Inga mieszka w bezpiecznym kraju.
Tu nie ma wojny.
Nie ma żadnych czołgów na ulicach
Żadnych żołnierzy, żadnej broni, żadnego strzelania.
Nawet trzmiele są bezpieczne.
Mama jest najlepszą mama na świecie.
Tata jest najlepszym tatą na świecie.
A Olek i Lars są naprawdę okej.
Najlepsza rodzina na świecie, sądzi Inga.
Inga lubi siedzieć z nimi na sofie,
lubi grać z nimi w gry,
lubi jeść z nimi obiad,
iść na plażę i kąpać się w morzu,
kupować hot dogi w budce.(...)
Wybucha wojna.
Inga nie wie, kto ją wpuścił do domu,
nie wie do końca kto ją zaczął.
Mama? Tata?(...)
I Tata odchodzi.
I robi się cicho.
W sofie pozostaje ogromna dziura
po Tacie.
Przy stole i wokół krzesła Taty pustka.
Po butach Taty ani śladu.
Kołdra zniknęła z łóżka.
Szczoteczka z kubka.
A kurtka z wieszaka.
Bo w tej wojnie są też uchodźcy,
a Inga mieszka wszędzie i nie mieszka nigdzie,
mieszka w jednej torbie i jednym plecaku,
trochę rzeczy ma tu, a trochę tam,
mieszka pomiędzy
i musi ciągle jeździć.(...)
Wszyscy mówią, że Inga jest mądrą
dziewczynką,
bo taką jest,
bo nie płacze,
nie wtedy, kiedy ktoś patrzy.
Inga się uśmiecha, bo jest mądra,
bo radzi sobie prawie ze wszystkim,
z kanapkami, lekcjami, torbami, podróżami.
Nieprawdopodobnie silnie oddziałująca na wyobraźnię i emocje książka. W metaforze wojny opowiada o dramacie dziecka w obliczu kryzysu rodziny. W nieco poetycki sposób autorowi udało się przekazać i realia i wewnętrzny świat dziecka. Gro Dahle pokazuje historię utraty. To co dotychczas było ostoją, traci swoje miejsce i rozpoczyna się bolesny proces adaptacji do nowej sytuacji.
Książka piękna, bardzo trudna, dla starszych dzieci, dla rodziców.
Gro Dahle
Wojna
Ilustracje Kaia Dahle Nyhus
Wydawnictwo EneDuerabe
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla starszaka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla starszaka. Pokaż wszystkie posty
sobota, 4 czerwca 2016
niedziela, 24 kwietnia 2016
Christina Björk "Rok z Linneą"
Linnea to imię pochodzące od małego różowego kwiatka, zimoziolu, który po łacinie nazywa się Linnea borealis. I tak własnie mam na imię - Linnea. Kwiatek najłatwiej znaleźć w lasach północnej Skandynawii. A mnie najłatwiej znaleźć w mieście, czyli w Sztokholmie, bo tu mieszkam. Ale uwielbiam kwiaty i liście, i w ogóle wszystko, co rośnie.
Mój przyjaciel, pan Blomkvist, nauczył mnie sadzić rośliny. Kiedy pracował jako ogrodnik, ale teraz jest na emeryturze. Mieszka w tym samym domu co ja .(...)
Jest jeszcze ktoś, kto ma rękę do kwiatów. To pan Kalle. Chociaż jego ręce częściej pobrudzone są farbą niż ziemią, bo pan Kalle pracuje w firmie malarskiej, która mieści się w naszym domu. Miesza tam farby. Pan Blomkvist i pan Kalle znają się od bardzo dawna. Już jako chłopcy bawili się razem na naszej ulicy.
Kwiecień
Wiosna! Wiosna! Byłam na spacerze i zrywałam Anemone nemorosa. To łacińska nazwa zawilca gajowego. Nemorosa oznacza własnie, że kwiat ten rośnie w gajach. Zawilce spieszą się, by zakwitnąć, zanim jeszcze drzewa wypuszczą liście i zabiorą im całe światło. Czasem jest ich tak dużo, że wydaje się, jakby w lesie znów spadł śnieg!
Zabawy podwórkowe
-Niech mi pan opowie, w co się bawiliście z panem Blomkvistem, gdy byliście mali - poprosiłam. - I niech pan nie mówi, że nie pamięta.
Pan Kalle chwilę się zastanowił i opowiedział mi, jak grali w rynnę. W rynnę można grać tylko wtedy, gdy w poprzek chodnika od rynny do rynsztoka prowadzi zagłębienie, którym spływa woda. Trzeba też mieć piłeczkę tenisową. Wyszliśmy przed dom i pan Kalle razem z panem Blomkvistem pokazali mi, jak się w to grało.
Książka Leny Anderson i Christiny Björk autorek "Linnea w ogrodzie Moneta". Pięknie i z wielką starannością ilustrowana. Zrealizowana z pomysłem. Zaprasza do odkrywania swoich pasji. Jedną z nich może być obserwacja świata przyrody i jego twórcze odkrywanie. Poznajemy małą ogrodniczkę Linneę. Dziewczynka jest ciekawa, sama ma pełno pomysłów, ale też chętnie korzysta z pomocy i doświadczenia przyjaciół.
Książka ma konstrukcję miesięcznego kalendarza. Co miesiąc można doświadczyć czegoś nowego, poznać przyrodnicze ciekawostki, nauczyć się fajnej zabawy, zdobyć odrobinę wiedzy ogrodniczej.
Serdecznie zachęcam nie tylko do czytania, ale przede wszystkim do zainspirowania się.
Christina Björk
Rok z Linneą
Ilustracje Lena Anderson
Wydawnictwo Zakamarki
Mój przyjaciel, pan Blomkvist, nauczył mnie sadzić rośliny. Kiedy pracował jako ogrodnik, ale teraz jest na emeryturze. Mieszka w tym samym domu co ja .(...)
Jest jeszcze ktoś, kto ma rękę do kwiatów. To pan Kalle. Chociaż jego ręce częściej pobrudzone są farbą niż ziemią, bo pan Kalle pracuje w firmie malarskiej, która mieści się w naszym domu. Miesza tam farby. Pan Blomkvist i pan Kalle znają się od bardzo dawna. Już jako chłopcy bawili się razem na naszej ulicy.
Kwiecień
Wiosna! Wiosna! Byłam na spacerze i zrywałam Anemone nemorosa. To łacińska nazwa zawilca gajowego. Nemorosa oznacza własnie, że kwiat ten rośnie w gajach. Zawilce spieszą się, by zakwitnąć, zanim jeszcze drzewa wypuszczą liście i zabiorą im całe światło. Czasem jest ich tak dużo, że wydaje się, jakby w lesie znów spadł śnieg!
Zabawy podwórkowe
-Niech mi pan opowie, w co się bawiliście z panem Blomkvistem, gdy byliście mali - poprosiłam. - I niech pan nie mówi, że nie pamięta.
Pan Kalle chwilę się zastanowił i opowiedział mi, jak grali w rynnę. W rynnę można grać tylko wtedy, gdy w poprzek chodnika od rynny do rynsztoka prowadzi zagłębienie, którym spływa woda. Trzeba też mieć piłeczkę tenisową. Wyszliśmy przed dom i pan Kalle razem z panem Blomkvistem pokazali mi, jak się w to grało.
Książka Leny Anderson i Christiny Björk autorek "Linnea w ogrodzie Moneta". Pięknie i z wielką starannością ilustrowana. Zrealizowana z pomysłem. Zaprasza do odkrywania swoich pasji. Jedną z nich może być obserwacja świata przyrody i jego twórcze odkrywanie. Poznajemy małą ogrodniczkę Linneę. Dziewczynka jest ciekawa, sama ma pełno pomysłów, ale też chętnie korzysta z pomocy i doświadczenia przyjaciół.
Książka ma konstrukcję miesięcznego kalendarza. Co miesiąc można doświadczyć czegoś nowego, poznać przyrodnicze ciekawostki, nauczyć się fajnej zabawy, zdobyć odrobinę wiedzy ogrodniczej.
Serdecznie zachęcam nie tylko do czytania, ale przede wszystkim do zainspirowania się.
Christina Björk
Rok z Linneą
Ilustracje Lena Anderson
Wydawnictwo Zakamarki
sobota, 12 marca 2016
Astrid Lindgren "Bracia Lwie Serce"
Chciałbym opowiedzieć wam o moim bracie. Nazywa się Jonatan Lwie Serce i o nim właśnie
będzie ta historia. Mnie się ona wydaje prawie baśnią i nawet trochę, troszeczkę, opowieścią o
duchach, a przecież wszystko w niej jest prawdą. Tyle tylko, że nikt o tym nie wie poza mną i
Jonatanem.
Jonatan nie nazywał się Lwie Serce od początku. Miał na nazwisko Lew, tak samo jak mama i ja.
Nazywał się Jonatan Lew. Ja nazywam się Karol Lew, a mama Sigfrida Lew. Tatuś nazywał się
Axel Lew, ale zostawił nas, jak ja miałem zaledwie dwa lata, poszedł pływać po morzach i potem już nigdy nie słyszeliśmy o nim.
Ale teraz chcę opowiedzieć, jak do tego doszło, że mój brat Jonatan stał się Jonatanem Lwie Serce. No i o tych wszystkich dziwnych rzeczach, które się potem zdarzyły.
Jonatan wiedział, że ja niedługo umrę. Chyba wszyscy to wiedzieli prócz mnie. Wiedzieli nawet w szkole, bo przeważnie leżałem w łóżku i kaszlałem, i ciągle byłe chory, a przez ostatnie półrocze w ogóle nie mogłem chodzić do szkoły. Wszystkie ciocie, którym mama szyje suknie, też wiedziały. Jedna z nich rozmawiała o tym z mamą i ja słyszałem, co mówiły, chociaż wcale tak nie miało być, bo one myślały, że śpię. A ja tylko leżałem z zamkniętymi oczami. I dalej tak leżałem, żeby nie zobaczyły, że usłyszałem to coś, co było okropne: że niedługo mam umrzeć. Zmartwiłem się oczywiście i strasznie się przeraziłem, ale nie chciałem, żeby mama coś zauważyła. Potem rozmawiałem o tym z Jonatanem, jak wrócił do domu.
— Wiesz, że mam umrzeć? — spytałem i rozpłakałem się.
Jonatan zastanawiał się przez chwilę. Może wolał nie odpowiadać mi, ale w końcu powiedział:
— Tak, wiem. Wtedy zacząłem jeszcze bardziej płakać.
— Przecież to okropne. Jak tak może być — pytałem —żeby niektórzy ludzie musieli umierać nie mając nawet dziesięciu lat?
— Wiesz co, Sucharku, nie wydaje mi się, żeby to było takie okropne. Myślę, że będzie ci wspaniale.
— Wspaniale? — zdziwiłem się. — Czy to wspaniale leżeć w ziemi i nie żyć?
— E, tam. To jest tak, jakby tylko twoja skorupa leżała. A ty odfruniesz całkiem gdzie indziej.
— Dokąd? — spytałem, bo zupełnie nie mogłem mu uwierzyć. — Do Nangijali — powiedział Jonatan.
Do Nangijali. Rzucił to słowo tak, jak gdyby każdy człowiek je znał. Ale ja nigdy jeszcze go nie słyszałem.
— Nangijala? — zapytałem. — Gdzie to jest?
Wtedy Jonatan powiedział, że nie wie dokładnie, że gdzieś po drugiej stronie gwiazd. I zaczął opowiadać o Nangijali w taki sposób, że miało się prawie ochotę natychmiast tam pofrunąć.
— Tam są jeszcze czasy ognisk i bajek — dodał. — To ci się spodoba.
Mówił, że z Nangijali pochodzą wszystkie bajki, bo właśnie tam takie rzeczy się dzieją i ten, kto się tam znajdzie, ma przygody od rana do wieczora, a nawet w nocy.
— Wiesz, Sucharku — mówił — to będzie co innego niż leżeć tu i kaszleć, i chorować, i nigdy nie móc się bawić.
Jonatan nazywał mnie Sucharkiem. Nazwał mnie tak, kiedy jeszcze byłem całkiem mały, a jak któregoś razu spytałem dlaczego, powiedział, że dlatego, że bardzo lubi sucharki, zwłaszcza takie jak ja. Jonatan naprawdę mnie lubił i to było dziwne. Bo ja nigdy niczym innym nie byłem, jak tylko dosyć brzydkim i dosyć głupim, zastrachanym chłopcem na krzywych nogach,
i w ogóle. Spytałem go, jak może lubić takiego brzydkiego i głupiego chłopca z krzywymi nogami, i w ogóle, a on wtedy powiedział:
— Gdybyś nie był takim miłym, małym wymoczkiem na krzywych nogach, to nie byłbyś moim Sucharkiem, którego lubię.
Tego jednak wieczoru, kiedy tak bardzo bałem się umrzeć, powiedział, ze jak tylko znajdę się w Nangijali, od razu będę zdrowy i silny, a nawet piękny.
— Taki piękny jak ty? — spytałem.
— Piękniejszy — odpowiedział Jonatan.
Kiedyś jedna z tych ciotek, którym mama szyje, powiedziała:
— Droga pani Lew, ma pani syna, który wygląda jak królewicz z bajki. Możecie mi wierzyć, że nie mnie miała na myśli! Jonatan rzeczywiście wyglądał jak królewicz z bajki. Jego włosy błyszczały zupełnie jak złoto, miał ciemno-niebieskie, cudne oczy, bardzo świecące, śliczne, białe zęby i całkiem proste nogi.
I nie tylko to. Był też miły i silny, wszystko potrafił, wszystko rozumiał, był najlepszy w klasie i wszystkie dzieci z podwórza biegały za nim wszędzie, gdzie szedł, i chciały być z nim, a on obmyślał im różne zabawy i chodził z nimi na różne wyprawy pełne przygód, a ja nigdy nie mogłem brać w tym udziału, bo leżałem całymi dniami na kanapie w kuchni. Ale Jonatan o wszystkim mi opowiadał po powrocie do domu, o wszystkim, co robił, co widział, słyszał czy przeczytał. Mógł bez końca siedzieć przy mnie na brzegu kanapy i opowiadać. Jonatan też spał w kuchni, na łóżku, które przynosił wieczorem ze składziku. A jak już leżał, dalej opowiadał mi bajki i różne historie, aż wreszcie mama wołała z pokoju:
— Cicho już! Karolek musi spać!
Ale trudno spać, jak się wciąż kaszle. Czasem Jonatan wstawał w środku nocy i robił mi wodę z miodem na złagodzenie kaszlu. Taki był kochany.
Niezwykle piękna książka o miłości i śmierci. Ma ciekawą konstrukcję, bowiem pierwsze strony opowiadają o tragedii rodziny, pozbawionej ojca, żyjącej w bardzo skromnych warunkach z niepełnosprawnym chłopcem. W następstwie tragicznych wydarzeń bracia umierają. I teoretycznie historia mogłaby się zakończyć, ale tu rozpoczyna się opowieść o Braciach Lwie Serce, którzy trafiają do magicznej krainy Nangijali.
Zastanawiałam się, jak wiele jest pozycji opisujących w tak niezwykły sposób relacje miedzy rodzeństwem. A tu świat braterski bardzo poruszający, pełen męstwa, czułości, troski, miłości. Kiedy czytałam tę książkę czasami ze wzruszenia brakowało mi oddechu. Widziałam bowiem ogrom cierpienia z powodu różnorakich doświadczeń i bezradność, z którą bardzo trudno coś zrobić. A Astrid Lindgren zrobiła, oddala w fantazji to, czego w realności pojąc nie można.
Książka o bliskości, miłości, tęsknocie, samotności, potrzebie posiadania dziadków. Łatwiej ją czuć niż o niej opowiadać.
Astrid Lindgren
Bracia Lwie Serce
Ilustracje Ilon Wikland
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Ale teraz chcę opowiedzieć, jak do tego doszło, że mój brat Jonatan stał się Jonatanem Lwie Serce. No i o tych wszystkich dziwnych rzeczach, które się potem zdarzyły.
Jonatan wiedział, że ja niedługo umrę. Chyba wszyscy to wiedzieli prócz mnie. Wiedzieli nawet w szkole, bo przeważnie leżałem w łóżku i kaszlałem, i ciągle byłe chory, a przez ostatnie półrocze w ogóle nie mogłem chodzić do szkoły. Wszystkie ciocie, którym mama szyje suknie, też wiedziały. Jedna z nich rozmawiała o tym z mamą i ja słyszałem, co mówiły, chociaż wcale tak nie miało być, bo one myślały, że śpię. A ja tylko leżałem z zamkniętymi oczami. I dalej tak leżałem, żeby nie zobaczyły, że usłyszałem to coś, co było okropne: że niedługo mam umrzeć. Zmartwiłem się oczywiście i strasznie się przeraziłem, ale nie chciałem, żeby mama coś zauważyła. Potem rozmawiałem o tym z Jonatanem, jak wrócił do domu.
— Wiesz, że mam umrzeć? — spytałem i rozpłakałem się.
Jonatan zastanawiał się przez chwilę. Może wolał nie odpowiadać mi, ale w końcu powiedział:
— Tak, wiem. Wtedy zacząłem jeszcze bardziej płakać.
— Przecież to okropne. Jak tak może być — pytałem —żeby niektórzy ludzie musieli umierać nie mając nawet dziesięciu lat?
— Wiesz co, Sucharku, nie wydaje mi się, żeby to było takie okropne. Myślę, że będzie ci wspaniale.
— Wspaniale? — zdziwiłem się. — Czy to wspaniale leżeć w ziemi i nie żyć?
— E, tam. To jest tak, jakby tylko twoja skorupa leżała. A ty odfruniesz całkiem gdzie indziej.
— Dokąd? — spytałem, bo zupełnie nie mogłem mu uwierzyć. — Do Nangijali — powiedział Jonatan.
Do Nangijali. Rzucił to słowo tak, jak gdyby każdy człowiek je znał. Ale ja nigdy jeszcze go nie słyszałem.
— Nangijala? — zapytałem. — Gdzie to jest?
Wtedy Jonatan powiedział, że nie wie dokładnie, że gdzieś po drugiej stronie gwiazd. I zaczął opowiadać o Nangijali w taki sposób, że miało się prawie ochotę natychmiast tam pofrunąć.
— Tam są jeszcze czasy ognisk i bajek — dodał. — To ci się spodoba.
Mówił, że z Nangijali pochodzą wszystkie bajki, bo właśnie tam takie rzeczy się dzieją i ten, kto się tam znajdzie, ma przygody od rana do wieczora, a nawet w nocy.
— Wiesz, Sucharku — mówił — to będzie co innego niż leżeć tu i kaszleć, i chorować, i nigdy nie móc się bawić.
Jonatan nazywał mnie Sucharkiem. Nazwał mnie tak, kiedy jeszcze byłem całkiem mały, a jak któregoś razu spytałem dlaczego, powiedział, że dlatego, że bardzo lubi sucharki, zwłaszcza takie jak ja. Jonatan naprawdę mnie lubił i to było dziwne. Bo ja nigdy niczym innym nie byłem, jak tylko dosyć brzydkim i dosyć głupim, zastrachanym chłopcem na krzywych nogach,
i w ogóle. Spytałem go, jak może lubić takiego brzydkiego i głupiego chłopca z krzywymi nogami, i w ogóle, a on wtedy powiedział:
— Gdybyś nie był takim miłym, małym wymoczkiem na krzywych nogach, to nie byłbyś moim Sucharkiem, którego lubię.
Tego jednak wieczoru, kiedy tak bardzo bałem się umrzeć, powiedział, ze jak tylko znajdę się w Nangijali, od razu będę zdrowy i silny, a nawet piękny.
— Taki piękny jak ty? — spytałem.
— Piękniejszy — odpowiedział Jonatan.
Kiedyś jedna z tych ciotek, którym mama szyje, powiedziała:
— Droga pani Lew, ma pani syna, który wygląda jak królewicz z bajki. Możecie mi wierzyć, że nie mnie miała na myśli! Jonatan rzeczywiście wyglądał jak królewicz z bajki. Jego włosy błyszczały zupełnie jak złoto, miał ciemno-niebieskie, cudne oczy, bardzo świecące, śliczne, białe zęby i całkiem proste nogi.
I nie tylko to. Był też miły i silny, wszystko potrafił, wszystko rozumiał, był najlepszy w klasie i wszystkie dzieci z podwórza biegały za nim wszędzie, gdzie szedł, i chciały być z nim, a on obmyślał im różne zabawy i chodził z nimi na różne wyprawy pełne przygód, a ja nigdy nie mogłem brać w tym udziału, bo leżałem całymi dniami na kanapie w kuchni. Ale Jonatan o wszystkim mi opowiadał po powrocie do domu, o wszystkim, co robił, co widział, słyszał czy przeczytał. Mógł bez końca siedzieć przy mnie na brzegu kanapy i opowiadać. Jonatan też spał w kuchni, na łóżku, które przynosił wieczorem ze składziku. A jak już leżał, dalej opowiadał mi bajki i różne historie, aż wreszcie mama wołała z pokoju:
— Cicho już! Karolek musi spać!
Ale trudno spać, jak się wciąż kaszle. Czasem Jonatan wstawał w środku nocy i robił mi wodę z miodem na złagodzenie kaszlu. Taki był kochany.
Niezwykle piękna książka o miłości i śmierci. Ma ciekawą konstrukcję, bowiem pierwsze strony opowiadają o tragedii rodziny, pozbawionej ojca, żyjącej w bardzo skromnych warunkach z niepełnosprawnym chłopcem. W następstwie tragicznych wydarzeń bracia umierają. I teoretycznie historia mogłaby się zakończyć, ale tu rozpoczyna się opowieść o Braciach Lwie Serce, którzy trafiają do magicznej krainy Nangijali.
Zastanawiałam się, jak wiele jest pozycji opisujących w tak niezwykły sposób relacje miedzy rodzeństwem. A tu świat braterski bardzo poruszający, pełen męstwa, czułości, troski, miłości. Kiedy czytałam tę książkę czasami ze wzruszenia brakowało mi oddechu. Widziałam bowiem ogrom cierpienia z powodu różnorakich doświadczeń i bezradność, z którą bardzo trudno coś zrobić. A Astrid Lindgren zrobiła, oddala w fantazji to, czego w realności pojąc nie można.
Książka o bliskości, miłości, tęsknocie, samotności, potrzebie posiadania dziadków. Łatwiej ją czuć niż o niej opowiadać.
Astrid Lindgren
Bracia Lwie Serce
Ilustracje Ilon Wikland
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
wtorek, 8 marca 2016
Agnieszka Suchowierska "Mat i świat"
Miś przyszedł na świat
20 sierpnia o godzinie dziewiątej wieczorem.
Pierwszą rzecz, którą poczuł, był dotyk czyichś ciepłych dłoni trzymających duże ostre nożyce. Chwilę potem ktoś szybko CIACH! odciął od niego brązową nitkę i rzucił go na ogromną, miękką stertę misiów.
"Jestem"- pomyślał z radością i ulgą.
- Witajcie, misie! - krzyknął wesoło.
Na razie jeszcze nie miał imienia i nie wiedział, czy w ogóle będzie się jakoś nazywać.
- Jestem! To dobrze! - ucieszył się znowu. - Przede mną całe życie. Przygody! Ciekawe, co teraz się stanie?
Zaczął rozglądać się dokoła, żeby zobaczyć świat, o którym jeszcze nic nie wiedział.
Świat był bardzo głośny i ogromny. Wokół warczały setki maszyn do szycia, ustawionych tak blisko siebie, że prawie się stykały. Przy każdej maszynie siedziała skośnooka dziewczyna. Pochylona, skupiona przy pracy, musiała uważać, żeby nie trącić sąsiadki łokciem. Niektóre z pracownic były właściwie dziećmi - na oko nie miale więcej niż dwanaście lat. Wyglądały na bardzo zajęte.
W hali nie było okien.
Pod sufitem świeciły tysiące gołych,oślepiających żarówek.Żarówki były identyczne. czasem tylko zdarzała się przepalona.
Dziewczyny też wyglądały jak bliźniaczki. Każda maila na głowie plastikowy czepek, który przykrywał ciasno związane, ciemne włosy. Twarze szwaczek były zaslonięte białymi maseczkami z materiału. Pracownice siedziały w długich rzędach - setki niebieskich fartuchów i bosych stóp w tanich klapkach. Wyglądało to tak, jakby różniły się od siebie tylko oczami i kolorami klapków.
Żadna z par oczu nie patrzyła na misia, za to on rozglądał się wokół bardzo uważnie.
Chwilę później już nic nie widział, bo szybkie ręce zarzuciły go kolejnymi misiami wypadającymi z wielkiej, ruchomej taśmy. Od tej pory słyszał już tylko huk maszyn do szycia. I czekał.
W hali było strasznie gorąco. Dziewczyny nie odzywały się ani słowem. Od rana pracowały nieprzerwanie, choć dawno zapadł wieczór.
A potem nagle wszystkie maszyny do szycia przestały warczeć. Zrobiło się całkiem cicho. Szwaczki, równo jak na komendę, wstały od maszyn. Odwiązały z twarzy maseczki i w milczeniu wyszły z hali. Zmęczone, z trudem prostowały plecy.
Chwilę później zgasły wszystkie żarówki, ale tego miś, schowany pod sterta pluszaków, już nie wdziali. Minęła godzina dwudziesta druga. Dziewczęta pracowały od siódmej. Jutro znowu zaczyna prace wczesnym rankiem.
Po książkę sięgnęłam z powodu jej nagrody i to nie byle jakiej - Książka Roku 2015 Polskiej Sekcji IBBY.
Rzeczywiście warta jest uznania.
Znakomity pomysł na bohatera, chociaż zastanawiałam się kto jest nim bardziej Mat czy świat. Historia życia misia, który "urodził się" w chińskiej fabryce, otrzymał odpowiednie logo i ruszył w świat. Sam pełen optymizmu, ciekawości, spragniony czułości i ciepła wędruję z rąk do rąk, by odpowiadać na dziecięce pragnienia.
Różnorodność kultur i religii, kontrasty społeczne, różnice ekonomiczne. Autorka zręcznie oprowadza po świecie, przedstawia realność bez emocji i pozwala czytelnikowi czuć, niczego nie sugerując. A emocji przy czytaniu tej lektury pojawia się naprawdę dużo. Wydaje się, że dużą rolę odgrywają tu mocno podkreślone przeciwstawności, przez które autorka wzmacnia przekaz.
W moim rozumieniu książka opowiada o wspólnych dzieciom pragnieniach, potrzebach oraz świecie, który czasami daje za dużo, czasami tyle ile trzeba, a bywa też tak, że skąpi nawet tego co niezbędne (np. prawa do edukacji).
Mądra, ciekawie napisana książka, z dbałością o język (jest też słowniczek trudnych pojęć). Ładne ilustracje.
Mat i świat
Agnieszka Suchowierska
Ilustracje Tomasz Kaczkowski
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
niedziela, 6 marca 2016
Per Olov Enquist "Góra Trzech Grot"
Zadzwoni do dziadka, kiedy to wszystko przemyśli.
Dziadek na pewno wpadnie na jakiś pomysł. Nie ma tak dużo do roboty jak inni. Ma czas na pomysły.
Mina musi zastanowić się nad tym, co się stało. Niełatwo było to zrozumieć.
Krokodyl uciekł z koszulki taty i ugryzł ją w pupę tak, że się przestraszyła. Ten krokodyl, który ją ugryzł w nocy był przecież o wiele większy od znaczka taty, to dobrze zapamiętała. Wyglądało na to, że krokodyle w nocy rosły, a potem rano znowu były małe. Ten mały brzydal był w nocy na wolności. Wahała się, czy nie obudzić znowu taty, żeby mu to wytłumaczyć, ale on by się tylko złościł i narzekał. Zamiast tego poszła do lodówki, żeby poszukać kiełbasek. Znalazła jedną.
Była niedziela. Mina odnalazła też koszulkę taty i zobaczyła, że koszulka nie miała znaczka z krokodylem.
Krokodyl był na wolności, a na pupie Miny widniał ślad po ugryzieniu. Nie bolał za bardzo, ale kiedy sprawdziła w lustrze, to prawie widziała ślady zębów. Dowód na to, że to wszystko się jej nie przyśniło.
zeszła do kuchni. Po chwili na schodach zjawiła się młodsza siostra Moa i zawołała.
- Ciem kubaskę, Ina!
- Nie mów jak mały jak mały dzidziuś - powiedziała groźnie mina. - A poza tym niezdrowo jeść kiełbaskę tak wcześnie rano.
W oknie siedziała kotka. Nazwali ją Pusia, bo mama miała nadzieję, że będzie grzecznym przytulnym kotkiem, ale Pusia zaczynała się złościć, kiedy rano nie dostała na czas jedzenia. Wtedy wcale nie była grzeczna, tylko straszyła, że jeśli nie dostanie wątróbki, to wyjdzie na dwór i zapoluje na pisklaki. Na to Mina dawała jej wątróbkę i Pusia znowu była miła. Mina często rozmawiała z Pusią kiedy były same, bo tylko wtedy kotka odpowiadała na pytania.
Pusia nigdy nie powiedziała "spróbuj zrozumieć".
- Pusia - zaczęła opowiadać Mina. - W nocy napadł na mnie krokodyl i ugryzł mnie.
Mina jak większość dzieci przeżywa lęki. Boi się ciemności i potworów.
Z punktu widzenia psychologii treść lęków zmienia się wraz z wiekiem i zwykle nie powodują one zakłócenia w rozwoju. Na tej drodze ważny jest dorosły. Tu niezwykły dziadek, który wraz z czwórką dzieci organizuje wyprawę na Gorę Trzech Grot. Roztropność tego posunięcia czytelnik oceni sam, ale to, co dzieci dostają i czego doświadczają powadzi zalęknioną dziewczynkę do wniosku: Człowiek nie wie, ile potrafi.
Książka pełna emocji, z wartką akcją i wielką uważnością na sprawy dziecka.
Nie wszystkim odpowiada literatura skandynawska dla dzieci. Ja ją lubię. I choć "po dorosłemu" w prezentowanej lekturze może się nie podobać śmiałość języka, pewna niegrzeczność w postaci wątków "kupowo-bąkowych", naiwność postaci, to w moim przekonaniu pojawiają się one po coś. Może po to, by wywołać śmiech, złagodzić lęk, przetestować dorosłego.
Rysunki Stiny Wirsen zupełnie nie w moim typie.
Per Olov Enquist
Góra Trzech Grot
Wydawnictwo EneDuerabe
Dziadek na pewno wpadnie na jakiś pomysł. Nie ma tak dużo do roboty jak inni. Ma czas na pomysły.
Mina musi zastanowić się nad tym, co się stało. Niełatwo było to zrozumieć.
Krokodyl uciekł z koszulki taty i ugryzł ją w pupę tak, że się przestraszyła. Ten krokodyl, który ją ugryzł w nocy był przecież o wiele większy od znaczka taty, to dobrze zapamiętała. Wyglądało na to, że krokodyle w nocy rosły, a potem rano znowu były małe. Ten mały brzydal był w nocy na wolności. Wahała się, czy nie obudzić znowu taty, żeby mu to wytłumaczyć, ale on by się tylko złościł i narzekał. Zamiast tego poszła do lodówki, żeby poszukać kiełbasek. Znalazła jedną.
Była niedziela. Mina odnalazła też koszulkę taty i zobaczyła, że koszulka nie miała znaczka z krokodylem.
Krokodyl był na wolności, a na pupie Miny widniał ślad po ugryzieniu. Nie bolał za bardzo, ale kiedy sprawdziła w lustrze, to prawie widziała ślady zębów. Dowód na to, że to wszystko się jej nie przyśniło.
zeszła do kuchni. Po chwili na schodach zjawiła się młodsza siostra Moa i zawołała.
- Ciem kubaskę, Ina!
- Nie mów jak mały jak mały dzidziuś - powiedziała groźnie mina. - A poza tym niezdrowo jeść kiełbaskę tak wcześnie rano.
W oknie siedziała kotka. Nazwali ją Pusia, bo mama miała nadzieję, że będzie grzecznym przytulnym kotkiem, ale Pusia zaczynała się złościć, kiedy rano nie dostała na czas jedzenia. Wtedy wcale nie była grzeczna, tylko straszyła, że jeśli nie dostanie wątróbki, to wyjdzie na dwór i zapoluje na pisklaki. Na to Mina dawała jej wątróbkę i Pusia znowu była miła. Mina często rozmawiała z Pusią kiedy były same, bo tylko wtedy kotka odpowiadała na pytania.
Pusia nigdy nie powiedziała "spróbuj zrozumieć".
- Pusia - zaczęła opowiadać Mina. - W nocy napadł na mnie krokodyl i ugryzł mnie.
Mina jak większość dzieci przeżywa lęki. Boi się ciemności i potworów.
Z punktu widzenia psychologii treść lęków zmienia się wraz z wiekiem i zwykle nie powodują one zakłócenia w rozwoju. Na tej drodze ważny jest dorosły. Tu niezwykły dziadek, który wraz z czwórką dzieci organizuje wyprawę na Gorę Trzech Grot. Roztropność tego posunięcia czytelnik oceni sam, ale to, co dzieci dostają i czego doświadczają powadzi zalęknioną dziewczynkę do wniosku: Człowiek nie wie, ile potrafi.
Książka pełna emocji, z wartką akcją i wielką uważnością na sprawy dziecka.
Nie wszystkim odpowiada literatura skandynawska dla dzieci. Ja ją lubię. I choć "po dorosłemu" w prezentowanej lekturze może się nie podobać śmiałość języka, pewna niegrzeczność w postaci wątków "kupowo-bąkowych", naiwność postaci, to w moim przekonaniu pojawiają się one po coś. Może po to, by wywołać śmiech, złagodzić lęk, przetestować dorosłego.
Rysunki Stiny Wirsen zupełnie nie w moim typie.
Per Olov Enquist
Góra Trzech Grot
Wydawnictwo EneDuerabe
niedziela, 6 grudnia 2015
Paweł Wakuła "Jagiełło pod... prysznicem"
Mama uparła się, żebym umył szyję i uszy. Tak jakbym nie robił tego przed tygodniem!
- Częste mycie skraca życie...- burknąłem niezadowolony, gdy wręczyła mi ręcznik i kazała pójść do łazienki.
- A właśnie, że nie masz racji - odezwał się niespodziewanie dziadek. - Władysław Jagiełło kąpał się codziennie, a mimo to dożył osiemdziesięciu dwóch lat, z czego aż czterdzieści osiem spędził na polskim tronie!
- Toteż wszyscy się tej jego pasji dziwili i uważali, że upodobanie do wody świadczy o pogańskiej przeszłości króla - przyznał dziadek. Na przykład jego żona Jadwiga, późniejsza święta, nie myła się prawie wcale, traktując to jako rodzaj pobożnego umartwienia.
- Brr! - wzdrygnęła się mama.
- Ówczesna religia kazała wiernym przykładać większą wagę do spraw ducha niż ciała - wyjaśnił dziadek.
- Ja też chcę być święty! - olśniło mnie nagle. - Nie będę się dzisiaj kąpał w ramach umartwienia!
- Założysz się? - spytała słodko mama, zwijając ręcznik w marchewkę.
- Zostaw go w spokoju - mruknął tata. - Jest taki piękny ciepły wieczór, przejdźmy się na spacer po parku. Kuba umyje uszy, jak wrócimy.
Od razu wiedziałem, co chodzi tacie po głowie - chciał pogadać z dziadkiem o królu Władysławie!
Po chwili szliśmy żwirową aleją w cieniu drzew, a nad nami na granatowym niebie srebrzył się księżyc w pełni.
- Jagiełło był najdłużej zasiadającym na tronie królem Polski - mówił dziadek. - I trzeba przyznać, ze było to udane panowanie. Przyjmując hold lenny od hospodara mołdawskiego Piotra oraz od książąt pomorskich Bogusława i Warcisława, sprawił, że po raz pierwszy w historii granice Polski sięgały od morza do morza.
Tę lekturę czytałam kawałek po kawałku w wolnych chwilach. Mój komfort brał się stąd, że tak skonstruowana jest książka. Poczet władców Polski podany w sposób bardzo atrakcyjny.
Rodzinny autorytet w sprawach historii - dziadek, dzieli się swoją wiedzą i przemyśleniami z członkami rodziny. Wnuczek (Kuba) niespecjalnie pasjonuje się historią, co widać po stopniach i minie ojca wracającego z wywiadówki. Zatem domowe lekcje historii dedykowane są przede wszystkim jemu. A dziadek pokazuje, że przeszłość może być niezwykle zajmująca, szczególnie gdy teraźniejszość poprzez rożne skojarzenia zachęca do spoglądania wstecz.
Fakty historyczne, ciekawostki nadające im smaku, ładny język, poczucie humoru, świetne ilustracje składają się na ciekawą pozycję.
Paweł Wakuła
Jagiełło pod... prysznicem
Opowieści o władcach Polski
Ilustracje Mikołaj Kamler
Wydawnictwo Literatura
- Częste mycie skraca życie...- burknąłem niezadowolony, gdy wręczyła mi ręcznik i kazała pójść do łazienki.
- A właśnie, że nie masz racji - odezwał się niespodziewanie dziadek. - Władysław Jagiełło kąpał się codziennie, a mimo to dożył osiemdziesięciu dwóch lat, z czego aż czterdzieści osiem spędził na polskim tronie!
- Toteż wszyscy się tej jego pasji dziwili i uważali, że upodobanie do wody świadczy o pogańskiej przeszłości króla - przyznał dziadek. Na przykład jego żona Jadwiga, późniejsza święta, nie myła się prawie wcale, traktując to jako rodzaj pobożnego umartwienia.
- Brr! - wzdrygnęła się mama.
- Ówczesna religia kazała wiernym przykładać większą wagę do spraw ducha niż ciała - wyjaśnił dziadek.
- Ja też chcę być święty! - olśniło mnie nagle. - Nie będę się dzisiaj kąpał w ramach umartwienia!
- Założysz się? - spytała słodko mama, zwijając ręcznik w marchewkę.
- Zostaw go w spokoju - mruknął tata. - Jest taki piękny ciepły wieczór, przejdźmy się na spacer po parku. Kuba umyje uszy, jak wrócimy.
Od razu wiedziałem, co chodzi tacie po głowie - chciał pogadać z dziadkiem o królu Władysławie!
Po chwili szliśmy żwirową aleją w cieniu drzew, a nad nami na granatowym niebie srebrzył się księżyc w pełni.
- Jagiełło był najdłużej zasiadającym na tronie królem Polski - mówił dziadek. - I trzeba przyznać, ze było to udane panowanie. Przyjmując hold lenny od hospodara mołdawskiego Piotra oraz od książąt pomorskich Bogusława i Warcisława, sprawił, że po raz pierwszy w historii granice Polski sięgały od morza do morza.
Tę lekturę czytałam kawałek po kawałku w wolnych chwilach. Mój komfort brał się stąd, że tak skonstruowana jest książka. Poczet władców Polski podany w sposób bardzo atrakcyjny.
Rodzinny autorytet w sprawach historii - dziadek, dzieli się swoją wiedzą i przemyśleniami z członkami rodziny. Wnuczek (Kuba) niespecjalnie pasjonuje się historią, co widać po stopniach i minie ojca wracającego z wywiadówki. Zatem domowe lekcje historii dedykowane są przede wszystkim jemu. A dziadek pokazuje, że przeszłość może być niezwykle zajmująca, szczególnie gdy teraźniejszość poprzez rożne skojarzenia zachęca do spoglądania wstecz.
Fakty historyczne, ciekawostki nadające im smaku, ładny język, poczucie humoru, świetne ilustracje składają się na ciekawą pozycję.
Paweł Wakuła
Jagiełło pod... prysznicem
Opowieści o władcach Polski
Ilustracje Mikołaj Kamler
Wydawnictwo Literatura
sobota, 22 sierpnia 2015
Małgorzata Strzałkowska "Części mowy czyli wierszowany samouczek nietypowy"
PARTYKUŁA
Partykuły bardzo dobrze wypełniają swe zadania,
ożywiają ciut wypowiedź i zmieniając wydźwięk zdania.
FRANEK
- Może raczej - rzekła Hanka -
nie rób, Franku, w banku manka,
bo kto manko robi w banku,
chyba nie jest mądry, Franku.
STEFAN
Stefan ponoć już od roku
bzika ma na punkcie smoków
i bynajmniej się nie wstydzi,
że wciąż tylko smoki widzi.
ROMEK
To zaiste piękny domek!
Bez wątpienia! - westchnął Romek.
- Taki domek mieć bym chciał!
Gdybyż jeszcze okna miał...
MELANIA
- To ci moda! Też mi coś!
Czy to będzie nosił ktoś?
Spójrz no, Melu, na ten łach!
Chodźże tu i zróbże ciach!
Kolejna niezwykle sympatyczna i mistrzowsko napisana książka. Pozornie trudny i nudny temat. Ten tomik jest perełką, która, według mnie wyraża fascynację rodzimym językiem.Kontekst edukacyjny może być zachętą dla rodziców i nauczycieli. Autorka wyjaśnia takie niewiadome jak czasownik, rzeczownik, liczebnik, zaimek, stopniowanie, tryby i czasy, odmianę przez przypadki i liczby itp. Wszystko okraszone dobrym humorem i przemyślana formą
Ilustracje, tradycyjnie, są kolarzami pisarki.
Na ostatnich stronach znajduje się KURS SKRÓCONY NA DWIE STRONY, który w zwięzły sposób streszcza książkę. Autorka kończy go tak:
Wszystko (rzeczownik) mi (zaimek rzeczowy) się (zaimek zwrotny) w (przyimek) głowie (rzeczownik) plącze (czasownik), więc (spójnik) niniejszym (przysłówek) książkę (rzeczownik) kończę (czasownik).
Małgorzata Strzałkowska
Części mowy czyli wierszowany samouczek nietypowy
Wydawnictwo Media Rodzina
sobota, 25 lipca 2015
Marcin Szczygielski "Tuczarnia motyli"
- Dokąd idziemy?
- Z wizytą - wyjaśniła ciabcia.- Tylko bądź cicho i uważaj.
- Na co mam uważać?
- Na sąsiadów.
Zeszły piętro niżej. Ciabcia rozejrzała się ostrożnie, a potem zapukała do drzwi Monterowej.
- Idziemy do Lili? - zapytała Majka, ale ciabcia nie odpowiedziała.
Za drzwiami przez dłuższy czas panowała cisza. Ciabcia zapukała więc jeszcze raz, a po chwili z wnętrza dobiegł cienki głosik:
- Nikogo nie ma w domu!
- Otwieraj szybko - powiedziała ciabcia cicho. - to my!
Za drzwiami rozległ się jakiś hurgot, coś stuknęło, ktoś zastękał, a potem usłyszały trzask otwieranego zamka. następnie coś znów przesunęło się z hałasem i cienki głosik powiedział:
- Już!
Ciabcia nacisnęła klamkę i szybko weszła do mieszkania, a potem ponagliła Maję:
- Chodź! Szybciej!
Gdy Maja znalazła się w mrocznym przedpokoju, ciabcia ostrożnie zamknęła za mia drzwi.Dziewczynka przez chwilę mrugała powiekami, próbując przyzwyczaić wzrok do ciemności.
- Idźcie do pokoju - odezwał się cienki głosik. - Zamknę.
Maja odwróciła się, popatrzyła na tego kogoś, kto mówił, a potem aż zachłysnęła się ze zdumienia. Obok wieszaka stała mała dziewczynka. Miała nie więcej niż cztery lata, sięgała Mai do łokcia. Długie, bardzo gęste włosy upięła w bardzo nieforemny kok, co wyglądało dziwacznie, ale najbardziej zadziwiający był jej strój. Dziecko miało na sobie długą czarną sukienkę, co najmniej trzy razy za dużą, spiętą dziesiątkami agrafek i klamerek do suszenia bielizny.
- Nie gap się! - powiedziała dziewczynka rozzłoszczonym głosem, a następnie przysunęła do drzwi stojący nieopodal kuchenny taboret, wdrapała się na niego i obróciła pokrętło zasuwy.
- Pani Monterowa?! - wyjąkała Maja.
- Chodź! - Ciabcia pociągnęła ją za łokieć w stronę wejścia do pokoju.
Zdumiona Maja pozwoliła się zaprowadzić i posadzić przy stole. W przedpokoju rozległo się gniewne mamrotanie, odgłos przesuwanego taboretu, a potem do pokoju weszła Lili, podtrzymując obiema rękami fałdy sukienki. Złym wzrokiem zmierzyła maję, a następnie wzięła z kanapy dwie poduszki i położyła je na krześle. Wdrapała się na nie z trudem i usiadła z ponurą mina.
- No i znowu tu jesteś - powiedziała.
- Ale dlaczego...? - Maja popatrzyła na ciabcię baranim wzrokiem.
- A bo my wiemy? - Ciabcia wzruszyła ramionami. Chyba zrobiły to na złość.
Dalszy ciąg "Czarownicy piętro niżej".
Trwają ferie zimowe. Warszawa zasypana śniegiem, który wciąż pada i bardzo komplikuje codzienne życie. Dziewczynka wyjeżdża do ciabci do Szczecina, ale ciabcia i Monterowa są jakieś inne. Zaczynają się dziać przedziwne rzeczy. Pojawia się wątek detektywistyczny, motylołaki oraz wieloletnia wojna. Maja jest w samym centrum wydarzeń, rozwiązuje zawiłą zagadkę.
Kupiłam i dłuuugo czytałam. Początek ciekawy, intrygujący, otwierający. Dalej niestety przeciętnie i momentami nudno. Oczywiście książka ma atuty w postaci ładnego języka, ciekawych postaci, interesujących odniesień. Jednak zabrakło klimatu, poczucia humoru, troski o czytelnika.
Autor zapowiada koleją część. Czekam.
- Z wizytą - wyjaśniła ciabcia.- Tylko bądź cicho i uważaj.
- Na co mam uważać?
- Na sąsiadów.
Zeszły piętro niżej. Ciabcia rozejrzała się ostrożnie, a potem zapukała do drzwi Monterowej.
- Idziemy do Lili? - zapytała Majka, ale ciabcia nie odpowiedziała.
Za drzwiami przez dłuższy czas panowała cisza. Ciabcia zapukała więc jeszcze raz, a po chwili z wnętrza dobiegł cienki głosik:
- Nikogo nie ma w domu!
- Otwieraj szybko - powiedziała ciabcia cicho. - to my!
Za drzwiami rozległ się jakiś hurgot, coś stuknęło, ktoś zastękał, a potem usłyszały trzask otwieranego zamka. następnie coś znów przesunęło się z hałasem i cienki głosik powiedział:
- Już!
Ciabcia nacisnęła klamkę i szybko weszła do mieszkania, a potem ponagliła Maję:
- Chodź! Szybciej!
Gdy Maja znalazła się w mrocznym przedpokoju, ciabcia ostrożnie zamknęła za mia drzwi.Dziewczynka przez chwilę mrugała powiekami, próbując przyzwyczaić wzrok do ciemności.
- Idźcie do pokoju - odezwał się cienki głosik. - Zamknę.
Maja odwróciła się, popatrzyła na tego kogoś, kto mówił, a potem aż zachłysnęła się ze zdumienia. Obok wieszaka stała mała dziewczynka. Miała nie więcej niż cztery lata, sięgała Mai do łokcia. Długie, bardzo gęste włosy upięła w bardzo nieforemny kok, co wyglądało dziwacznie, ale najbardziej zadziwiający był jej strój. Dziecko miało na sobie długą czarną sukienkę, co najmniej trzy razy za dużą, spiętą dziesiątkami agrafek i klamerek do suszenia bielizny.
- Nie gap się! - powiedziała dziewczynka rozzłoszczonym głosem, a następnie przysunęła do drzwi stojący nieopodal kuchenny taboret, wdrapała się na niego i obróciła pokrętło zasuwy.
- Pani Monterowa?! - wyjąkała Maja.
- Chodź! - Ciabcia pociągnęła ją za łokieć w stronę wejścia do pokoju.
Zdumiona Maja pozwoliła się zaprowadzić i posadzić przy stole. W przedpokoju rozległo się gniewne mamrotanie, odgłos przesuwanego taboretu, a potem do pokoju weszła Lili, podtrzymując obiema rękami fałdy sukienki. Złym wzrokiem zmierzyła maję, a następnie wzięła z kanapy dwie poduszki i położyła je na krześle. Wdrapała się na nie z trudem i usiadła z ponurą mina.
- No i znowu tu jesteś - powiedziała.
- Ale dlaczego...? - Maja popatrzyła na ciabcię baranim wzrokiem.
- A bo my wiemy? - Ciabcia wzruszyła ramionami. Chyba zrobiły to na złość.
Dalszy ciąg "Czarownicy piętro niżej".
Trwają ferie zimowe. Warszawa zasypana śniegiem, który wciąż pada i bardzo komplikuje codzienne życie. Dziewczynka wyjeżdża do ciabci do Szczecina, ale ciabcia i Monterowa są jakieś inne. Zaczynają się dziać przedziwne rzeczy. Pojawia się wątek detektywistyczny, motylołaki oraz wieloletnia wojna. Maja jest w samym centrum wydarzeń, rozwiązuje zawiłą zagadkę.
Kupiłam i dłuuugo czytałam. Początek ciekawy, intrygujący, otwierający. Dalej niestety przeciętnie i momentami nudno. Oczywiście książka ma atuty w postaci ładnego języka, ciekawych postaci, interesujących odniesień. Jednak zabrakło klimatu, poczucia humoru, troski o czytelnika.
Autor zapowiada koleją część. Czekam.
niedziela, 1 marca 2015
Małgorzata Strzałkowska "Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy"
Małgorzata Strzałkowska
Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy
Ilustracje Adam Pękalski
Wydawnictwo Bajka
Zwrotka czwarta
Już tam ojciec do swej Basi
Mówi zapłakany -
Słuchaj jeno*, pono** nasi
Biją w tarabany***.
*jeno - tylko; słuchaj jeno - posłuchaj
**pono - ponoć, podobno
***taraban - bęben wojskowy, używany dawniej w Rzeczpospolitej
Zwrotka przedstawia dziewczynę o imieniu Basia, która wraz z ojcem czeka z utęsknieniem na jakikolwiek znak, zwiastujący przybycie Legionów Dąbrowskiego do kraju i wyzwolenie ojczyzny. Rzecz dzieje się tam, a to tam to z perspektywy będącego we Włoszech Wybickiego daleka ojczyzna, Polska. Ojciec łowi uchem płynące z dali bicie tarabanów, wojskowych bębnów, wzywających naszych do zwycięskiego powrotu. To scena pełna miłości do ojczyzny i wielkich nadziei...
Ale dlaczego ojciec jest zapłakany? Zapewne z tęsknoty za wolną Polską i ze wzruszenia, że wyzwolenie jest już bliskie.
Tylko... Czy ta scena nie byłaby bardziej wiarygodna, gdyby to Basia płakała, a ojciec ją pocieszał? Chyba tak. a może właśnie plączącą dziewczynę i pocieszającego ją ojca miał na myśli Wybicki...
Czy coś potwierdza ten pogląd? Owszem - stosowana przez Wybickiego pisownia. Badacze, analizując rękopisy Wybickiego, odkryli, że zamiast bożej pisał on boży, zamiast raczej-raczy, zamiast włoskiej-włoski... A więc może początek zwrotki powinien brzmieć: Już tam ojciec do swej Basi mówi zapłakanej? Może...
I jeszcze jedna zagadka - kim są Basia i jej ojciec? Według dawnych historyków, Basia z hymnu to młodziutka Barbara Chłapowska, którą Dąbrowski miał poznać przed wyjazdem z Polski do Włoch, a która 5 listopada 107 roku została jego żoną. Jednak dociekliwi badacze, analizując dokumenty spisane przez świadków tamtych dni, odkryli, że Dąbrowski, poznał swoją przyszłą żonę dopiero w 1806 roku! Miało to nastąpić na balu, wydanym na cześć generała w poznańskim ratuszu. A więc kim są tajemnicza Basia i jej ojciec? Nie mamy na ten temat wiarygodnych źródeł. Może to są konkretne osoby, o których milczą kroniki? A może Basia i jej ojciec to symboliczne postaci córki i ojca, "przykładowi" Polacy? Przecież Basia, Marynia, Zosia to popularne imiona ówczesnych polskich dziewcząt...
Z przedmowy prof. Jana Żaryna:
książka ta jest tak wewnętrznie skomponowana, by mogła trafić do serc i umysłów ludzi w różnym wieku i z różnym przygotowaniem historyczno-literackim. Jest opowieścią skierowaną i do dziecka i młodzieńca, a także do dziadków i rodziców. Jest zatem darem dla wszystkich, którzy kochają Polskę. To jedyny wymóg, który postawiłbym potencjalnemu czytelnikowi: gotowość do stałej i wiernej miłości do Ojczyzny.
Lektura napisana przez znakomitą pisarkę, szeroko konsultowana i rzetelnie przygotowana. Jest bardzo ciekawa. Najpierw kontekst historyczny, potem omówienie każdej zwrotki i refrenu, sposób śpiewania hymnu, kalendarium i wreszcie Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie. Jest też część książki dedykowana wnikliwszym czytelnikom. Z niej to m.in. można się dowiedzieć, że hymn miał pierwotnie sześć zwrotek oraz poznać utwory, które pełniły w naszej historii rolę hymnu.
Dodatkiem do książki jest płyta.
Wartość takiej publikacji w domowej biblioteczce jest znacząca o tyle, o ile zechcemy nadać jej odpowiednią rolę, o której pisał prof. Żaryn.
Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy
Ilustracje Adam Pękalski
Wydawnictwo Bajka
Zwrotka czwarta
Już tam ojciec do swej Basi
Mówi zapłakany -
Słuchaj jeno*, pono** nasi
Biją w tarabany***.
*jeno - tylko; słuchaj jeno - posłuchaj
**pono - ponoć, podobno
***taraban - bęben wojskowy, używany dawniej w Rzeczpospolitej
Zwrotka przedstawia dziewczynę o imieniu Basia, która wraz z ojcem czeka z utęsknieniem na jakikolwiek znak, zwiastujący przybycie Legionów Dąbrowskiego do kraju i wyzwolenie ojczyzny. Rzecz dzieje się tam, a to tam to z perspektywy będącego we Włoszech Wybickiego daleka ojczyzna, Polska. Ojciec łowi uchem płynące z dali bicie tarabanów, wojskowych bębnów, wzywających naszych do zwycięskiego powrotu. To scena pełna miłości do ojczyzny i wielkich nadziei...
Ale dlaczego ojciec jest zapłakany? Zapewne z tęsknoty za wolną Polską i ze wzruszenia, że wyzwolenie jest już bliskie.
Tylko... Czy ta scena nie byłaby bardziej wiarygodna, gdyby to Basia płakała, a ojciec ją pocieszał? Chyba tak. a może właśnie plączącą dziewczynę i pocieszającego ją ojca miał na myśli Wybicki...
Czy coś potwierdza ten pogląd? Owszem - stosowana przez Wybickiego pisownia. Badacze, analizując rękopisy Wybickiego, odkryli, że zamiast bożej pisał on boży, zamiast raczej-raczy, zamiast włoskiej-włoski... A więc może początek zwrotki powinien brzmieć: Już tam ojciec do swej Basi mówi zapłakanej? Może...
I jeszcze jedna zagadka - kim są Basia i jej ojciec? Według dawnych historyków, Basia z hymnu to młodziutka Barbara Chłapowska, którą Dąbrowski miał poznać przed wyjazdem z Polski do Włoch, a która 5 listopada 107 roku została jego żoną. Jednak dociekliwi badacze, analizując dokumenty spisane przez świadków tamtych dni, odkryli, że Dąbrowski, poznał swoją przyszłą żonę dopiero w 1806 roku! Miało to nastąpić na balu, wydanym na cześć generała w poznańskim ratuszu. A więc kim są tajemnicza Basia i jej ojciec? Nie mamy na ten temat wiarygodnych źródeł. Może to są konkretne osoby, o których milczą kroniki? A może Basia i jej ojciec to symboliczne postaci córki i ojca, "przykładowi" Polacy? Przecież Basia, Marynia, Zosia to popularne imiona ówczesnych polskich dziewcząt...
Z przedmowy prof. Jana Żaryna:
książka ta jest tak wewnętrznie skomponowana, by mogła trafić do serc i umysłów ludzi w różnym wieku i z różnym przygotowaniem historyczno-literackim. Jest opowieścią skierowaną i do dziecka i młodzieńca, a także do dziadków i rodziców. Jest zatem darem dla wszystkich, którzy kochają Polskę. To jedyny wymóg, który postawiłbym potencjalnemu czytelnikowi: gotowość do stałej i wiernej miłości do Ojczyzny.
Lektura napisana przez znakomitą pisarkę, szeroko konsultowana i rzetelnie przygotowana. Jest bardzo ciekawa. Najpierw kontekst historyczny, potem omówienie każdej zwrotki i refrenu, sposób śpiewania hymnu, kalendarium i wreszcie Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie. Jest też część książki dedykowana wnikliwszym czytelnikom. Z niej to m.in. można się dowiedzieć, że hymn miał pierwotnie sześć zwrotek oraz poznać utwory, które pełniły w naszej historii rolę hymnu.
Dodatkiem do książki jest płyta.
Wartość takiej publikacji w domowej biblioteczce jest znacząca o tyle, o ile zechcemy nadać jej odpowiednią rolę, o której pisał prof. Żaryn.
piątek, 20 lutego 2015
Dorota Kasjanowicz"Cześć wilki"
Dorota Kasjanowicz
Cześć wilki
Wydawnictwo Dwie Siostry
Okej, wcale nie musi tam jeździć. Bo i po co? Lepiej
posiedzieć przy komputerze. I… i jeść twarożek zamiast sernika. I nie mieć psa.
Ani takiego fajnego fotela. Ani ogrodu. I z nikim nie rozmawiać o murinach. Ani
o galarecie. W ogóle o niczym.
A co do Pawła, to skłamał, że się z nim umówił. Bo mama
go lubiła. No tak, w porządku, dopóki nie zaczął się kolegować z tym
zarozumiałym Adrianem. Tylko jak wytłumaczyć to mamie?
— Filip!
Ktoś go wołał. Filip wrócił do rzeczywistości i podniósł
wyżej głowę. Najpierw zauważył kilka par przyjaznych wilczych oczu. Zerkały z
chaszczy w ogrodzie pod numerem szesnastym i zza pnia drzewa, które miał parę
metrów przed sobą. A jeszcze inne przez moment widział pod schodami domu numer
osiemnaście.
— Cześć, wilki! — szepnął i w tym samym momencie już
wiedział, gdzie jest, dokąd go zaniosło, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo co.
— Filip! — wołanie się powtórzyło i oczywiście była to
ciocia Agnieszka, z Bodkiem na smyczy.
Filip zdążył tylko pomyśleć: „No przecież nie mogę teraz
zwiać, mamo, to byłoby niegrzecznie” — i już hamował obok cioci i jej psa.
— Cześć, Filip!
— Cześć, ciociu! Cześć, Bodek! — odpowiedział i zaraz
dodał: — Na tym moim osiedlu to w ogóle nie ma gdzie jeździć.
— Ach tak.
— Tak jakoś… Tu jest więcej ścieżek. Więcej miejsca.
Można się rozpędzić.
— Rozumiem. — Ciocia popatrzyła na Bodka, a potem znów na
Filipa. — Wiesz, wybieramy się na spacer. Może do nas dołączysz?
— Naprawdę? — Filipa aż ścisnęło w żołądku z radości.
— Naprawdę. Rower możesz zostawić w ogrodzie, nie będzie
go widać z ulicy — powiedziała ciocia i podała mu klucz od furtki.
I, o dziwo, nie dodała: „Tylko dobrze ją zamknij,
pamiętaj”. A przecież dorośli zawsze mówią coś w tym rodzaju. Nie wiadomo
dlaczego. Przecież klucze służą do zamykania, każde dziecko to wie. A prawie
jedenastolatek to już na pewno.
Rower został odstawiony w pięć minut i cała trójka
ruszyła w dół ulicy Niebieskiej.
— Ciociu, a gdzie chodzicie na spacery? Tak najczęściej?
— zapytał Filip i spojrzał na Bodka.
Pies co prawda był na smyczy — zgodnie z przepisami — ale
i tak szedł równo przy nodze, jakby mówił: „Proszę bardzo, zakładajcie mi smycz
i obrożę, skoro wam to do czegoś potrzebne, bo mnie nie”.
— Różnie. Głównie tutaj, po uliczkach, skwerkach. Czasem
idziemy do parku. A jak mam więcej czasu, chodzimy sobie na łąkę. Wiesz, gdzie
to jest?
Nie, Filip nie wiedział. Nigdy tam nie był.
— Wystarczy pójść tą ulicą do końca, potem skręcić w
prawo obok sklepu spożywczego. Stamtąd widać kościół, a zaraz za kościołem jest
łąka.
— Tak blisko?
— Tak blisko.
Filip zaniemówił. Jak to się stało, że nigdy tam nie
dotarł? Wystarczyło pojechać na rowerze tylko trochę dalej.
Adrian na pewno o tej łące nie wie. Ani Paweł. A tata?
Czy tata wie? Nie, oczywiście, że nie, przecież by Filipowi powiedział. To on
opowie o tym tacie pierwszy! I wybiorą się tam na rowerach tylko we dwóch.
Bo mama nie lubiła jeździć na rowerze. Nawet nie chciała
sobie żadnego kupić.
„A niby kiedy ja mam jeździć? W niedzielę, jak wreszcie
można trochę odpocząć? Wolę sobie posiedzieć na kanapie niż zasuwać bez sensu w
tę i z powrotem”. Tak powiedziała.
— Wiesz, Bodek dawno się porządnie nie wybiegał —
odezwała się ciocia. — Jeśli masz czas, to może pójdziemy tam dzisiaj?
— Jasne! — zawołał Filip. — Chodźmy. W domu muszę być
dopiero o dziewiątej. Teraz jest długo widno.
— No to idziemy. Bodek, cieszysz się? — zapytała ciocia
swojego wszystko rozumiejącego psa.
Bodek oczywiście się cieszył. Bardzo.
Szli bez pośpiechu. Ciocia opowiadała trochę o Magdzie:
że jest zadowolona, bo dostała dobrą pracę. Została asystentką w holenderskiej
firmie w Londynie, między innymi dzięki temu, że dobrze znała nie tylko
angielski, ale i holenderski. Pomogło jej także to, że skończyła studia. Teraz
pracowała po dziesięć, dwanaście godzin dziennie, ale była zadowolona. A nawet
szczęśliwa.
— Myślałem, że jak się pracuje tyle, co moi rodzice, to
nie można być zadowolonym. Ani szczęśliwym.
— Twoi rodzice na pewno są zmęczeni. Wiesz, Magda jest
jednak trochę młodsza od nich i nie ma rodziny na utrzymaniu. Ani własnej
firmy. A taka firma to spory stres. I odpowiedzialność.
— A nie można być zmęczonym i szczęśliwym jednocześnie?
Ciocia przez chwilę milczała.
— Można. Oczywiście, że można — stwierdziła w końcu.
Mijali właśnie sklep spożywczy, gdy usłyszeli głośny
pomruk silnika. Na cichą ulicę wtaczała się wielka ciężarówka. Wyglądała prawie
jak tir.
— O, przeprowadzki — powiedziała ciocia.
— Kto? — zapytał Filip, bo nie dosłyszał.
— Przeprowadzki! — powtórzyła ciocia nieco głośniej.
— A kto to? Znasz go? — zainteresował się Filip.
— Kogo? — zdziwiła się ciocia.
— No, tego Przeprowackiego!
— Jakiego Przeprowackiego?
— No, tego — Filip wskazał na ciężarówkę.
I mniej więcej w tym samym momencie kierowca zgasił silnik.
Zapadła błoga cisza.
— Jakiego Przeprowackiego? — powiedziała jeszcze raz
ciocia i nagle zrozumiała. I zaczęła się tak śmiać, że o mało nie usiadła na
chodniku. A kiedy przestała, powiedziała: — A jak ma na imię ten pan
Przeprowacki?
Filip też wreszcie zrozumiał. I teraz on wybuchnął
śmiechem.
Na budzie ciężarówki duży granatowy napis głosił:
„PRZE-PROWADZKI”.
Filip pokiwał głową.
— Ten Przeprowacki może mieć na imię na przykład… na
przykład… Mariusz — zdecydował. — Mam takiego wujka, który się nazywa Mariusz
Przeracki. Bardzo podobnie, prawda?
— A może — podchwyciła ciocia — nie Mariusz, skoro
podobny Mariusz już jest, tylko… powiedzmy… Sygnatariusz*? Albo…
Proletariusz**? A może Scenariusz? Co ty na to? Scenariusz Przeprowacki.
I oboje głośno się zaśmiali.
— A Scenariusz Dobranocki? — rzucił Filip.
— Dobre! — zawołała ciocia. — Firma Scenariusza
Dobranockiego poleca bezbolesne i całkowicie niezauważalne przeprowadzki.
Znienacka. Przeprowadzka znienacka. Przeprowadzki znienacki.
— A Scenariusz Przeprowacki, który też chciałby
przeprowadzać przeprowadzki, nie ma scenariusza przeprowadzki.
— Ani zarysu kosztorysu — dorzuciła ciocia Agnieszka.
Przerzucali się pomysłami, które wpadały im do głowy
jeden po drugim, i zaśmiewali się do łez.
— A wiesz, kto to jest przekładaniec? — zapytała ciocia.
— No kto?
— Tłumacz.
— A lotnisko? — tym razem Filip zadał pytanie.
— Nie wiem.
— Latanie tuż nad ziemią.
— No jasne! A patrzy? — zrewanżowała się ciocia.
— Patrzy?
— Nie wiesz? Trzy razy „pa”. Pa, pa, pa!
— A czytanie? — zawołał szybko Filip.
— Wiem, wiem! Pytanie, czy coś jest niedrogie! Tak?
— Tak!
— A teraz — ciocia na chwilę zawiesiła znacząco głos —
coś, co bardzo lubisz: trochę horroru. Co to jest odtwarzacz?
— Odtwarzacz?
— No, wsłuchaj się dobrze w to słowo… Od-twa-rzacz…
— Już chyba wiem! Kojarzy mi się to z jakąś przerażającą
maszyną, która robi coś strasznego z twarzą. Masakra.
Przez chwilę szli w milczeniu, uśmiechnięci, szukając w
myślach kolejnych niezwykłych skojarzeń.
— A co powiesz na „zbieraliście”? — ciocia znów podjęła
ich grę.
Filip wzruszył ramionami.
— Słowo jak słowo.
— Nieee… No posłuchaj: zbieraliście. Co robiliście?
— Zbieraliście.
— A co robi?
— Co robi? A! Zbiera liście! Super! A co to znaczy —
Filip wpadł na kolejny pomysł — że ktoś jest zaufany?
— To znaczy, że jest cały w ufach. Zaufany od stóp do
głów.
— Pomalowany w ufy.
— Przysypany ufami.
— Oblepiony ufami.
— Kochający ufy.
— Ktoś, kto zmienił się w ogromnego ufa.
— Ufff…
— Gdzie?! Gdzie?! — wykrzyknął Filip i zaczął się
rozglądać.
— Ogłaszam przerwę! — Ciocia Agnieszka, śmiejąc się,
przystanęła. — Bo oto przed nami słynna, ale mało znana łąka.
Filip zaniemówił. Z wrażenia. To, co zobaczył, było po
prostu piękne.
Nie mógł uwierzyć, że coś takiego znajdowało się tak blisko
jego domu.
Ale właściwie dlaczego piękne rzeczy miałyby się
znajdować tylko gdzieś bardzo daleko?
Poczułam tę książkę. A uczucia są trudne. Rozpoznaję w sobie po jej przeczytaniu samotność, lęk, złość, bezradność, zazdrość, smutek, tęsknotę, a wreszcie radość i nadzieję. Tylko że proporcja jest trudna do wytrzymania...
Rzeczywiście ciekawa książka. Nie szargająca autorytetów, nie obwiniająca, z dużym szacunkiem do człowieka, ale absolutnie nie dla młodszych dzieci , jak sugeruje wydawca.
Autorka pokazuje dramat jedenastoletniego Filipa. Jest opuszczony i zdezorientowany, nie rozumie zawiłych relacji; w rodzinie nie ma bliskości między rodzicami oraz między rodzicami a chłopcem.
Ulgę w codzienności przynosi Filipowi wyobraźnia i życzliwy dorosły, który docenia wagę zwykłych przyjemności.
Nie wiem jaki był cel autorki. Kierując taką książkę do dzieci, trzeba im coś dać. Ja odczytuję to tak: w uniknięciu życiowego dramatu pomoże ci fantazja (tu -rozwiń w sobie sublimację) lub jakiś odpowiedzialny dorosły.
A literacko, też bez fajerwerków.
Przeczytałam zachęcona główna nagrodą roku 2014 Polskiej Sekcji Ibby. Ja bym tej nagrody nie przyznała, ale rodzicom, psychologom, pedagogom serdecznie polecam.
Poczułam tę książkę. A uczucia są trudne. Rozpoznaję w sobie po jej przeczytaniu samotność, lęk, złość, bezradność, zazdrość, smutek, tęsknotę, a wreszcie radość i nadzieję. Tylko że proporcja jest trudna do wytrzymania...
Rzeczywiście ciekawa książka. Nie szargająca autorytetów, nie obwiniająca, z dużym szacunkiem do człowieka, ale absolutnie nie dla młodszych dzieci , jak sugeruje wydawca.
Autorka pokazuje dramat jedenastoletniego Filipa. Jest opuszczony i zdezorientowany, nie rozumie zawiłych relacji; w rodzinie nie ma bliskości między rodzicami oraz między rodzicami a chłopcem.
Ulgę w codzienności przynosi Filipowi wyobraźnia i życzliwy dorosły, który docenia wagę zwykłych przyjemności.
Nie wiem jaki był cel autorki. Kierując taką książkę do dzieci, trzeba im coś dać. Ja odczytuję to tak: w uniknięciu życiowego dramatu pomoże ci fantazja (tu -rozwiń w sobie sublimację) lub jakiś odpowiedzialny dorosły.
A literacko, też bez fajerwerków.
Przeczytałam zachęcona główna nagrodą roku 2014 Polskiej Sekcji Ibby. Ja bym tej nagrody nie przyznała, ale rodzicom, psychologom, pedagogom serdecznie polecam.
niedziela, 25 stycznia 2015
Rafał Witek "Klub latających ciotek"
Rafał Witek
Klub latających ciotek
Ilustracje Katarzyna Kołodziej
Wydawnictwo Literatura
- No, pojedli, popili, to czas się ruszyć! - stwierdziła ciocia Stasia. - Zobaczymy, co słychać w starej wieży! Dzieciaki, prowadźcie!
Wyjąłem skobel i popchnąłem ciężkie drzwi. Naszym oczom ukazały się wąskie, kręte schody o zaokrąglonych krawędziach i metalowa poręcz biegnąca wzdłuż wewnętrznej ściany budowli. Blada poświata rozświetlająca górę schodów zapowiadała obecność małego okienka, które jednak teraz było poza zasięgiem naszego wzroku.
- Jest stromo i ślisko! - powiedziałem. - Czy ciocie są pewne, że chcą tam włazić?
- My tylko kawałek! - zaśmiała się Stasia. - Na samą górę to musiałoby nas osobiście licho zanieść!
- To może... do wpisu? - zaproponowała Sonia.
Ciotki spojrzały na siebie nawzajem i od razu było widać, że doskonale wiedzą, o jaki wpis chodzi.
- Tak - odrzekła po chwili Józia. - Właśnie... do wpisu.
Najtrudniej było wchodzić cioci Uli. Zostawiła przy wejściu swój sękaty badyl, a w zamian wzięła mnie pod rękę i dreptaliśmy tak schodek po schodku. Nasze dyszenie zwielokrotniło się w tym wąskim, wysokim wnętrzu. Przed nami wspinały się Sonia, ciocia Stasia i Józia i szczerze mówiąc balem się, że któraś z nich potknie się lub poślizgnie. Wtedy spadłyby na nas i wszyscy zamienilibyśmy się w wielką, wrzeszczącą, oplecioną pajęczynami kulę nieszczęścia. Wolałem sobie tego nawet nie wyobrażać.
- Jest! - usłyszałem nagle szept cioci Stasi. - Jest tutaj!
Ciotki stłoczyły się przy kawałku ściany oświetlonym latarką trzymaną przez Sonię.
- "Tu były Stasia, Józia, Ula... - odczytały niemal chórem. - Pierwsza nieładna, druga szkaradna, trzecia brzydula. 15 czerwca 1947".
- Czym myśmy to wydrapały? - zastanowiła się Stasia. - Chyba gwoździem?
- A może nożykiem? - podchwyciła Ul. - Nie pamiętam...
- O gwoździku czy nożyku się zapomina, ale nie o młodości... - westchnęła Stasia. - Szczególnie takiej! Dzieciaki, dajcie no coś ostrego. Tylko migiem!
- Chyba nie chcą ciocie... zrobić tu kolejnego napisu! - zgorszyła się Sonia.
- A i owszem, chcemy! - ucięła dyskusję ciocia Józia. - Na wieczną rzeczy pamiątkę!
W pośpiechu przeszukałem kieszenie. Jak na złość nie było tam akurat niczego, co posiadałoby ostrze, szpikulec lub choćby twardy kant.
- Mam! - zawołała nagle ciocia Józia. - Może to się nada? - dodała, wysuwając ze swego wysoko upiętego, siwego koka masywną, metalową szpilę.
Kolejne wakacje w nieciekawym miejscu i towarzystwie. Do cioci Stasi przyjeżdża jedenastoletni Emil i kuzynka Sonia, za którą chłopiec nie przepada. Latorośle nie stronią od uszczypliwości i utarczek. Z czasem dochodzą do wniosku, że postawieni są w sytuacji, z którą muszą sobie poradzić, a kłótnie są dobre na pierwszy dzień. Zapowiada się nuda.
Któregoś dnia Sonia i Emil odnajdują wieżę z 1935 r. Jest zaniedbana i opuszczona, ale budzi ciekawość i zaprasza do myszkowania. Odsłania przeszłość, pokazuje rąbek historii ludzi i miejsc. Niezwykle cennym wydaje się odkrycie, że ci starsi, trochę dziwaczni, często niedołężni ludzie mają swoją młodość, a w niej niezwykłe pasje i radości.
Przyjemna lektura, warto sięgnąć.
Klub latających ciotek
Ilustracje Katarzyna Kołodziej
Wydawnictwo Literatura
- No, pojedli, popili, to czas się ruszyć! - stwierdziła ciocia Stasia. - Zobaczymy, co słychać w starej wieży! Dzieciaki, prowadźcie!
Wyjąłem skobel i popchnąłem ciężkie drzwi. Naszym oczom ukazały się wąskie, kręte schody o zaokrąglonych krawędziach i metalowa poręcz biegnąca wzdłuż wewnętrznej ściany budowli. Blada poświata rozświetlająca górę schodów zapowiadała obecność małego okienka, które jednak teraz było poza zasięgiem naszego wzroku.
- Jest stromo i ślisko! - powiedziałem. - Czy ciocie są pewne, że chcą tam włazić?
- My tylko kawałek! - zaśmiała się Stasia. - Na samą górę to musiałoby nas osobiście licho zanieść!
- To może... do wpisu? - zaproponowała Sonia.
Ciotki spojrzały na siebie nawzajem i od razu było widać, że doskonale wiedzą, o jaki wpis chodzi.
- Tak - odrzekła po chwili Józia. - Właśnie... do wpisu.
Najtrudniej było wchodzić cioci Uli. Zostawiła przy wejściu swój sękaty badyl, a w zamian wzięła mnie pod rękę i dreptaliśmy tak schodek po schodku. Nasze dyszenie zwielokrotniło się w tym wąskim, wysokim wnętrzu. Przed nami wspinały się Sonia, ciocia Stasia i Józia i szczerze mówiąc balem się, że któraś z nich potknie się lub poślizgnie. Wtedy spadłyby na nas i wszyscy zamienilibyśmy się w wielką, wrzeszczącą, oplecioną pajęczynami kulę nieszczęścia. Wolałem sobie tego nawet nie wyobrażać.
- Jest! - usłyszałem nagle szept cioci Stasi. - Jest tutaj!
Ciotki stłoczyły się przy kawałku ściany oświetlonym latarką trzymaną przez Sonię.
- "Tu były Stasia, Józia, Ula... - odczytały niemal chórem. - Pierwsza nieładna, druga szkaradna, trzecia brzydula. 15 czerwca 1947".
- Czym myśmy to wydrapały? - zastanowiła się Stasia. - Chyba gwoździem?
- A może nożykiem? - podchwyciła Ul. - Nie pamiętam...
- O gwoździku czy nożyku się zapomina, ale nie o młodości... - westchnęła Stasia. - Szczególnie takiej! Dzieciaki, dajcie no coś ostrego. Tylko migiem!
- Chyba nie chcą ciocie... zrobić tu kolejnego napisu! - zgorszyła się Sonia.
- A i owszem, chcemy! - ucięła dyskusję ciocia Józia. - Na wieczną rzeczy pamiątkę!
W pośpiechu przeszukałem kieszenie. Jak na złość nie było tam akurat niczego, co posiadałoby ostrze, szpikulec lub choćby twardy kant.
- Mam! - zawołała nagle ciocia Józia. - Może to się nada? - dodała, wysuwając ze swego wysoko upiętego, siwego koka masywną, metalową szpilę.
Kolejne wakacje w nieciekawym miejscu i towarzystwie. Do cioci Stasi przyjeżdża jedenastoletni Emil i kuzynka Sonia, za którą chłopiec nie przepada. Latorośle nie stronią od uszczypliwości i utarczek. Z czasem dochodzą do wniosku, że postawieni są w sytuacji, z którą muszą sobie poradzić, a kłótnie są dobre na pierwszy dzień. Zapowiada się nuda.
Któregoś dnia Sonia i Emil odnajdują wieżę z 1935 r. Jest zaniedbana i opuszczona, ale budzi ciekawość i zaprasza do myszkowania. Odsłania przeszłość, pokazuje rąbek historii ludzi i miejsc. Niezwykle cennym wydaje się odkrycie, że ci starsi, trochę dziwaczni, często niedołężni ludzie mają swoją młodość, a w niej niezwykłe pasje i radości.
Przyjemna lektura, warto sięgnąć.
niedziela, 18 stycznia 2015
"Siedem sowich piór" Katarzyna Ryrych
Katarzyna Ryrych
Siedem sowich piór
Pamiętnik mojej choroby
Wydawnictwo Cartalia Press
Następnego dnia rado obudziło mnie gwizdanie. To mogło oznaczać tylko jedno - że Siostra Pączek ma wolne, a zastępuje ją TDF.
TDF naprawdę miał na imię Marek, a przezwisko Tyczka Do Fasoli wymyślił Yul, bo Marek był chudy i wysoki., a najśmieszniejsze było to, że jeździł maluchem, i kiedy do niego wsiadał, połowa szpitala - przynajmniej ta polowa, która mogła poruszać się swobodnie, rzucała się do okien. Każdy chciał zobaczyć, jak TDF dosłownie składa się na pół i odjeżdża z kolanami pod brodą.
Oczywiście sam TDF nie wiedział, co naprawdę oznaczało jego przezwisko.
Prawdopodobnie Yul powiedział mu, ze to skrót od Taki Długi Facet i TDF to kupił. Ale wszyscy i tak wiedzieli, o co chodzi.
TDF odrabiał służbę wojskową w szpitalu, bo nie miał ochoty czołgać się na czyjąś komendę, a na dodatek skończył... weterynarię i w przyszłości miał zostać lekarzem, tyle że od zwierząt.
Na drugi dzień po tym, jak dowiedzieliśmy się, kim chce zostać, Artek zabeczał na powitanie jak owca.
Ale TDF wcale się nie obraził. W ogóle był spokojny i nawet wynoszenie i opróżnianie basenów mu nie przeszkadzało. A kiedyś, kiedy ukradkiem zjadłem całą tabliczkę czekolady i zwymiotowałem na łóżko, TDF najspokojniej w świecie przyniósł wiaderko, ściereczkę i wszystko posprzątał.
- Malinowa - powiedział, puszczając do mnie oko, a ja, cały czerwony ze wstydu, pokiwałem głową.
Pomyślałem sobie, że gdyby wszyscy dorośli byli tacy, jak TDF, to na pewno nam, dzieciom z oddziału, byłoby lżej. Potrafił wytłumaczyć wszystko tak jak mój Dziadek, że robiło się jasne i proste, a wiadomo, że kiedy coś jest jasne i proste, to naprawdę nie ma się czego bać.
Odpowiadał nawet na najgłupsze pytania i chyba podkochiwał się w Siostrze Pączek, bo często brał za nią sobotnie dyżury.
To książka, którą się czuje. Jest niezwykła. Autorka w swojej publikaccji porusza najtrudniejsze sprawy. Umie o nich pisać, oswajać, troskliwie się nimi zajmować.
Wojtek trafił na oddział, na którym prawie nikt nie miał włosów. Dołączył do rówieśników po tym, jak okazało się, że na jego kolanie pojawił się guz. Chłopiec miał za sobą rozstanie z ukochanym Dziadkiem i psem Miśkiem.
Na oddziale toczy się bogate życie. Z pozoru monotonne, zewnętrznie może mało atrakcyjne, ale wewnętrznie ciekawe, pełne fantazji, cudów. Stąd też tytuł książki - siedem sowich piór, to siedem czarownych wydarzeń przeżytych w bliskości z Dziadkiem. Można wtulić się w sowie pióra i polecieć tam, gdzie dzieją się ważne sprawy. Piękne postaci Brodacza, Siostry Pączek, TDF-a, Rumpla.
Książka ciekawie wydana (w formie dziecięcego pamiętnika) z intrygującymi ilustracjami.
Siedem sowich piór
Pamiętnik mojej choroby
Wydawnictwo Cartalia Press
Następnego dnia rado obudziło mnie gwizdanie. To mogło oznaczać tylko jedno - że Siostra Pączek ma wolne, a zastępuje ją TDF.
TDF naprawdę miał na imię Marek, a przezwisko Tyczka Do Fasoli wymyślił Yul, bo Marek był chudy i wysoki., a najśmieszniejsze było to, że jeździł maluchem, i kiedy do niego wsiadał, połowa szpitala - przynajmniej ta polowa, która mogła poruszać się swobodnie, rzucała się do okien. Każdy chciał zobaczyć, jak TDF dosłownie składa się na pół i odjeżdża z kolanami pod brodą.
Oczywiście sam TDF nie wiedział, co naprawdę oznaczało jego przezwisko.
Prawdopodobnie Yul powiedział mu, ze to skrót od Taki Długi Facet i TDF to kupił. Ale wszyscy i tak wiedzieli, o co chodzi.
TDF odrabiał służbę wojskową w szpitalu, bo nie miał ochoty czołgać się na czyjąś komendę, a na dodatek skończył... weterynarię i w przyszłości miał zostać lekarzem, tyle że od zwierząt.
Na drugi dzień po tym, jak dowiedzieliśmy się, kim chce zostać, Artek zabeczał na powitanie jak owca.
Ale TDF wcale się nie obraził. W ogóle był spokojny i nawet wynoszenie i opróżnianie basenów mu nie przeszkadzało. A kiedyś, kiedy ukradkiem zjadłem całą tabliczkę czekolady i zwymiotowałem na łóżko, TDF najspokojniej w świecie przyniósł wiaderko, ściereczkę i wszystko posprzątał.
- Malinowa - powiedział, puszczając do mnie oko, a ja, cały czerwony ze wstydu, pokiwałem głową.
Pomyślałem sobie, że gdyby wszyscy dorośli byli tacy, jak TDF, to na pewno nam, dzieciom z oddziału, byłoby lżej. Potrafił wytłumaczyć wszystko tak jak mój Dziadek, że robiło się jasne i proste, a wiadomo, że kiedy coś jest jasne i proste, to naprawdę nie ma się czego bać.
Odpowiadał nawet na najgłupsze pytania i chyba podkochiwał się w Siostrze Pączek, bo często brał za nią sobotnie dyżury.
To książka, którą się czuje. Jest niezwykła. Autorka w swojej publikaccji porusza najtrudniejsze sprawy. Umie o nich pisać, oswajać, troskliwie się nimi zajmować.
Wojtek trafił na oddział, na którym prawie nikt nie miał włosów. Dołączył do rówieśników po tym, jak okazało się, że na jego kolanie pojawił się guz. Chłopiec miał za sobą rozstanie z ukochanym Dziadkiem i psem Miśkiem.
Na oddziale toczy się bogate życie. Z pozoru monotonne, zewnętrznie może mało atrakcyjne, ale wewnętrznie ciekawe, pełne fantazji, cudów. Stąd też tytuł książki - siedem sowich piór, to siedem czarownych wydarzeń przeżytych w bliskości z Dziadkiem. Można wtulić się w sowie pióra i polecieć tam, gdzie dzieją się ważne sprawy. Piękne postaci Brodacza, Siostry Pączek, TDF-a, Rumpla.
Książka ciekawie wydana (w formie dziecięcego pamiętnika) z intrygującymi ilustracjami.
poniedziałek, 12 stycznia 2015
Włodzimierz Fijałkowski, Roksana Jędrzejewska-Wróbel "Oto jestem"
Oto jestem, ilustrowana opowieść o pierwszych miesiącach życia
Mieszkam w dużym mieście i jestem lekarzem położnikiem.To znaczy, że opiekuję się dziećmi, kiedy przebywają jeszcze w brzuchach swoich mam, i pomagam im bezpiecznie się urodzić. Tego letniego wieczoru, kiedy dzień chylił się właśnie ku zachodowi, siedziałem przy biurku w swoim pokoju i przygotowywałem się do ważnej konferencji. Przede mną leżały jak zwykle stosy grubych książek i zeszytów. Wśród nich duża, kolorowa fotografia małego Wojtusia - 10-tygodniowego chłopczyka w łonie swojej mamy.
Mały Wojtuś to bardzo ważna osoba w moim życiu. Ten malutki chłopczyk, sfotografowany specjalną kamerą na długo przed swoim urodzeniem, przypomina mi zawsze o tych, którzy są w mojej pracy najważniejsi. A najważniejsze są przecież te wszystkie, podobne do niego maleńkie dzieci i ich mamy, które tak bardzo potrzebują mojej troski. Jednak dorosłym zdarza się czasem zapomnieć o tym, co najważniejsze, zwłaszcza kiedy są ciągle zajęci, czytają mnóstwo grubych książek i chcą być ciągle mądrzejsi i mądrzejsi... Dlatego własnie oprawiłem zdjęcie Wojtusia w ramki i postawiłem na biurku już dawno temu. Przez te wszystkie lata przyzwyczaiłem się do jego milczącej obecności. Ja pracowałem, a on drzemał, nieświadomy nawet, jak wielką przysługę mi wyświadcza. Ilekroć podnosiłem głowę znad notatek, spoglądałem na uśpionego malucha. Tego wieczoru zanim jeszcze zapadł zmrok, także na niego zerknąłem.
W tym momencie smuga zachodzącego słońca rozjaśniła zdjęcie Wojtusia, a on sam otworzył oczy i powiedział:
- Znamy się już tak długo. czy możemy porozmawiać?
- Zaniemówiłem ze zdumienia i lekko uszczypnąłem się w ramię. Jednak to nie był sen. ramię zabolało, a mały Wojtek nadal wpatrywał się we mnie pogodnie. Nawet leciutko się uśmiechnął, jakby rozbawiony moim zaskoczeniem.
- Co? Dziwisz się, że mówię? Nie do wszystkich się odzywam. Słyszą mnie tylko ci, którzy chcą słuchać. A poza tym wydaje mi się, że my dwaj jesteśmy do siebie podobni - kontynuował nie zrażony moim milczeniem. Roześmiałem się:
- Podobni? Przecież ty masz dopiero 10 tygodni, a jestem dziadkiem. moje wnuki chodzą już do szkoły!
- Wiek nie ma tu nic do rzeczy. Chodzi mi o to, jak spędzamy czas. Obserwuję cię i widzę, że ciągle ćwiczysz umysł i ciało. To zupełnie jak ja . Chociaż dużo pracujesz umiesz wypoczywać. Lubisz wodę i jesteś świetnym pływakiem. No to już zupełnie tak samo jak ja! a podczas pracy jesteś tak wesoły, jakbyś się bawił. Zajmując się ciągle tym samym, zawsze robisz to w nowy sposób. Czy nie wiesz, że tak własnie zachowują się dzieci? Nawet zanim się urodzą!
- Zadziwia mnie twoja spostrzegawczość - powiedziałem i pomyślałem sobie, że ten Wojtuś jest doprawdy zdumiewający.
- A ja się cieszę, ze chociaż jesteś już tak bardzo dorosły, nie zapomniałeś o tym, czego się nauczyłeś , kiedy byleś w moim wieku.
- No, to akurat nie było takie trudne. Już dawno zrozumiałem, że człowiek zachowuje się najbardziej sensownie w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy swego życia.
- Wiem o tym i dlatego byłem pewny, ze mnie wysłuchasz - tu Wojtek uśmiechnął się łobuzersko. Ale już za chwile zmarszczył czoło i posmutniał.
- Szkoda, że większość dorosłych bardzo szybko zapomina, ze sami byli kiedyś tacy mali.Wielu z nich nawet nie wierzy, ze ja naprawdę żyję. Mówią o mnie embrion albo płód, a ja jestem po prostu dzieckiem. Tylko, że jeszcze nie urodzonym.
Zrobiło mi się przykro, jak zawsze, kiedy musiałem tłumaczyć maluchom, jak bardzo ich dziecięcy świat rożni się od świata ludzi dorosłych. Sam bylem przecież jednym z nich.
- Widzisz, Wojtusiu, różnica między dziećmi a dorosłymi polega miedzy innymi na tym, że dorośli potrafią o czymś wiedzieć, a jednak w to nie wierzyć - powiedziałem.
- To bardzo dziwne - rzekł i znowu się zamyślił. ale już po chwili uśmiech rozjaśnił jego malutka buzię, a w oczach pojawiły się wesołe ogniki.
- A gdyby tak opowiedzieć o mnie dzieciom? - zawołał z nadzieją w glosie.
Przepiękna książka o życiu i miłości. Napisana z troską, szacunkiem, czułością i szczególną dbałością o młodego czytelnika.
Zuzia dowiaduje się, że będzie miała rodzeństwo. Razem z nią tydzień po tygodniu śledzimy, w jak niezwykły sposób rozwija się Wojtek. Książka ma 39 rozdziałów. 38 z nich traktuje o każdym z tygodni życia płodowego, ostatni o narodzinach. Narratorem jest maleńkie dziecko, które opowiada swoją historię.
Największym atutem jest wskazanie na miłość, na więź i pochodzący stąd cud życia. W tej książce wszystko dzieje się w relacji. Piękny język to staranie pani Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel.
Profesor Fijałkowski nie żyje już kilkanaście lat. Medycyna niewątpliwie się rozwinęła, ale czy myślenie o poczętym dziecku też?
Włodzimierz Fijałkowski, Roksana Jędrzejewska-Wróbel
Oto jestem
Wydawnictwo GWO, Wydawnictwo Makmed
Mieszkam w dużym mieście i jestem lekarzem położnikiem.To znaczy, że opiekuję się dziećmi, kiedy przebywają jeszcze w brzuchach swoich mam, i pomagam im bezpiecznie się urodzić. Tego letniego wieczoru, kiedy dzień chylił się właśnie ku zachodowi, siedziałem przy biurku w swoim pokoju i przygotowywałem się do ważnej konferencji. Przede mną leżały jak zwykle stosy grubych książek i zeszytów. Wśród nich duża, kolorowa fotografia małego Wojtusia - 10-tygodniowego chłopczyka w łonie swojej mamy.
Mały Wojtuś to bardzo ważna osoba w moim życiu. Ten malutki chłopczyk, sfotografowany specjalną kamerą na długo przed swoim urodzeniem, przypomina mi zawsze o tych, którzy są w mojej pracy najważniejsi. A najważniejsze są przecież te wszystkie, podobne do niego maleńkie dzieci i ich mamy, które tak bardzo potrzebują mojej troski. Jednak dorosłym zdarza się czasem zapomnieć o tym, co najważniejsze, zwłaszcza kiedy są ciągle zajęci, czytają mnóstwo grubych książek i chcą być ciągle mądrzejsi i mądrzejsi... Dlatego własnie oprawiłem zdjęcie Wojtusia w ramki i postawiłem na biurku już dawno temu. Przez te wszystkie lata przyzwyczaiłem się do jego milczącej obecności. Ja pracowałem, a on drzemał, nieświadomy nawet, jak wielką przysługę mi wyświadcza. Ilekroć podnosiłem głowę znad notatek, spoglądałem na uśpionego malucha. Tego wieczoru zanim jeszcze zapadł zmrok, także na niego zerknąłem.
W tym momencie smuga zachodzącego słońca rozjaśniła zdjęcie Wojtusia, a on sam otworzył oczy i powiedział:
- Znamy się już tak długo. czy możemy porozmawiać?
- Zaniemówiłem ze zdumienia i lekko uszczypnąłem się w ramię. Jednak to nie był sen. ramię zabolało, a mały Wojtek nadal wpatrywał się we mnie pogodnie. Nawet leciutko się uśmiechnął, jakby rozbawiony moim zaskoczeniem.
- Co? Dziwisz się, że mówię? Nie do wszystkich się odzywam. Słyszą mnie tylko ci, którzy chcą słuchać. A poza tym wydaje mi się, że my dwaj jesteśmy do siebie podobni - kontynuował nie zrażony moim milczeniem. Roześmiałem się:
- Podobni? Przecież ty masz dopiero 10 tygodni, a jestem dziadkiem. moje wnuki chodzą już do szkoły!
- Wiek nie ma tu nic do rzeczy. Chodzi mi o to, jak spędzamy czas. Obserwuję cię i widzę, że ciągle ćwiczysz umysł i ciało. To zupełnie jak ja . Chociaż dużo pracujesz umiesz wypoczywać. Lubisz wodę i jesteś świetnym pływakiem. No to już zupełnie tak samo jak ja! a podczas pracy jesteś tak wesoły, jakbyś się bawił. Zajmując się ciągle tym samym, zawsze robisz to w nowy sposób. Czy nie wiesz, że tak własnie zachowują się dzieci? Nawet zanim się urodzą!
- Zadziwia mnie twoja spostrzegawczość - powiedziałem i pomyślałem sobie, że ten Wojtuś jest doprawdy zdumiewający.
- A ja się cieszę, ze chociaż jesteś już tak bardzo dorosły, nie zapomniałeś o tym, czego się nauczyłeś , kiedy byleś w moim wieku.
- No, to akurat nie było takie trudne. Już dawno zrozumiałem, że człowiek zachowuje się najbardziej sensownie w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy swego życia.
- Wiem o tym i dlatego byłem pewny, ze mnie wysłuchasz - tu Wojtek uśmiechnął się łobuzersko. Ale już za chwile zmarszczył czoło i posmutniał.
- Szkoda, że większość dorosłych bardzo szybko zapomina, ze sami byli kiedyś tacy mali.Wielu z nich nawet nie wierzy, ze ja naprawdę żyję. Mówią o mnie embrion albo płód, a ja jestem po prostu dzieckiem. Tylko, że jeszcze nie urodzonym.
Zrobiło mi się przykro, jak zawsze, kiedy musiałem tłumaczyć maluchom, jak bardzo ich dziecięcy świat rożni się od świata ludzi dorosłych. Sam bylem przecież jednym z nich.
- Widzisz, Wojtusiu, różnica między dziećmi a dorosłymi polega miedzy innymi na tym, że dorośli potrafią o czymś wiedzieć, a jednak w to nie wierzyć - powiedziałem.
- To bardzo dziwne - rzekł i znowu się zamyślił. ale już po chwili uśmiech rozjaśnił jego malutka buzię, a w oczach pojawiły się wesołe ogniki.
- A gdyby tak opowiedzieć o mnie dzieciom? - zawołał z nadzieją w glosie.
Przepiękna książka o życiu i miłości. Napisana z troską, szacunkiem, czułością i szczególną dbałością o młodego czytelnika.
Zuzia dowiaduje się, że będzie miała rodzeństwo. Razem z nią tydzień po tygodniu śledzimy, w jak niezwykły sposób rozwija się Wojtek. Książka ma 39 rozdziałów. 38 z nich traktuje o każdym z tygodni życia płodowego, ostatni o narodzinach. Narratorem jest maleńkie dziecko, które opowiada swoją historię.
Największym atutem jest wskazanie na miłość, na więź i pochodzący stąd cud życia. W tej książce wszystko dzieje się w relacji. Piękny język to staranie pani Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel.
Profesor Fijałkowski nie żyje już kilkanaście lat. Medycyna niewątpliwie się rozwinęła, ale czy myślenie o poczętym dziecku też?
Włodzimierz Fijałkowski, Roksana Jędrzejewska-Wróbel
Oto jestem
Wydawnictwo GWO, Wydawnictwo Makmed
niedziela, 11 stycznia 2015
Krystyna Drzewiecka "Piątka z Zakątka znowu w akcji"
Krystyna Drzewiecka
Piątka z Zakątka znowu w akcji
Wydawnictwo JustLuk
Stało się coś okropnego!
Lekarka na corocznym badaniu w szkole stwierdziła, że powinienem koniecznie nosić okulary. Wyobrażacie to sobie?! Okulary!!!
Jak ja będę grał w piłkę? Jeździł na rowerze, nie mówiąc już o koniu. Czy widział ktoś Ułana w okularach? Tragedia.
Powiedziałem mamie, że absolutnie nie zgadzam się na żadne okulary, że w szkole będą się ze mnie wyśmiewać i przezywać "okularnik".Żadna dziewczyna na mnie nie spojrzy.
Nie, za żadne skarby, nie i jeszcze raz nie! Aż się rozbeczałem ze zdenerwowania. Mama zaczęła mnie pocieszać, że to wcale nie jest takie straszne, a wkrótce przyłączył się do niej mój brat.
- Młody, ja też noszę cyngle i korona mi z głowy nie spadła.
- Po pierwsze, nie masz korony, to nie miał ci jak spaść, po drugie, jesteś już stary...
- Wielkie dzięki, braciszku.
- Po trzecie - ciągnąłem, nie zwracając uwagi na jego ironiczny ton - masz już dziewczynę i ona już się przyzwyczaiła do twoich okularów.
- Zobacz, ilu sławnych ludzi nosi okulary - tłumaczył mi Michał.
- Ale oni są już starzy.
- Przyczepiłeś się do tej starości jak rzep do psiego ogona - zezłościł się.
Byłem zły i obrażony na cały świat. Mój opór nie zdawał się jednak na nic, z mamą nie ma żartów. Jak coś postanowi, to nie ma przeproś, jak mówi tata.
Na drugi dzień po szkole poszliśmy do sklepu z okularami i zaczęło się przymierzanie tysiąca oprawek. Mama i sprzedawczyni wybierały i wybierały i ciągle kazały mi przymierzać nowe. Mnie i tak się żadna nie podobała.
Wreszcie znalazły taką, w której jest mi bardzo do twarzy, jak stwierdziły. A do czego niby miałoby być? Do nogi? Mama kopiła również specjalne pudełko, żeby się okulary nie stłukły.
Potem poszliśmy do okulisty, takiego lekarza od oczu, który miał napisać jakich szkieł potrzebuję. Powiedziałem mu, że żadnych. Roześmiał się i stwierdził, że to normalne, że nie chcę nosić okularów, i żebym się nie przejmował, bo za dwa, trzy lata będę mógł nosić szkła kontaktowe. Kiedy się zainteresowałem, co to takiego, pokazał mi maleńkie, prawie niewidoczne opłatki, które się wkłada do oka i one zastępują okulary. I absolutnie ich nie widać. Fantastyczny wynalazek! Ale dlaczego muszę tyle czekać? Okazało się, że coś mi tam jeszcze rośnie i na razie jest za wcześnie na szkła. Ale i tak trochę mnie pocieszył, że nie będę tego paskudztwa nosił do końca życia.
Po kilku dniach mama odebrała okulary i przyniosła do domu. Kazała mi przymierzyć. Rozkaz to rozkaz. Przymierzyłem i wiecie co? Świat stał się jakiś wyraźniejszy. Film w telewizji mogłem oglądać z kanapy, a nie jak ostatnio, kiedy musiałem przysuwać fotel prawie do samego ekranu. Stwierdziłem, że w domu mogę nosić okulary, ale za nic nie pójdę w nich do szkoły. Przez kilka dni z uporem odmawiałem wzięcia okularów do szkoły. Pewnego dnia przyszła do mnie Magda, akurat siedziałem przy komputerze w okularach i zupełnie o nich zapomniałem. Magda spojrzała na mnie i powiedziała, że świetnie wyglądam, jakoś tak mądrzej i doroślej. W jej głosie zabrzmiała leciutka nutka podziwu.
Na drugi dzień powiedziałem mamie, że jeśli już jej tak bardzo zależy, żebym chodził do szkoły w okularach, to łaskawie mogę zrobić jej tę przyjemność.
Z prawdziwą przyjemnością przeczytałam tę ciepłą, humorystyczną książkę. Kiedyś pisałam o pozostałych, więc naturalną koleją wydawało mi się sięgnięcie po ten tomik. Krzyś zdał do piątej klasy. Spędza wakacje z przyjaciółmi i Bobikiem na wsi. Zwyczajna codzienność dzięki dziecięcej perspektywie nabiera kolorów i staje się niezwykle barwna.
Potem przychodzi szkoła i nowe, często niełatwe doświadczenia - pierwsze wagary, bolesna lekcja tolerancji, zmiany, na które nie jest się gotowym. Okazuje się, że świat wokół, choć niezwykle ciekawy i piękny, bywa też trudny, a własne doświadczenia bywają cennymi lekcjami.
Momentami przeszkadzał mi język książki, sprawiał wrażenie na siłę dostosowanego do dziecięcej narracji.
Zapraszam do lektury, szczególnie tych, którzy myślą o sobie, że są nieco sentymentalni.
Piątka z Zakątka znowu w akcji
Wydawnictwo JustLuk
Stało się coś okropnego!
Lekarka na corocznym badaniu w szkole stwierdziła, że powinienem koniecznie nosić okulary. Wyobrażacie to sobie?! Okulary!!!
Jak ja będę grał w piłkę? Jeździł na rowerze, nie mówiąc już o koniu. Czy widział ktoś Ułana w okularach? Tragedia.
Powiedziałem mamie, że absolutnie nie zgadzam się na żadne okulary, że w szkole będą się ze mnie wyśmiewać i przezywać "okularnik".Żadna dziewczyna na mnie nie spojrzy.
Nie, za żadne skarby, nie i jeszcze raz nie! Aż się rozbeczałem ze zdenerwowania. Mama zaczęła mnie pocieszać, że to wcale nie jest takie straszne, a wkrótce przyłączył się do niej mój brat.
- Młody, ja też noszę cyngle i korona mi z głowy nie spadła.
- Po pierwsze, nie masz korony, to nie miał ci jak spaść, po drugie, jesteś już stary...
- Wielkie dzięki, braciszku.
- Po trzecie - ciągnąłem, nie zwracając uwagi na jego ironiczny ton - masz już dziewczynę i ona już się przyzwyczaiła do twoich okularów.
- Zobacz, ilu sławnych ludzi nosi okulary - tłumaczył mi Michał.
- Ale oni są już starzy.
- Przyczepiłeś się do tej starości jak rzep do psiego ogona - zezłościł się.
Byłem zły i obrażony na cały świat. Mój opór nie zdawał się jednak na nic, z mamą nie ma żartów. Jak coś postanowi, to nie ma przeproś, jak mówi tata.
Na drugi dzień po szkole poszliśmy do sklepu z okularami i zaczęło się przymierzanie tysiąca oprawek. Mama i sprzedawczyni wybierały i wybierały i ciągle kazały mi przymierzać nowe. Mnie i tak się żadna nie podobała.
Wreszcie znalazły taką, w której jest mi bardzo do twarzy, jak stwierdziły. A do czego niby miałoby być? Do nogi? Mama kopiła również specjalne pudełko, żeby się okulary nie stłukły.
Potem poszliśmy do okulisty, takiego lekarza od oczu, który miał napisać jakich szkieł potrzebuję. Powiedziałem mu, że żadnych. Roześmiał się i stwierdził, że to normalne, że nie chcę nosić okularów, i żebym się nie przejmował, bo za dwa, trzy lata będę mógł nosić szkła kontaktowe. Kiedy się zainteresowałem, co to takiego, pokazał mi maleńkie, prawie niewidoczne opłatki, które się wkłada do oka i one zastępują okulary. I absolutnie ich nie widać. Fantastyczny wynalazek! Ale dlaczego muszę tyle czekać? Okazało się, że coś mi tam jeszcze rośnie i na razie jest za wcześnie na szkła. Ale i tak trochę mnie pocieszył, że nie będę tego paskudztwa nosił do końca życia.
Po kilku dniach mama odebrała okulary i przyniosła do domu. Kazała mi przymierzyć. Rozkaz to rozkaz. Przymierzyłem i wiecie co? Świat stał się jakiś wyraźniejszy. Film w telewizji mogłem oglądać z kanapy, a nie jak ostatnio, kiedy musiałem przysuwać fotel prawie do samego ekranu. Stwierdziłem, że w domu mogę nosić okulary, ale za nic nie pójdę w nich do szkoły. Przez kilka dni z uporem odmawiałem wzięcia okularów do szkoły. Pewnego dnia przyszła do mnie Magda, akurat siedziałem przy komputerze w okularach i zupełnie o nich zapomniałem. Magda spojrzała na mnie i powiedziała, że świetnie wyglądam, jakoś tak mądrzej i doroślej. W jej głosie zabrzmiała leciutka nutka podziwu.
Na drugi dzień powiedziałem mamie, że jeśli już jej tak bardzo zależy, żebym chodził do szkoły w okularach, to łaskawie mogę zrobić jej tę przyjemność.
Z prawdziwą przyjemnością przeczytałam tę ciepłą, humorystyczną książkę. Kiedyś pisałam o pozostałych, więc naturalną koleją wydawało mi się sięgnięcie po ten tomik. Krzyś zdał do piątej klasy. Spędza wakacje z przyjaciółmi i Bobikiem na wsi. Zwyczajna codzienność dzięki dziecięcej perspektywie nabiera kolorów i staje się niezwykle barwna.
Potem przychodzi szkoła i nowe, często niełatwe doświadczenia - pierwsze wagary, bolesna lekcja tolerancji, zmiany, na które nie jest się gotowym. Okazuje się, że świat wokół, choć niezwykle ciekawy i piękny, bywa też trudny, a własne doświadczenia bywają cennymi lekcjami.
Momentami przeszkadzał mi język książki, sprawiał wrażenie na siłę dostosowanego do dziecięcej narracji.
Zapraszam do lektury, szczególnie tych, którzy myślą o sobie, że są nieco sentymentalni.
piątek, 26 grudnia 2014
I.Desjardins "Wigilia Małgorzaty"
Małgorzata Goden cieszy się, że nie musi wyściubiać nosa z domu. Nie żeby nie lubiła świąt Bożego Narodzenia. Nie, nie, wręcz przeciwnie. Nawet przystroiła dom najpiękniej jak umiała. To było w zeszłym roku? Czy dwa lata temu? Sama już nie wie, bo pamięć płata jej figle.
Wcale nie jest tak, że wszyscy ją opuścili i trzeba się nad nią litować. ma dwoje dzieci i wnuki. Ale rodzinne święta ją męczą. Mimo to, co roku mówi sobie, że musi się zdobyć na mały winne, by dzieci nie czuły się winne, że świętują Boże Narodzenie bez niej. Zdają się nie dowierzać, gdy zapewnia, że nie ma nic przeciwko samotnej Wigilii.\
Stale im powtarza:
- Odpocznijcie! Bawcie się dobrze! nie martwcie się o mnie, a sobie przyjemnie spędzę wieczór. Nie kłamie. Cieszy ją świadomość, że mają udane życie.
Sama historia tchnie smutkiem i samotnością. Mam wrażanie, że autor próbuje mnie przekonać, że rzeczywistość wygląda tak, jak o niej mówi. Ja czuję inaczej. Starsza pani lat osiemdziesiąt kilka mieszka samotnie korzystając regularnie z usług fryzjera, pielęgniarki, sprzątaczki i młodego sąsiada. Wokół wszyscy umierają, dzieci i wnuki wiodą gdzieś szczęśliwe życie, a staruszka pozostaje w nieustannym lęku. Ten lęk paraliżuje ją tak bardzo, że nie jest w stanie wyjść poza próg własnego domu. W jej zalęknionym świecie pojawiają się w wigilijny wieczór niespodziewani goście, dzięki którym odkrywa, że tak bardzo bała się śmierci, że w końcu zaczęła bać się życia. Pojawia się mojej głowie wiele pytań, fantazji i niełatwych emocji związanych z książką. Być może to stanowi o jej wartości.
Najpiękniejsze w tej książce są ilustracje kanadyjskiego ilustratora Pascala Blanchet. Dzięki nim książka nabiera prawdziwego uroku. Ilustracje oszczędne, ascetyczne, trochę schematyczne. Całość pięknie, bardzo starannie wydana.
Zdecydowanie dla starszego dziecka. Urok książki doceni przede wszystkim dorosły czytelnik.
I.Desjardins
Wigilia Małgorzaty
Wydawnictwo Dwie Siostry
Wcale nie jest tak, że wszyscy ją opuścili i trzeba się nad nią litować. ma dwoje dzieci i wnuki. Ale rodzinne święta ją męczą. Mimo to, co roku mówi sobie, że musi się zdobyć na mały winne, by dzieci nie czuły się winne, że świętują Boże Narodzenie bez niej. Zdają się nie dowierzać, gdy zapewnia, że nie ma nic przeciwko samotnej Wigilii.\
Stale im powtarza:
- Odpocznijcie! Bawcie się dobrze! nie martwcie się o mnie, a sobie przyjemnie spędzę wieczór. Nie kłamie. Cieszy ją świadomość, że mają udane życie.
Sama historia tchnie smutkiem i samotnością. Mam wrażanie, że autor próbuje mnie przekonać, że rzeczywistość wygląda tak, jak o niej mówi. Ja czuję inaczej. Starsza pani lat osiemdziesiąt kilka mieszka samotnie korzystając regularnie z usług fryzjera, pielęgniarki, sprzątaczki i młodego sąsiada. Wokół wszyscy umierają, dzieci i wnuki wiodą gdzieś szczęśliwe życie, a staruszka pozostaje w nieustannym lęku. Ten lęk paraliżuje ją tak bardzo, że nie jest w stanie wyjść poza próg własnego domu. W jej zalęknionym świecie pojawiają się w wigilijny wieczór niespodziewani goście, dzięki którym odkrywa, że tak bardzo bała się śmierci, że w końcu zaczęła bać się życia. Pojawia się mojej głowie wiele pytań, fantazji i niełatwych emocji związanych z książką. Być może to stanowi o jej wartości.
Najpiękniejsze w tej książce są ilustracje kanadyjskiego ilustratora Pascala Blanchet. Dzięki nim książka nabiera prawdziwego uroku. Ilustracje oszczędne, ascetyczne, trochę schematyczne. Całość pięknie, bardzo starannie wydana.
Zdecydowanie dla starszego dziecka. Urok książki doceni przede wszystkim dorosły czytelnik.
Wigilia Małgorzaty
niedziela, 23 listopada 2014
Patrick Modiano, Jean-Jacques Sempe "Katarzynka"
Patrick Modiano, Jean-Jacques Sempe
Katarzynka
Wydawnictwo Czuły Barbarzyńca
Pewnej niedzieli jedliśmy właśnie śniadanie, gdy usłyszeliśmy dzwonek do drzwi magazynu. Pomogłam tacie podnieść żelazną roletę. Przed sklepem stała wielka ciężarówka z plandeką i napisami po hiszpańsku, a trzech ludzi zaczynało ją rozładowywać i ustawiać skrzynie na chodniku. Tata polecił im wnieść je do magazynu i zadzwonił do pensjonatu, w którym mieszkał pan Casterade. Trzej mężczyźni podali tacie pokwitowanie. On je podpisał, a ciężarówka odjechała przy akompaniamencie warkotu silnika.
Tata i pan Casterade otworzyli skrzynie. Zawierały one figurki tancerek. W niektórych skrzyniach figurki były potłuczone, wiec poukładaliśmy ich odłamki na pólkach w magazynie. Następnie tata pozamykał pozostałe skrzynie i zatelefonował. Rozmawiał w jakimś obcym języku. A gdy odłożył słuchawkę, pan Casterade powiedział mu:
- Niech pan uważa, Georges: pakuje się pan w niebezpieczną, ryzykowną przygodę... Pokwitowanie, jakie pan podpisał, nie będzie honorowane przez francuski urząd celny... Niech pan sobie przypomni te sprawę tysiąca par austriackich butów narciarskich, które posłał pan do odprawy celnej. Mało brakowało, a nieźle by się pan przejechał... Gdyby nie ja, rzadką miałby pan teraz minę za kratkami...
Ale mój tata zdjął okulary i milczał. Wieczorem jakaś inna ciężarówka przyjechała zabrać dostawę skrzyń z tancerkami. Zostały nam tylko uszkodzone figurki. Co wieczór tata i ja bawiliśmy się w sklejanie kawałków i ustawialiśmy figurki na półkach. A potem podziwialiśmy te rzędy tancerek.
- Moja Kasieńko - spytał mnie tata - czy i ty chciałabyś zostać tancerką? Jak mama?
Doskonale pamiętam swoją pierwszą szkołę baletową. Tata znalazł ją w naszej dzielnicy, przy ulicy de Maubeuge. Nauczycielka, Madame Galiana Dismajłowa, zwróciła się do mnie:
- Będziesz musiała tańczyć bez okularów.
Z początku zazdrościłam koleżankom, które nie nosiły okularów. Dla nich wszystko było proste. Lecz po namyśle doszłam do wniosku, że mam nad nimi pewną przewagę: mogłam żyć w dwóch różnych światach zależnie od tego, czy nosiłam okulary, cz też nie. A świat tańca nie był rzeczywistym życiem, lecz był to świat, w którym zamiast zwyczajnie chodzić tańczyło się albo wykonywało entrechats. Tak, świat z marzeń, taki nieostry i delikatny, jak ten, który widziałam bez okularów.
Po raz pierwszy zetknęłam się z książką w formie audio kilka miesięcy temu, kiedy umilałam nią sobie drogę do pracy. Wczoraj znalazłam ją na półce w Empiku. Uwiodły mnie ilustracje J.J. Sempe i klimat emocjonalny, który pamiętałam. Na książce widniała też jaskrawa opaska, informująca, że autor został tegorocznym laureatem literackiej Nagrody Nobla. Mam nadzieję, że nie będzie to dla Państwa jedyną motywacją do zapoznania się z lekturą, bo rzeczywiście jest pełną ciepła historią.
Katarzyna Certitude wspomina swoje dzieciństwo. Jest kilkuletnią dziewczynką, która mieszka z ojcem w Paryżu. Ojciec prowadzi firmę przewozowo-transportową, która oprócz tego, co nazwane, zajmuje się transportem, tego, czego autor nie mówi. Matka, tancerka, z jakiegoś powodu musiała wyemigrować do USA. Ojciec dba, by mimo trudności córka miała normalne dzieciństwo. I jest to dzieciństwo ocalone. Mnóstwo tu czułości i miłości ojcowskiej.
W książce gęsto od tajemnic i niedopowiedzeń. Jak pisze autor jakaś mglistość i łagodność... To się nazywa urokiem.
Przepięknie napisana.
Serdecznie polecam.
Katarzynka
Wydawnictwo Czuły Barbarzyńca
Pewnej niedzieli jedliśmy właśnie śniadanie, gdy usłyszeliśmy dzwonek do drzwi magazynu. Pomogłam tacie podnieść żelazną roletę. Przed sklepem stała wielka ciężarówka z plandeką i napisami po hiszpańsku, a trzech ludzi zaczynało ją rozładowywać i ustawiać skrzynie na chodniku. Tata polecił im wnieść je do magazynu i zadzwonił do pensjonatu, w którym mieszkał pan Casterade. Trzej mężczyźni podali tacie pokwitowanie. On je podpisał, a ciężarówka odjechała przy akompaniamencie warkotu silnika.
Tata i pan Casterade otworzyli skrzynie. Zawierały one figurki tancerek. W niektórych skrzyniach figurki były potłuczone, wiec poukładaliśmy ich odłamki na pólkach w magazynie. Następnie tata pozamykał pozostałe skrzynie i zatelefonował. Rozmawiał w jakimś obcym języku. A gdy odłożył słuchawkę, pan Casterade powiedział mu:
- Niech pan uważa, Georges: pakuje się pan w niebezpieczną, ryzykowną przygodę... Pokwitowanie, jakie pan podpisał, nie będzie honorowane przez francuski urząd celny... Niech pan sobie przypomni te sprawę tysiąca par austriackich butów narciarskich, które posłał pan do odprawy celnej. Mało brakowało, a nieźle by się pan przejechał... Gdyby nie ja, rzadką miałby pan teraz minę za kratkami...
Ale mój tata zdjął okulary i milczał. Wieczorem jakaś inna ciężarówka przyjechała zabrać dostawę skrzyń z tancerkami. Zostały nam tylko uszkodzone figurki. Co wieczór tata i ja bawiliśmy się w sklejanie kawałków i ustawialiśmy figurki na półkach. A potem podziwialiśmy te rzędy tancerek.
- Moja Kasieńko - spytał mnie tata - czy i ty chciałabyś zostać tancerką? Jak mama?
Doskonale pamiętam swoją pierwszą szkołę baletową. Tata znalazł ją w naszej dzielnicy, przy ulicy de Maubeuge. Nauczycielka, Madame Galiana Dismajłowa, zwróciła się do mnie:
- Będziesz musiała tańczyć bez okularów.
Z początku zazdrościłam koleżankom, które nie nosiły okularów. Dla nich wszystko było proste. Lecz po namyśle doszłam do wniosku, że mam nad nimi pewną przewagę: mogłam żyć w dwóch różnych światach zależnie od tego, czy nosiłam okulary, cz też nie. A świat tańca nie był rzeczywistym życiem, lecz był to świat, w którym zamiast zwyczajnie chodzić tańczyło się albo wykonywało entrechats. Tak, świat z marzeń, taki nieostry i delikatny, jak ten, który widziałam bez okularów.
Po raz pierwszy zetknęłam się z książką w formie audio kilka miesięcy temu, kiedy umilałam nią sobie drogę do pracy. Wczoraj znalazłam ją na półce w Empiku. Uwiodły mnie ilustracje J.J. Sempe i klimat emocjonalny, który pamiętałam. Na książce widniała też jaskrawa opaska, informująca, że autor został tegorocznym laureatem literackiej Nagrody Nobla. Mam nadzieję, że nie będzie to dla Państwa jedyną motywacją do zapoznania się z lekturą, bo rzeczywiście jest pełną ciepła historią.
Katarzyna Certitude wspomina swoje dzieciństwo. Jest kilkuletnią dziewczynką, która mieszka z ojcem w Paryżu. Ojciec prowadzi firmę przewozowo-transportową, która oprócz tego, co nazwane, zajmuje się transportem, tego, czego autor nie mówi. Matka, tancerka, z jakiegoś powodu musiała wyemigrować do USA. Ojciec dba, by mimo trudności córka miała normalne dzieciństwo. I jest to dzieciństwo ocalone. Mnóstwo tu czułości i miłości ojcowskiej.
W książce gęsto od tajemnic i niedopowiedzeń. Jak pisze autor jakaś mglistość i łagodność... To się nazywa urokiem.
Przepięknie napisana.
Serdecznie polecam.
niedziela, 17 sierpnia 2014
Małgorzta Strzałkowska "Rady nie od parady czyli wierszyki z morałem", "Raj na ziemi. Rady nie od parady II", "O wartościach. Rady nie od parady III"
Piegi
Krysia ma oczęta kocie,
nos garbaty, piegów krocie.
Koleżanki szepczą w kontach:
- Oj, ta Kryska to wygląda!
- Każda z nas by oszalała,
gdyby tez tak wyglądała!
Przez te szepty, tak to bywa,
Krysia niezbyt jest szczęśliwa.
Czasem woli zatkać uszy,
bo nielekko jej na duszy...
Aż raz w szkole ktoś umieścił
ogłoszenie takiej treści:
"Wielka gratka dla dziewczynek!!!
Pan reżyser kapucynek
szuka odtwórczyni roli
w świetnym filmie "Strąk fasoli"!
Wymagania: nos garbaty, buzia w piegi. Nic poza tym."
I już następnego rana
rzecz się stała niesłychana!
nosy Ali, Zosi, Ewki,
przedtem proste jak marchewki,
teraz są nie do poznania!
Nos zmieniła nawet Hania!
A do tego wszystkie mają
buzie jak indycze jajo!
Mruknął Krzysiek: - Zdaje mi się,
że tu widzę same Krysie...
Ale dziwna rzecz się stała -
żadna z nich nie oszalała...
Zawsze lepiej jest pomyśleć
zamiast chlapnąć coś bezmyślnie.
Znakomite książki.
Napisane wspaniałym językiem, misternie, mądrze, z poczuciem humoru. Mogą być wspaniałą lekturą wychowawczą w domu lub w szkole i zająć czas bez poczucia jego straty. Każda książka dedykowana jest innym zagadnieniom, a każdy wierszyk zakończony morałem zgodnym z przesłaniem tomu.
Mnie najbardziej podoba się tom drugi - "Raj na ziemi". Uczy poszanowania dla wszystkich istot żyjących, uwrażliwia na dbałość o środowisko naturalne, pokazuje, że wszelkie zmiany zaczynają się od siebie.
Bardzo, bardzo polecam.
Małgorzata Strzałkowska
Rady nie od parady
Ilustracje Marcin Bruchnalski
Wydawnictwo Czarna Owca
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















