sobota, 5 października 2013

Stefan Themerson "Przygody Pędrka Wyrzutka"

Pędrek wyrzutek był sobie Pędrkiem Wyrzutkiem, ludzie jednak myśleli, że w nim jest coś psiego, psy zaś były zdania, że w nim jest coś człowieczego.
I kiedy szedł drogą, która wiodła do miasta, z którego wyszedł, do miasta, do którego szedł, ludzie, jakich spotykał, przystawali i wołali za nim: "Pódź tu, Pędrek!"; i bardzo mu było nieprzyjemnie, bo niby co to za takie zaczepianie przez kogoś, kto się nawet nie raczył przedstawić.
A psy, jakie spotkał po drodze, która wiodła od miasta, z którego wyszedł, do miasta, do którego szedł, biegły ku niemu, machały ogonami i stawały na tylnych łapach, żebrząc. więc bardzo mu było nieprzyjemnie, bo nie miał nic, co by im mógł dać.
Ryby piły zaś, które wychylały ponad wodę swe zębate nosy, tam gdzie droga prowadziła wzdłuż brzegu morskiego, myślały, że w nim jest coś ze słownika, i dziwiły się, dlaczego nie śpiewa: "Fiu fiut!"
Aż wreszcie, kiedy pewien kot pomyślał, że w nim jest coś z ryby, i próbował go zjeść, Pędrek Wyrzutek bardzo się bardzo bardzo znienieniecierpliwił i pierwsze pytanie, jakie zadał, kiedy doszedł do miasta, do którego szedł, było:
 - Czy jest tu ktoś mądry w tym mieście?
- Najmądrzejszą osoba w mieście - odrzekli mu - jest stary wielbłąd, który wykłada na Uniwersytecie.
Więc Pędrek Wyrzutek poszedł do Uniwersytetu, wprost do gabinetu Wielbłąda, i rzekł:
- Dzień dobry Panu Profesorowi! Nazywam się Pędrek Wyrzutek.
- Dzien dobry! - odrzekł Wielbłąd. - Ach Aha Oho.
- Przepraszam bardzo, ale nie dosłyszałem - powiedział Pedrek Wyrzutek.
- Nazwiska są po to, żeby ja znać, a nie po to, żeby ja zrozumieć - odrzekł Wielbłąd. - Moje nazwisko jest Ach Aha Oho! Nie sadzi pan, że mi z nim do twarzy! Bardzo wygodne nazwisko. Można je wymówić na dwadzieścia siedem rożnych sposobów. "Ach" można wymówić ze zdziwieniem: "Ach?!" albo z radością "Ach!", albo z żalem: "Ach...!", "Aha" można wymówić, przytakując: "Aha..." albo tryumfalnie: "Aha!", albo kpiąco: "Aha!..."; a "Oho" można odchrząknąć, żeby zwrócić na coś uwagę: "Oho!..." albo żeby ostrzec przed czymś: "Oho!", albo filuternie "Oho...!"

27 SPOSOBÓW WYMÓWIENIA NAZWISKA ACH AHA OCH

1. Ach?! ze zdziwieniem Aha... przytakując Oho!... odchrząkując
2. Ach?! ze zdziwieniem Aha... przytakując Oho! ostrzegawczo
3. Ach?! ze zdziwieniem Aha... przytakując Oho...! filuternie
4. Ach?! ze zdziwieniem Aha! Tryumfalnie Oho!... odchrząkując
5. Ach?! ze zdziwieniem Aha! Tryumfalnie Oho! ostrzegawczo
6. Ach?! ze zdziwieniem Aha! Tryumfalnie Oho...! filuternie 
7. Ach?! ze zdziwieniem Aha!... kpiąco Oho!... odchrząkując
8. Ach?! ze zdziwieniem Aha!... kpiąco Oho! ostrzegawczo
9. Ach?! ze zdziwieniem Aha!... kpiąco Oho...! filuternie
10. Ach! z radością Aha... przytakując Oho!... odchrząkując
11. Ach! z radością Aha... przytakując Oho! ostrzegawczo
12. Ach! z radością Aha... przytakując Oho...! filuternie
13. Ach! z radością Aha! Tryumfalnie Oho!... odchrząkując
14. Ach! z radością Aha! Tryumfalnie Oho! ostrzegawczo
15. Ach! z radością Aha! Tryumfalnie Oho...! filuternie
16. Ach! z radością Aha!... kpiąco Oho!... odchrząkując
17. Ach! z radością Aha!... kpiąco Oho! ostrzegawczo
18. Ach! z radością Aha!... kpiąco Oho...! filuternie 
19. Ach...! z żalem Aha... przytakując Oho!... odchrząkując
20. Ach...! z żalem Aha... przytakując Oho! ostrzegawczo
21. Ach...! z żalem Aha... przytakując Oho...! filuternie
22. Ach...! z żalem Aha! Tryumfalnie Oho!... odchrząkując
23. Ach...! z żalem Aha! Tryumfalnie Oho! ostrzegawczo
24. Ach...! z żalem Aha! Tryumfalnie Oho...! filuternie
25. Ach...! z żalem Aha!... kpiąco Oho!... odchrząkując
26. Ach...! z żalem Aha!... kpiąco Oho! ostrzegawczo
27. Ach...! z żalem Aha!... kpiąco Oho...! filuternie        

- Jest jedna rzecz, której nie wiem...- rzekł Pedrek Wyrzutek, ale profesor Wielbłąd przerwał mu w połowie zdania.(...)
 - Ja chciałem Pana Profesora zapytać, kto ja jestem – powiedział Pędrek Wyrzutek.
- Ach! – żachnął się Wielbłąd. – To wcale nie jest pytanie. To jest Oznajmienie, a nie Pytanie. Jeżeli chcesz wiedzieć, kto jesteś, powinieneś spytać wprost: „Kto ja jestem?”
- Kto Pan Profesor jest? – zdziwił się Pędrek Wyrzutek.
- Ja jestem Ach Aha Oho, Wielbłąd i Profesor. Ja jestem Cały Świat minus Cały-Świat-oprócz-mnie. Oto co jestem! – odrzekł Wielbłąd szybko.
- Ale kto ja jestem? – zapytał Pędrek Wyrzutek.
- Ty jesteś Pędrek Wyrzutek. Ty jesteś Cały Świat minus Cały-Świat-oprócz-ciebie. Oto co jesteś! – rzekł Wielbłąd. I dodał: – Dziwne, że sam tego nie wiesz.


Trafiłam na tę książkę przypadkiem przy okazji zakupu książek psychologicznych. Zaintrygował mnie tytuł. I tak stałam się posiadaczką dość niezwyklej pozycji w mojej biblioteczce. Książka przywodzi mi na myśl Małego Księcia, choć wydaje się nieco trudniejsza.
Główny bohater wyrusza w podroż, by znaleźć odpowiedź na pytanie "Kim jestem?". Pędrek jest bowiem hybrydą człowieka, psa, ryby i słowika. Gdziekolwiek się nie pojawi jest wyrzutkiem. Poczucie inności dotyka go boleśnie. Pędrek przechodzi z rozdziału do rozdziału spotykając rożne postaci, ale żadna z nich nie przynosi odpowiedzi na  nurtujące go pytanie.
To powiastka filozoficzna w baśniowym klimacie, ciekawie napisana, bez jednoznacznych odpowiedzi. Jej niezwykłość polega na tym, że jest wielowarstwowa - dzieci znajdą tu klimaty rodem z baśni i świata fantastyki, dorośli mogą korzystać z bogactwa metafor i tematów do refleksji.
Ciekawe ilustracje żony autora. Bardzo ładne wydanie.

Stefan Themerson
Przygody Pędrka Wyrzutka
Ilustracje Franciszka Themerson
Wydawnictwo Iskry

środa, 11 września 2013

Krystyna Boglar "Klementyna lubi kolor czerwony"

Była sobota dwudziestego szóstego sierpnia. Dlaczego ta data jest taka ważna, okaże się oczywiście dużo później, ale na razie dodamy tylko, że ta właśnie sobota była bardzo długa i nudna. Mimo to perspektywa wczesnego pójścia do łóżka nikomu się właściwie nie uśmiechała. No, ale co można robić innego w domku na skraju lasu po zapadnięciu zmroku? Oczywiście dorośli zawsze znajdują jakieś wyjście z sytuacji, ale co mają robić dzieci i na przykład kury? Kury są tu przykładem, bo przecież wszyscy dobrze wiedzą, że na wsi „chodzi się spać z kurami“. A to była wieś. Nazywała się bardzo zwyczajnie Aniołkowo, ale i tak wszyscy nazywali ją Wsią Wakacyjną: mama, tata i nawet gruba pani Śmietanowa, u której mieszkali. Oczywiście pani Śmietanowa też nazywała się inaczej, ale to już był jeden ze znakomitych pomysłów Asi. Bo pani Śmietanowa dostarczała wszystkim okolicznym urlopowiczom znakomitą, tłustą śmietanę — szalenie ważny dodatek do poziomek i pierogów z serem.
I choć to nie był dzień „pierogowy“, ta właśnie sobota stała się bardzo ważnym dniem w życiu Marka, Asi, no i Pulpeta. Pulpet (choć z niemałym trudem) siedział na żerdce ogrodzenia oddzielającego kurnik od słonecznikowej grządki i machając leniwie nogami, łuskał drobne ziarnka wprost ze sztywno rosnącej słonecznikowej tarczy. Pani Śmietanowa bardzo się o to gniewała, bo prawie wszystkie słoneczniki miały wyjedzone najlepsze miejsca i brzydko świeciły łysinami, ale Pulpet był tak łakomy, że nie pomagały nawet tatusiowe groźby.
Siedział więc na tej żerdce, która niebezpiecznie trzeszczała, i zastanawiał się co będzie robił jutro, bo niedziela na wakacjach niczym się przecież nie wyróżnia od pozostałych dni tygodnia.
— Jak myślisz — zapytał wypluwając łuskę ziarenka — czy jutro też będzie na obiad gotowana kura?
— Na pewno — odparł Marek drapiąc się zawzięcie w łydki okropnie pogryzione przez komary.
Marek bardzo nie lubił gotowanej kury, ale w tej wiosce zewsząd otoczonej lasem, odległej o trzydzieści kilometrów od najbliższego miasteczka, nic innego nie można było dostać. Ziewnął szeroko i spojrzał ponad wysokie konary sosen, czerwone od promieni zachodzącego słońca.
— Pobiegniemy jeszcze do Żabiego Króla?
— Możemy pójść — odparł Pulpet złażąc z trudem z żerdki. — Na bieganie nie mam jakoś ochoty!
Należałoby może wyjaśnić, że Pulpet tak naprawdę nazywał się Darek, ale nikt już o tym nie pamiętał, nawet mamusia, której to imię kiedyś szalenie się podobało. Nic w tym zresztą dziwnego, że przezwisko „Pulpet“ przylgnęło do chłopca z taką łatwością. Jak daleko pamięć sięga, Pulpet zawsze był tłusty i nie lubił się ruszać. Toteż Marek tylko westchnął ciężko i kiwnął głową.
— Zawołać Asię? — zapytał li tylko dla formy, bo wiadomo było, że do Żabiego Króla chodzi się zawsze we trójkę.
Asia skończyła właśnie rytuał wieczornego podlewania kwiatowych grządek i odstawiła pustą konewkę koło beczki z deszczówką.
— Idziemy!I — powiedział Marek i pociągnął głośno nosem.
Z kuchni bowiem, przez otwarte okno, doleciał go zapach ciasta ze śliwkami.
— Nie węsz — powiedziała Asia otrzepując ręce — dzisiaj nic z tego! Śmietanowa nie da ani okruszyny!
— Właściwie dlaczego placek można jeść tylko w niedzielę? — denerwował się Pulpet. — Przecież to szalenie niesprawiedliwe!
Tak naprawdę to cała trójka zgadzała się z tym całkowicie. No, bo dlaczego pieczenie takich pyszności, jakimi są bez wątpienia placki ze śliwkami lub masą orzechową, odbywa się zawsze w sobotę? A na dodatek je się dopiero w niedzielę?
Dzieci wciągnęły jeszcze nosami zapach ciasta i pomału podreptały gęsiego w stronę małego stawku otoczonego ze wszystkich stron ciemnozieloną ścianą lasu.
Stawek — czyli państwo Żabiego Króla — odkryli kiedyś przypadkiem w pierwszych dniach swego pobytu we Wsi Wakacyjnej. Bawiąc się w Indian, z piórami przepisowo zatkniętymi w potargane czupryny, rozpierzchli się po lesie szukając Olka — Zielonej Strzały, ukrytego gdzieś wśród gęstwiny. Głośny wrzask i chlupot, który rozległ się nagle z lewej strony wielkiego dębu, wywabił z wigwamu nawet Pulpeta, który w tym dniu pełnił straż obozową. Okazało się, że to Bolek, sam Wielki Karaluch, wódz i znakomity indiański wojownik, wpadł nagle aż po szyję w sadzawkę zarosłą zieloną rzęsą. Kiedy, wyłowiony wspólnymi siłami, zrzucał przemoczoną odzież, z kieszeni na piersi wyskoczyła mu ogromna, zielona żaba.
Oczywiście, był to ów Żabi Król — władca stawu bez dna, król, którego państwo, choć niewielkie, bogate było nadzwyczaj w żabich obywateli. Ba, król posiadał swój żabi chór, który wieczorami dawał nadzwyczajne koncerty.
A więc kiedy tak sobie maszerowali gęsiego, idący przodem Marek nagle raptownie przystanął. Oczywiście, Pulpet wpadł na niego z impetem i o mały włos go nie przewrócił.
— Co się stało? — zapytała Asia zamykająca pochód.
— Ciii... — zamruczał Marek, wyraźnie czegoś nadsłuchując.
— Boooję się — wyjąkał Pulpet na wszelki wypadek. Pulpetowi zawsze się wydawało, że skoro już się boi — to właściwie ma jak gdyby cały problem „z głowy“, bo przecież nic się straszniejszego już stać nie może.
— Słyszycie? Ktoś tu płacze — Marek wskazał ręką kępę fioletowo kwitnących krzaków. — Tam!
Teraz już cała trójka usłyszała jak gdyby ciche pochlipywanie.
— Może to duch? — zapytał Pulpet cofając się.
— Duch nie chlipie, tylko dzwoni łańcuchami — odparła Asia z przekonaniem.
— No, ale jeśli akurat nie ma łańcuchów? — wyjąkał Pulpet drżącym głosem.
— Idziemy! — zakomenderował Marek i zaczął się przedzierać w kierunku krzaka.
— Mmoże jjja zostanę na straży — zamamrotał Pulpet, który miał ogromną ochotę wziąć nogi za pas i zwiać do domu, ale przeszkadzała mu w tym Asia stojąca za nim na wąskiej ścieżce.
— Chodź, tchórzu — powiedziała i popychając przed sobą opierającego się brata, zaczęła przedzierać się przez kolczaste krzewy.
Chcąc nie chcąc, Pulpet sunął naprzód, rozgarniając ostrożnie gałęzie. Z wielkim trudem starał się opanować ogarniający go, przemożny strach, który obezwładniał mu nogi i wyginał buzię w podkówkę.
„Nie ryknę! Wcale nie mam zamiaru ryknąć“ — przemawiał do siebie raz po raz, potykając się o wystające korzenie.
Tymczasem Marek dotarł wreszcie do fioletowo kwitnącego krzaka i delikatnie rozsunął gałęzie. To, co zobaczył, wprawiło go w takie osłupienie, że nie zareagował nawet na zduszony szept Asi, która szarpała go za ramię, chcąc czym prędzej poznać źródło tajemniczych pochlipywań.
— No, co tam jest? — zapytała zniecierpliwiona milczeniem brata.
— Co jest? — powtórzył jak echo Pulpet.
— Dziecko — powiedział niepewnie Marek. — Mała dziewczynka!
— Pokaż! — zażądała Asia i odsunąwszy gałąź zajrzała Markowi przez ramię.
Pod krzakiem, na kupce zielonego mchu, siedziała mała, bardzo zapłakana dziewczynka. Ubrana była w czerwoną sukienkę z błyszczącego materiału, a na głowie miała zawiązaną czerwoną chusteczkę. Brudną piąstkę przyciskała do buzi, z której co chwilę wyrywał się głośny szloch, i z przerażeniem patrzyła szeroko otwartymi oczyma na nieznajomą trójką dzieci.
— Biedne dziecko — wyszeptała Asia. — Skąd ona się tu wzięła samiutka w lesie?
— Widocznie się zgubiła — powiedział Marek, któremu też zrobiło się bardzo przykro na widok zapłakanej buzi małej nieznajomej.
Dziewczynka wyjęła piąstkę z buzi i przysłuchiwała się rozmowie.
— Jak się nazywasz? — zapytał Marek, słusznie rozumując, że tylko w ten sposób można się o dziecku dowiedzieć czegoś bliższego.
— Jarzynka — powiedziała mała bardzo cieniutkim głosem.


Jest koniec wakacji. Dzieci marzą o ciekawej przygodzie. I tak, pewnego dnia znajduję w lesie małą dziewczynkę - Jarzynkę. Jarzynka  mocno popłakuje i twierdzi, że w lesie została Klementyna. Dzieci uznają, że to siostra Jarzynki i postanawiają w tajemnicy przed dorosłymi  ją odnaleźć. Marek, Pulpet, Asia, Tolek, Olek i Bolek rozpoczynają nocne, nieco straszne poszukiwania. W lesie jest strasznie: pada deszcz, jest ciemno, słychać niepokojące odgłosy, widać cienie i świecące punkciki. 
Tymczasem dorośli otrzymują komunikat o zaginięciu dziecka i natychmiast rozpoczynają własne poszukiwania.
Z niedopowiedzeń i fantazji powstaje świat pełen ekscytacji i tajemnicy. Akcja się rozwija, napięcie rośnie, czytelnik czeka na finał...
Wszystko dobrze się kończy. Ulga miesza się z radością. Końcowe rozdziały wnoszą sporą dawkę humoru.
Książka ciekawa, ale do jednorazowej lektury. Jak to się mówi: lekka, łatwa i przyjemna.


Krystyna Boglar 
Klementyna lubi kolor czerwony
Ilustracje Bohdan Butenko
Wydawnictwo Dwie Siostry

środa, 21 sierpnia 2013

Moni Nilsson "Tsatsiki i Mamuśka"



Tsatsiki popędził do Mamuśki.
- Idę na imprezę! Na imprezę!
- To świetnie - odparła Mamuśka odruchowo, pochłonięta dźwiękami gitary. Tsatsiki wyłączył wzmacniacz.
- Mamuś! Idę na imprezę! Rozumiesz?
- do kogo? - Mamuśka spojrzała na Tsatsikiego półprzytomnie.
- Do Marii Grynwall. W sobotę.
- Cudownie! - wykrzyknęła Mamuśka, która wreszcie powróciła do rzeczywistości. - Ma urodziny?
- Nie wiem, zapomniałem spytać. Ale i tak muszę mieć dla niej prezent. na imprezę powinno się przychodzić z prezentem. Prawda?
Tsatsiki uświadomił sobie nagle, że nigdy nie był na imprezie. Był na urodzinach, był na przyjęciach z Mamuśką, ale nie na imprezie...
- W co mam się ubrać?
- W dźnsy i koszulę - zaproponowała Mamuśka
- Dżinsy? Na imprezę? Zwariowałaś?! Muszę mieć frak! - wykrzyknął Tsatsiki.
- Frak?1 No ty zwariowałeś! kto na imprezę zakłada frak?! - Teraz Mamuśka podniosła głos.
- Ale ja chcę dobrze wyglądać! A frak jest najbardziej elegancki - upierał się Tsatsiki.
- Frak to się ubiera na rozdanie nagród Nobla - powiedziała mamuśka. - Ona nie robi chyba imprezy w sztokholmskim Ratuszu? Poza tym naprawdę uważam, że frak jest śmieszny. wyglądałbyś jak wyrzucony na brzeg pingwin.
- Tak myślisz, tak? - krzyczał Tsatsiki. - To spójrz na siebie! Myślisz, ze ty ładnie wyglądasz? Wcale nie! Uważam, ze sukienki są o wiele ładniejsze od tych twoich legginsów! I szminka, i buty na obcasach!
Tsatsiki aż zatrząsł się z wściekłości.
Mamuśka miała taką minę, jakby dostała obuchem w głowę.
- Powiedz, że żartowałeś! Powiedz!
- Nie, nie powiem.
- Czyli ty się mnie wstydzisz?
- Aż tak to nie... Ale ty nie wyglądasz jak inne mamy.
- A chciałabyś żebym wyglądała? Na przykład jak mama Markusa? - Mamuśka była zdruzgotana.
Tsatsiki przyjrzał się jej uważnie. Nie mógł powstrzymać się od śmiechu, kiedy wyobraził sobie Mamuśkę w futrze mamy Markusa i w butach na obcasach.

Skandynawskie współczesne książki mają swoją specyfikę. Na pewno nie są dla purystów i rodziców poszukujących samych "grzecznych" książeczek dla dzieci. Jest to bowiem lektura opisująca codzienność bez patosu i infantylizowania, bez moralizowania, bez pouczania - rzeczywistość wzięta z całym bagażem.
Tsatski nie zna swego ojca. Mieszka z mamą piosenkarką. W  jego domu jest też lokator Jens. Chłopca poznajemy w chwili, gdy rozpoczyna szkolną edukację.  W szkole spotyka swoją nową nauczycielkę, ma do czynienia  z przemocą, zakochuje się, przyjaźni.
Książkę bardzo dobrze się czyta; wciąga, zaprasza do sięgnięcia po kolejny rozdział. Całość ma pozytywny wydźwięk i nawet sceptyczny rodzic może być mile zaskoczony.
M.Nilsson napisała serię pięciu książek o Tsatsikim, zdobyła mnóstwo nagród i czytelników na całym swiecie. Polecam.
Autorka w tym miesiącu była gościem  Festiwalu Literackiego w Sopocie.

Moni Nilsson 
Tsatsiki i Mamuśka
Wydawnictwo Zakamarki

niedziela, 18 sierpnia 2013

Małgorzata Strzałkowska "Zielony nikt i gadające drzewo"



I nazajutrz rano Nikt udał się na południe. Szedł, szedł i szedł, aż dotarł do niewielkiego miasta, którego ulice nosiły interesujące nazwy: aleja Wielkich Skoków, bulwar Podskoczków, plac Hoop-Siup, Skakankowa, Hopsasanowa... Wszyscy mieszkańcy miasteczka ubrani byli w stroje gimnastyczne i wszyscy, bez wyjątku, podskakiwali jak gumowe piłki.
- Przepraszam, co to za miasto? - Zapytał Nikt podskakującą dziewczynkę z warkoczykami.
- Jestem bardzo zajęta, hop! Na ulicy Żabich Skoków znajdzie pan informacje o wszystkim, hop-siup! To niedaleko, hop!hop! Musi pan skoczyć w lewo, siup! - odpowiedziała dziewczynka i podskakiwała dalej.
Nikt skręcił w lewo i po chwili znalazł się przed niedużym domkiem z wielkim napisem INFORMACJA O WSZYSTKIM. Wszedł do środka i zbliżył się do okienka.
- Przepraszam, co to za miasto? - spytał skaczącą przed okienkiem starszą kobietę. 
- To Miasto Podskoków: hopsa, hopsa! Najwspanialsze miejsce na świecie, hopsa, hopsa! Od rana do nocy wszyscy skaczemy, skaczemy, skaczemy, hopsa, hopsa, hopsa!
Skakanie, proszę pana, to najczystsza przyjemność, hopsa, hopsa! dzięki skakaniu jesteśmy zdrowi i zadowolenie, hopsa, hopsa! Jeżeli osiedli się pan tutaj, będzie pan mógł naskakać się do woli, hopsa, hopsa!
- A jeśli ja nie chcę skakać? - zapytał nieśmiało Nikt.
- To nie ma pan tu czego szukać! - burknęła starsza kobieta i w podskokach zatrzasnęła okienko.
- To też nie jest miejsce dla mnie. Zielony znów musiał  się pomylić...- westchnął! Nikt ruszył w powrotną drogę.
gdy dotarł do swojego drzewa, usiadł w jego cieniu, tuż obok przyjaciela.
- Znowu się nie udało. Cała wyprawa na nic.
- Nie przesadzaj, nie przesadzaj...Przynajmniej już wiesz, dokąd nie chciałbyś dojść. To już dużo, wierz mi - rzekł Zielony, targając rude, sterczące kosmyki. I wtedy powiał silny wiatr. Drzewo zaszumiało, zaszeleściło, zaszemrało... Nikt, wsłuchany w jego szum, powiedział cichutko:
- Chciałbym być wielki, zielony ogród, pełen maciupeńkich roślinek, krzaków i olbrzymich, potężnych drzew...Podlewałbym je, pielęgnował... I patrzyłbym, jak z małych nasionek powoli, bardzo powoli wyrastają ogromne drzewa, by piąć się w górę, coraz wyżej i wyżej...
- A więc do dzieła! - zawołał Zielony i roześmiał się. - Jednak znalazłeś to, czego szukałeś - miejsce dla siebie. Nie musisz już nigdzie chodzić.
Masz tu wokół wszystko, czego potrzebujesz. Na pewno dasz sobie radę.

Piękna opowieść o poszukiwaniu swego miejsca w życiu, o zaspokojeniu najważniejszych potrzeb. Nikt próbuje odnaleźć drogę w czterech stronach świata. Najpierw trafia do Miasta Fryzjerów, potem do Miasta Skoków. W żadnym z nich nie znajduje spełnienia. I wtedy przychodzi odkrycie, pochodzące z wnętrza, które jest wynikiem dotarcia do własnych potrzeb. Jak to zwykle bywa, szczęście leży blisko, u stóp...
Przypowieść dla dzieci starszych, młodzieży i dorosłych. Autorka napisała trzy książki z tej serii. Bardzo polecam.

Małgorzata Strzałkowska
Zielony nikt i gadające drzewo
Ilustracje Piotr Fąfrowicz
Wydawnictwo Bajka