobne. Niewiele jest spraw, z którymi do nich chodzę. Rodzice są dobrzy wyłącznie w małych dawkach; owszem, czasem potrafią być pomocni, ale z reguły znajomość moich planów skutecznie pozbawia ich tej zalety.
Muszę im jednak przyznać: są naprawdę inteligentni, a wszystko wskazuje na to, ze przy rozwiązywaniu mojego problemu inteligencja będzie potrzebna, więc idę prosto do kuchni. wiem, że ich tam znajdę, bo to przecież zwykły dzień tygodnia, szkolny dzień, a w takie dni w naszym domu jajka i tosty wjeżdżają na stół o o siódmej piętnaście. Niezmiennie.
Ruszam korytarzem w stronę schodów i zatrzymuję się tuż przed nimi. Niespodziewanie ogarnia mnie lęk. Zazwyczaj nie mam żadnych problemów z koordynacją ruchową - w miejscach publicznych nie robię z siebie idioty, nie upuszczam tacy na stołówce, nie potykam się na schodach, nie, nic z tych rzeczy. Lecz tego ranka staje przede mną nowe wyzwanie: brak rąk, ramion, nóg, stóp. Czuję je, ale ich nie widzę. Chwytam się kurczowo poręczy i kontrolując każdy krok, schodzę na dół ostrożnie jak trzylatek.
Staję w drzwiach kuchni, od płytek na podłodze bije ziąb. Tata smaży jajecznicę, mama czyta gazetę.
- Nie uwierzycie! Nie widzę sam siebie! - komunikuję.
Oboje kierują wzrok w stronę drzwi do salonu.
- W takim razie przyjdź tutaj, zobaczymy w czym rzecz - mówi tata.
- Ale rzecz w tym, że ja już jestem tutaj! - wołam. - Nie widzę sam siebie! I wy też mnie nie widzicie. Nie można mnie zobaczyć, przecież mówię: jestem niewidzialny!
Mama spogląda na tatę, posyła mu uśmiech z gatunku "ach, te dzieciaki!", którego szczerze nienawidzę, i wraca do lektury.

Bobby faktycznie stał się niewidzialny. Odpowiedź na pytanie "jak?"i "czy są mu podobni?" znajduje się pod koniec lektury. W międzyczasie zadzieją się istotne fakty, które pozwolą mu zweryfikować swój pogląd na wiele dotychczasowych spraw.  Przede wszystkim pozna niewidomą Alicję i zawrze z nią niecodzienną, bliską znajomość.
Zdecydowanie Alicja jest najciekawszą postacią,  choć widać również rozwój głównego bohatera.
Na pewno nie jest to książka tej rangi, co Fryndel, ale pomysł interesujący
Niestety pozycja mało porywająca, momentami nawet nudnawa, ale całościowe wrażenie pozytywne.
Lektura dedykowana tym z nas, którzy czasami zastanawiają się "jakby to było?".

Andrew Clements
Chłopak, który zniknął
Wydawnictwo Media Rodzina


piątek, 12 lipca 2013

,,Balsam dla duszy nastolatka” Jack Canfield, Mark Victor Hansen, Kimberly Kirberger

Jack Canfield, Mark Victor Hansen, Kimberly Kirberger
Balsam dla duszy nastolatka
Dom Wydawniczy Rebis

Złamane skrzydło
Rodzisz się ze skrzydłami. Dlaczego więc pełzasz przez życie?
                                                                                                  Rumi
Niektórzy ludzie są skazani na niepowodzenie. W ten właśnie sposób niektórzy dorośli postrzegają kłopotliwe dzieci. Może czasem słyszeliście, jak mówili: "Ptak ze złamanym skrzydłem nigdy nie wzbije się wysoko".
Jestem pewien, że T.J.Ware tak właśnie czuł się niemal każdego dnia w szkole.
Zanim T.J. poszedł do liceum, był najsławniejszym sprawcą kłopotów w całym mieście. Nauczyciele dosłownie kulili się ze strachu, gdy widzieli jego nazwisko wpisane na swoją listę listę zajęć na następny semestr. Nie można też było powiedzieć, by T.J. był zbyt rozmowny. Nie odpowiadał na pytania nauczycieli, prawie do nikogo się nie odzywał i ciągle wdawał się w bójki. Zanim dostał się do liceum, unikał prawie wszystkich lekcji, lecz zawsze przechodził do wyższej klasy. Po prostu nauczyciele nie chcieli mieć z nim do czynienia przez kolejny rok. Tak więc T.J. posuwał się do przodu, lecz praktycznie stał w miejscu.
Po raz pierwszy spotkałem go podczas weekendowego zebrania dla licealistów. Wszyscy uczniowie zostali zaproszenie do udziału w programie ACE, którego wdrożenie miało służyć większemu zaangażowaniu się uczniów w działania na rzecz ich społeczności. T.J był jednym z czterystu pięciu uczniów, którzy wpisali się na listę. Gdy przedstawiłem się grupie, liderzy tak opisali jej skład:"Mamy tu całkiem niezły przekrój, od przewodniczącego Rady począwszy, a skończywszy na T.J.Warze - czyli gościu z najgrubszą kartoteką policyjna w historii miasta". Skądinąd wiedziałem, że nie jestem pierwszą osoba, która od razu na wstępie usłyszała o ciemnej stronie osobowości T.J.
Na początku spotkania T.J. znajdował się dosłownie i w przenośni poza grupą. Stał pod ścianą z wyzywającym wyrazem twarzy, który mówił: "No, dalej. Zróbcie na mnie wrażenie, jeśli potraficie". Nie włączał się do dyskusji i zresztą nie miał chyba zbyt wiele do powiedzenia.. Jednak interaktywne gry zaczęły go powoli, lecz skutecznie wciągać. Lody topniały, gdy poszczególne grupy uczniów tworzyły listę pozytywnych i negatywnych rzeczy, które w tym roku zdarzyły się w szkole. T.J miał określone zdanie na temat tych sytuacji, a inni uczniowie w jego grupie z zainteresowaniem przyjęli jego komentarze. nagle T.J. poczuł, że należy do grupy. T.J. był inteligentnym chłopakiem i miał wspaniale pomysły
Następnego dnia T.J. był bardzo aktywny podczas wszystkich sesji. Pod koniec dnia przyłączył się do grupy działającej na rzecz bezdomnych. Wiedział co nieco o ubóstwie, głodzie i braku nadziei. Koledzy z jego grupy byli pod wielkim wrażeniem jego pomysłów i pełnej zaangażowania troski. Wybrali go więc  na współprzedwodniczącego. Od tej pory przewodniczący Rady miał przyjmować instrukcje od T.J.Ware`a.
Gdy T.J. pojawił się  w szkole w poniedziałkowy ranek, wybuchła prawdziwa burza. Nauczyciele wnieśli protest do dyrektora przeciwko wybraniu go na współprzewodniczącego. Pierwszy, zorganizowany na szeroką skalę projekt działający na rzecz bezdomnych polegał na dostarczeniu olbrzymich partii żywności. Nauczyciele nie mogli uwierzyć, że dyrektor powierzył realizację tego ważnego, prestiżowego planu przewidzianego na trzy lata tak nieodpowiedzialnej osobie jak T.J.Ware.
- Jego lista wykroczeń w kartotece jest tak długa jak pańska ręka - przypominali dyrektorowi. - prawdopodobnie ukradnie połowę tej żywności.
Pan Coggshal uświadomił im jednak, ze celem programu ACE jest wydobycie z uczniów ich pozytywnych cech i pasji i umacnianie ich dopóki nie zajdzie w nich prawdziwa odmiana. Zdegustowani nauczyciele wyszli z gabinetu dyrektora z przekonaniem, że klęska jest nieunikniona.
Dwa tygodnie później T.J. i jego przyjaciele z grupy składającej się z siedemdziesięciu osób zaczęli zbiórkę żywności. Pobili rekord szkoły, zebrawszy w ciągu dwóch godzin aż dwa tysiące osiemset pięćdziesiąt cztery puszki z żywnością. Było ich wystarczająco dużo, aby zapełnić puste półki w dwóch ośrodkach pomocy społecznej i przez siedemdziesiąt pięć dni wyżywić głodujące rodziny z całej okolicy. Następnego dnia lokalna gazeta poświęciła temu wydarzeniu spory artykuł. Wywieszono go na szkolnej tablicy, tak aby każdy mógł go przeczytać. Powieszono tam również zdjęcie T.J., który dokonał czegoś naprawdę wielkiego, organizując rekordową zbiórkę żywności. Przypominano mu o tym każdego dnia i uznano, że jest dobrym materiałem na przywódcę.
Od tej pory T.J  każdego dnia  pojawiał się w szkole i zaczął po raz pierwszy w życiu odpowiadać na pytania nauczycieli. Objął również dowództwo nad następną akcją i zebrał razem ze swoja grupą trzysta kocy i tysiąc par butów dla schroniska dla bezdomnych. W ramach akcji, którą zapoczątkował, zbiera się obecnie dziewięć tysięcy puszek z zywnością na dzień, co w siedmdziesięciu procentach pokrywa roczne zapotrzebowanie na żywność.
T.J. przypomina nam, że ptak ze złamanym skrzydlem czeka tylko na to, by go uzdrowić. Jeśli tak się stanie, może on wzlecieć wyżej niz inne. T.J. pracuje i stał się pożytecznym człowiekiem. Dzisiaj lata calkiem wysoko.
                                                                                                              Jim Hullihan

Książka powstała z myślą o nastolatkach i przy ich aktywnym udziale. Dzielą się w niej swoim doświadczeniem życiowym bardzo rożni ludzie, po to, by poruszyć i dać młodemu człowiekowi wiarę, że może wpływać na swoją historię i aktywnie ją tworzyć.
Poszczególne opowiadania podzielone są na działy tematyczne, np. o uczeniu się, o trudnych sprawach, o rodzinie, o miłości i dobroci. Książka jest tak skonstruowana, że można ją zacząć czytać w dowolnym miejscu, w zależności od potrzeb i oczekiwań.
Niesie w sobie siłę i odwagę potrzebną nie tylko nastolatkom. Jest prosta, przejrzysta i mądra.
Z serii Balsam dla... ukazało się wiele tytułów. Niestety tego chyba już nie ma w księgarniach.

sobota, 1 czerwca 2013

Katherine Paterson "Most do Terabithii"


Jess miał za to zręczne ręce. Przyciągnęli deski i inne materiały budowlane ze sterty śmieci porzuconej obok pastwiska Panny Bessie i w miejscu, które przedtem wybierali, zbudowali swój zamek-twierdzę. Leslie przyniosła puszkę po kawie, pełną herbatników i suszonych owoców, i drugą mniejszą, wypełnioną sznurkami i gwoździami. Znaleźli też pięć starych butelek po coca-coli, wymyli je i napełnili wodą, na wypadek - jak to określiła Leslie - "oblężenia".
I tak jak Bóg w Biblii, podziwiali to, co stworzyli, i uznali, że jest dobre.
 - Powinieneś narysować Terabithie, rysunek powiesimy w zamku - powiedziała Leslie.
- Nie potrafię. - Jak miał jej wytłumaczyć, tak żeby zrozumiała, że marzył o tym, by uchwycić drgające wokół życie, lecz kiedy próbował, wymykało mu się między palcami i na papierze zostawała sucha skamielina? - Nie potrafię narysować poezji drzew - wyjaśnił.
Leslie kiwnęła głową.
- Nie przejmuj się - rzuciła. - Kiedyś ci się to uda.
Wierzył jej, ponieważ w cienistym świetle twierdzy wszystko wydawalo się możliwe. Oni oboje byli właścicielami świata i żaden wróg - Gary Fulcher, Wanda Kay Moore, Janice Avery, strachy i brak wiary w siebie Jessa - ani żaden z nieprzyjacioł, których wyobrażała sobie Leslie, nie był w stanie ich pokonać.
Kilka dni po zakończonej budowie zamku Janice Avery przewróciła sie w autobusie i oskarżyła Jessa o podstawienie nogi. Narobiła takiego wrzasku, że pani Prentice, kierowca, wyrzuciła Jessa z autobusu i musiał iść piechotą pięć kilometrów do domu
Gdy wreszcie dotarł do Terabithii, Leslie siedziała skulona pod jedną ze szpar w dachu, usiłując czytać przy nikłym świetle. Na okładce narysowany był miecznik atakujący delfina.
- Co robisz? - spytał, siadając na ziemi obok niej.
- Czytam. musiałam coś zrobić. Cóż to za dziewucha! - zawołała ze złością Leslie.
- Nie ma sprawy. Nic mi się nie stało. Czymże był niedługi spacer w porównaniu z tym, co Janice Avery mogła wymyślić?
- Chodzi o zasadę, Jess.Musisz to zrozumieć. Z takimi ludźmi trzeba walczyć, bo w przeciwnym razie zostaną tyranami i dyktatorami.

Jess jest jedenastolatkiem. Mieszka z rodzicami oraz czterema siostrami. Matka zajmuje się gospodarstwem, ojciec próbuje z wielkim trudem otrzymać rodzinę. Chłopakowi doskwiera samotność oraz dystans emocjonalny najbliższych.
Jess ma dwie pasje - rysowanie i bieganie. jedną i drugą rozwija na miarę swoich możliwości.
Pewnego dnia do sąsiedniego domu wprowadza się rodzina Burke z córką Leslie, rówieśniczką chłopca. Rodzi się miedzy nimi niezwykła przyjaźń. Pokonuje bariery finansowe, styl życia rodziny, różnicę płci.
Któregoś dnia przyjaciele trafiają do pobliskiego lasu, a potęga ich wyobraźni stwarza niezwykłą krainę - Terabithię. A potem przychodzi doświadczenie najtrudniejsze ze wszystkich.
Dorastanie, jego piękno i związane z nim przeróżne dylematy, trudności na miarę wieku i te trudne do udźwignięcia nawet przez dorosłych.
Znakomita książka w swej mądrości, słaba literacko. Może wersja oryginalna jest lepsza?.

I film z 2007 roku, wyprodukowany przez Disneya. Piękny, absolutnie mnie zachwyca - scenografią, montażem, muzyką, ogólnym klimatem. 
Dla tych, którzy nie boją się przeżywać i czuć...

Ciężko było znaleźć jakiś sensowny fragment filmu, bo zwiastun zupełnie nie oddaje klimatu. Zamieszczam, te, które mnie się podobają.

 


   Katherine Paterson
Most do Terabithii
                                                                                                Wydawnictwo Nasza Księgarnia