Ze wstępu do książki:
Józef miał kiedyś płaszcz, cały w dziurach – dokładnie jak ta książka! Kiedy płaszcz mu się zestarzał i zniszczył, przerobił go na kurtkę. Na co przerobił kurtkę? Co zrobił potem?
Dzięki otworom, które tak sprytnie wycięto w kartkach tej książki, zobaczysz, na co Józef przerabia swoje stare ubrania, zanim – cóż… – nie pozostanie mu zupełnie nic… Józef zrobi jednak coś, nawet z niczego!
Przepiękna książka. Pomysł absolutnie niezwykły. Ilustrator i autor w jednym przybliża kulturę żydowską w prosty, atrakcyjny sposób. Sama historia jest nieco osobliwa - od płaszcza przez guzik, aż do momentu, gdy nie ma już nic i wówczas ... można zrobić coś z niczego. Dorosły z pewnością znajdzie tu temat do refleksji, a dziecko może zaciekawić się życiem i tradycją Żydów.
Książka ma dziury, najprawdziwsze dziury w kartkach. Oczywiście taki był zamysł autora.
Ślicznie ilustrowana, bardzo kolorowa i pięknie wydana. Warto ją mieć u siebie, choć czyta się 5 min.
sobota, 20 czerwca 2015
niedziela, 29 marca 2015
"Zły pan" Gro Dahle
Zły pan
Gro Dahle
Ilustracje Svein Nyhus
Wydawnictwo EneDueRabe
- Będę już grzeczny. Przyrzekam - obiecuje Tata i wybucha tysiącem milionów łez. I wszyscy musza go
obejmować, żeby się nie rozpłynął. Płacze każda jedna fala. Płacze i płacze. Pod wodą nie widać niczego. Bo czarne jest to słone morze i o wile, wiele setek metrów głębsze niż się wydaje.
Potem zapada cisza, tak cicha, jak mucha na suficie. zapada cisza tak cicha, jak obrazy na ścianie. Cisza tak cicha, jak woda w dzbanku. I nikt nie wie, co mieszka pod dywanem. Nikt nie wie, co siedzi w ścianie.
Boj nasłuchuje. Każdy odgłos jest jak warknięcie. A wszystkie dźwięki mówią o Tacie. Boja w nich nie ma. Nie ma Mamy. Istnieje tylko Tata.
Nóżka Boja drży, a sam Boj kuli się i znika za obrusem pod stołem. Robi się duszno, stwierdza Boj, i na sama myśl o tym bolą go szyja i brzuszek, i głowa.
Boj chce wyjść. chce być jak najdalej stąd.
- Mamo możesz otworzyć drzwi?
- Nie teraz - odpowiada Mama.
Bo mama musi zająć się Tatą i owinąć jego dłonie. a Bojowi nie wolno tego komentować. Nie wolno mu patrzeć, nie wolno mówić, nie wolno słyszeć. Bo to taka tajemnicza tajemnica. A nam jest tak dobrze, tak dobrze. Tak własnie mówi Mama: jest tak dobrze, tak dobrze.
Bo przecież naprawiłby komputer? Kto zreperowałby samochód albo wymienił żarówki? Gdzie byśmy mieszkali? Jak byśmy poradzili sobie bez Taty?
Tata kupił oranżadę do obiadu. I słodycze, mimo że to nie sobota.
- Choć do Taty - mówi, bo chce uściskać Boja. Ale na samą myśl o Tacie coś dusi Boja w gardle. Bo Boj cały czas musi mieć się na baczności. Żeby nie brudzić. Żeby nie mówić. Żeby nie stawać na drodze. Bo wyobraź sobie, że to wszystko się powtórzy.
Nieprawdopodobna książka, ale dla wąskiego grona i na pewno nie jako wieczorna lektura do poduszki.
Opisuje, w doskonały sposób, mechanizm przemocy, jego fazy, klimat tajemnicy oraz emocje ofiar i sprawcy. Mnóstwo tu dramatu - i w treści i w ilustracjach. Za brutalną rzeczywistością kryje się tęsknota za miłością, spokojem, radością, silnym, nieprzemocowym rodzicem. Mądrość książki polega m.in. na tym, że podpowiada rozwiązanie, że nie zostawia dorosłego i dziecka bezradnym.
Na poziomie formy bardzo ładnie jest połączona realność ze światem fantazji.
Książka ma walor edukacyjno-terapeutyczny. Opowiada o sprawach, nad którymi najczęściej ciąży tajemnica. To, że nie mówimy o niektórych sprawach, nie znaczy, że ich nie ma. Trzeba się tylko zastanowić jak mądrze wykorzystać tę lekturę.
Gro Dahle
Ilustracje Svein Nyhus
Wydawnictwo EneDueRabe
- Będę już grzeczny. Przyrzekam - obiecuje Tata i wybucha tysiącem milionów łez. I wszyscy musza go
obejmować, żeby się nie rozpłynął. Płacze każda jedna fala. Płacze i płacze. Pod wodą nie widać niczego. Bo czarne jest to słone morze i o wile, wiele setek metrów głębsze niż się wydaje.
Potem zapada cisza, tak cicha, jak mucha na suficie. zapada cisza tak cicha, jak obrazy na ścianie. Cisza tak cicha, jak woda w dzbanku. I nikt nie wie, co mieszka pod dywanem. Nikt nie wie, co siedzi w ścianie.
Boj nasłuchuje. Każdy odgłos jest jak warknięcie. A wszystkie dźwięki mówią o Tacie. Boja w nich nie ma. Nie ma Mamy. Istnieje tylko Tata.
Nóżka Boja drży, a sam Boj kuli się i znika za obrusem pod stołem. Robi się duszno, stwierdza Boj, i na sama myśl o tym bolą go szyja i brzuszek, i głowa.
Boj chce wyjść. chce być jak najdalej stąd.
- Mamo możesz otworzyć drzwi?
- Nie teraz - odpowiada Mama.
Bo mama musi zająć się Tatą i owinąć jego dłonie. a Bojowi nie wolno tego komentować. Nie wolno mu patrzeć, nie wolno mówić, nie wolno słyszeć. Bo to taka tajemnicza tajemnica. A nam jest tak dobrze, tak dobrze. Tak własnie mówi Mama: jest tak dobrze, tak dobrze.
Bo przecież naprawiłby komputer? Kto zreperowałby samochód albo wymienił żarówki? Gdzie byśmy mieszkali? Jak byśmy poradzili sobie bez Taty?
Tata kupił oranżadę do obiadu. I słodycze, mimo że to nie sobota.
- Choć do Taty - mówi, bo chce uściskać Boja. Ale na samą myśl o Tacie coś dusi Boja w gardle. Bo Boj cały czas musi mieć się na baczności. Żeby nie brudzić. Żeby nie mówić. Żeby nie stawać na drodze. Bo wyobraź sobie, że to wszystko się powtórzy.
Nieprawdopodobna książka, ale dla wąskiego grona i na pewno nie jako wieczorna lektura do poduszki.
Opisuje, w doskonały sposób, mechanizm przemocy, jego fazy, klimat tajemnicy oraz emocje ofiar i sprawcy. Mnóstwo tu dramatu - i w treści i w ilustracjach. Za brutalną rzeczywistością kryje się tęsknota za miłością, spokojem, radością, silnym, nieprzemocowym rodzicem. Mądrość książki polega m.in. na tym, że podpowiada rozwiązanie, że nie zostawia dorosłego i dziecka bezradnym.
Na poziomie formy bardzo ładnie jest połączona realność ze światem fantazji.
Książka ma walor edukacyjno-terapeutyczny. Opowiada o sprawach, nad którymi najczęściej ciąży tajemnica. To, że nie mówimy o niektórych sprawach, nie znaczy, że ich nie ma. Trzeba się tylko zastanowić jak mądrze wykorzystać tę lekturę.
niedziela, 1 marca 2015
Małgorzata Strzałkowska "Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy"
Małgorzata Strzałkowska
Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy
Ilustracje Adam Pękalski
Wydawnictwo Bajka
Zwrotka czwarta
Już tam ojciec do swej Basi
Mówi zapłakany -
Słuchaj jeno*, pono** nasi
Biją w tarabany***.
*jeno - tylko; słuchaj jeno - posłuchaj
**pono - ponoć, podobno
***taraban - bęben wojskowy, używany dawniej w Rzeczpospolitej
Zwrotka przedstawia dziewczynę o imieniu Basia, która wraz z ojcem czeka z utęsknieniem na jakikolwiek znak, zwiastujący przybycie Legionów Dąbrowskiego do kraju i wyzwolenie ojczyzny. Rzecz dzieje się tam, a to tam to z perspektywy będącego we Włoszech Wybickiego daleka ojczyzna, Polska. Ojciec łowi uchem płynące z dali bicie tarabanów, wojskowych bębnów, wzywających naszych do zwycięskiego powrotu. To scena pełna miłości do ojczyzny i wielkich nadziei...
Ale dlaczego ojciec jest zapłakany? Zapewne z tęsknoty za wolną Polską i ze wzruszenia, że wyzwolenie jest już bliskie.
Tylko... Czy ta scena nie byłaby bardziej wiarygodna, gdyby to Basia płakała, a ojciec ją pocieszał? Chyba tak. a może właśnie plączącą dziewczynę i pocieszającego ją ojca miał na myśli Wybicki...
Czy coś potwierdza ten pogląd? Owszem - stosowana przez Wybickiego pisownia. Badacze, analizując rękopisy Wybickiego, odkryli, że zamiast bożej pisał on boży, zamiast raczej-raczy, zamiast włoskiej-włoski... A więc może początek zwrotki powinien brzmieć: Już tam ojciec do swej Basi mówi zapłakanej? Może...
I jeszcze jedna zagadka - kim są Basia i jej ojciec? Według dawnych historyków, Basia z hymnu to młodziutka Barbara Chłapowska, którą Dąbrowski miał poznać przed wyjazdem z Polski do Włoch, a która 5 listopada 107 roku została jego żoną. Jednak dociekliwi badacze, analizując dokumenty spisane przez świadków tamtych dni, odkryli, że Dąbrowski, poznał swoją przyszłą żonę dopiero w 1806 roku! Miało to nastąpić na balu, wydanym na cześć generała w poznańskim ratuszu. A więc kim są tajemnicza Basia i jej ojciec? Nie mamy na ten temat wiarygodnych źródeł. Może to są konkretne osoby, o których milczą kroniki? A może Basia i jej ojciec to symboliczne postaci córki i ojca, "przykładowi" Polacy? Przecież Basia, Marynia, Zosia to popularne imiona ówczesnych polskich dziewcząt...
Z przedmowy prof. Jana Żaryna:
książka ta jest tak wewnętrznie skomponowana, by mogła trafić do serc i umysłów ludzi w różnym wieku i z różnym przygotowaniem historyczno-literackim. Jest opowieścią skierowaną i do dziecka i młodzieńca, a także do dziadków i rodziców. Jest zatem darem dla wszystkich, którzy kochają Polskę. To jedyny wymóg, który postawiłbym potencjalnemu czytelnikowi: gotowość do stałej i wiernej miłości do Ojczyzny.
Lektura napisana przez znakomitą pisarkę, szeroko konsultowana i rzetelnie przygotowana. Jest bardzo ciekawa. Najpierw kontekst historyczny, potem omówienie każdej zwrotki i refrenu, sposób śpiewania hymnu, kalendarium i wreszcie Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie. Jest też część książki dedykowana wnikliwszym czytelnikom. Z niej to m.in. można się dowiedzieć, że hymn miał pierwotnie sześć zwrotek oraz poznać utwory, które pełniły w naszej historii rolę hymnu.
Dodatkiem do książki jest płyta.
Wartość takiej publikacji w domowej biblioteczce jest znacząca o tyle, o ile zechcemy nadać jej odpowiednią rolę, o której pisał prof. Żaryn.
Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy
Ilustracje Adam Pękalski
Wydawnictwo Bajka
Zwrotka czwarta
Już tam ojciec do swej Basi
Mówi zapłakany -
Słuchaj jeno*, pono** nasi
Biją w tarabany***.
*jeno - tylko; słuchaj jeno - posłuchaj
**pono - ponoć, podobno
***taraban - bęben wojskowy, używany dawniej w Rzeczpospolitej
Zwrotka przedstawia dziewczynę o imieniu Basia, która wraz z ojcem czeka z utęsknieniem na jakikolwiek znak, zwiastujący przybycie Legionów Dąbrowskiego do kraju i wyzwolenie ojczyzny. Rzecz dzieje się tam, a to tam to z perspektywy będącego we Włoszech Wybickiego daleka ojczyzna, Polska. Ojciec łowi uchem płynące z dali bicie tarabanów, wojskowych bębnów, wzywających naszych do zwycięskiego powrotu. To scena pełna miłości do ojczyzny i wielkich nadziei...
Ale dlaczego ojciec jest zapłakany? Zapewne z tęsknoty za wolną Polską i ze wzruszenia, że wyzwolenie jest już bliskie.
Tylko... Czy ta scena nie byłaby bardziej wiarygodna, gdyby to Basia płakała, a ojciec ją pocieszał? Chyba tak. a może właśnie plączącą dziewczynę i pocieszającego ją ojca miał na myśli Wybicki...
Czy coś potwierdza ten pogląd? Owszem - stosowana przez Wybickiego pisownia. Badacze, analizując rękopisy Wybickiego, odkryli, że zamiast bożej pisał on boży, zamiast raczej-raczy, zamiast włoskiej-włoski... A więc może początek zwrotki powinien brzmieć: Już tam ojciec do swej Basi mówi zapłakanej? Może...
I jeszcze jedna zagadka - kim są Basia i jej ojciec? Według dawnych historyków, Basia z hymnu to młodziutka Barbara Chłapowska, którą Dąbrowski miał poznać przed wyjazdem z Polski do Włoch, a która 5 listopada 107 roku została jego żoną. Jednak dociekliwi badacze, analizując dokumenty spisane przez świadków tamtych dni, odkryli, że Dąbrowski, poznał swoją przyszłą żonę dopiero w 1806 roku! Miało to nastąpić na balu, wydanym na cześć generała w poznańskim ratuszu. A więc kim są tajemnicza Basia i jej ojciec? Nie mamy na ten temat wiarygodnych źródeł. Może to są konkretne osoby, o których milczą kroniki? A może Basia i jej ojciec to symboliczne postaci córki i ojca, "przykładowi" Polacy? Przecież Basia, Marynia, Zosia to popularne imiona ówczesnych polskich dziewcząt...
Z przedmowy prof. Jana Żaryna:
książka ta jest tak wewnętrznie skomponowana, by mogła trafić do serc i umysłów ludzi w różnym wieku i z różnym przygotowaniem historyczno-literackim. Jest opowieścią skierowaną i do dziecka i młodzieńca, a także do dziadków i rodziców. Jest zatem darem dla wszystkich, którzy kochają Polskę. To jedyny wymóg, który postawiłbym potencjalnemu czytelnikowi: gotowość do stałej i wiernej miłości do Ojczyzny.
Lektura napisana przez znakomitą pisarkę, szeroko konsultowana i rzetelnie przygotowana. Jest bardzo ciekawa. Najpierw kontekst historyczny, potem omówienie każdej zwrotki i refrenu, sposób śpiewania hymnu, kalendarium i wreszcie Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie. Jest też część książki dedykowana wnikliwszym czytelnikom. Z niej to m.in. można się dowiedzieć, że hymn miał pierwotnie sześć zwrotek oraz poznać utwory, które pełniły w naszej historii rolę hymnu.
Dodatkiem do książki jest płyta.
Wartość takiej publikacji w domowej biblioteczce jest znacząca o tyle, o ile zechcemy nadać jej odpowiednią rolę, o której pisał prof. Żaryn.
piątek, 20 lutego 2015
Dorota Kasjanowicz"Cześć wilki"
Dorota Kasjanowicz
Cześć wilki
Wydawnictwo Dwie Siostry
Okej, wcale nie musi tam jeździć. Bo i po co? Lepiej
posiedzieć przy komputerze. I… i jeść twarożek zamiast sernika. I nie mieć psa.
Ani takiego fajnego fotela. Ani ogrodu. I z nikim nie rozmawiać o murinach. Ani
o galarecie. W ogóle o niczym.
A co do Pawła, to skłamał, że się z nim umówił. Bo mama
go lubiła. No tak, w porządku, dopóki nie zaczął się kolegować z tym
zarozumiałym Adrianem. Tylko jak wytłumaczyć to mamie?
— Filip!
Ktoś go wołał. Filip wrócił do rzeczywistości i podniósł
wyżej głowę. Najpierw zauważył kilka par przyjaznych wilczych oczu. Zerkały z
chaszczy w ogrodzie pod numerem szesnastym i zza pnia drzewa, które miał parę
metrów przed sobą. A jeszcze inne przez moment widział pod schodami domu numer
osiemnaście.
— Cześć, wilki! — szepnął i w tym samym momencie już
wiedział, gdzie jest, dokąd go zaniosło, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo co.
— Filip! — wołanie się powtórzyło i oczywiście była to
ciocia Agnieszka, z Bodkiem na smyczy.
Filip zdążył tylko pomyśleć: „No przecież nie mogę teraz
zwiać, mamo, to byłoby niegrzecznie” — i już hamował obok cioci i jej psa.
— Cześć, Filip!
— Cześć, ciociu! Cześć, Bodek! — odpowiedział i zaraz
dodał: — Na tym moim osiedlu to w ogóle nie ma gdzie jeździć.
— Ach tak.
— Tak jakoś… Tu jest więcej ścieżek. Więcej miejsca.
Można się rozpędzić.
— Rozumiem. — Ciocia popatrzyła na Bodka, a potem znów na
Filipa. — Wiesz, wybieramy się na spacer. Może do nas dołączysz?
— Naprawdę? — Filipa aż ścisnęło w żołądku z radości.
— Naprawdę. Rower możesz zostawić w ogrodzie, nie będzie
go widać z ulicy — powiedziała ciocia i podała mu klucz od furtki.
I, o dziwo, nie dodała: „Tylko dobrze ją zamknij,
pamiętaj”. A przecież dorośli zawsze mówią coś w tym rodzaju. Nie wiadomo
dlaczego. Przecież klucze służą do zamykania, każde dziecko to wie. A prawie
jedenastolatek to już na pewno.
Rower został odstawiony w pięć minut i cała trójka
ruszyła w dół ulicy Niebieskiej.
— Ciociu, a gdzie chodzicie na spacery? Tak najczęściej?
— zapytał Filip i spojrzał na Bodka.
Pies co prawda był na smyczy — zgodnie z przepisami — ale
i tak szedł równo przy nodze, jakby mówił: „Proszę bardzo, zakładajcie mi smycz
i obrożę, skoro wam to do czegoś potrzebne, bo mnie nie”.
— Różnie. Głównie tutaj, po uliczkach, skwerkach. Czasem
idziemy do parku. A jak mam więcej czasu, chodzimy sobie na łąkę. Wiesz, gdzie
to jest?
Nie, Filip nie wiedział. Nigdy tam nie był.
— Wystarczy pójść tą ulicą do końca, potem skręcić w
prawo obok sklepu spożywczego. Stamtąd widać kościół, a zaraz za kościołem jest
łąka.
— Tak blisko?
— Tak blisko.
Filip zaniemówił. Jak to się stało, że nigdy tam nie
dotarł? Wystarczyło pojechać na rowerze tylko trochę dalej.
Adrian na pewno o tej łące nie wie. Ani Paweł. A tata?
Czy tata wie? Nie, oczywiście, że nie, przecież by Filipowi powiedział. To on
opowie o tym tacie pierwszy! I wybiorą się tam na rowerach tylko we dwóch.
Bo mama nie lubiła jeździć na rowerze. Nawet nie chciała
sobie żadnego kupić.
„A niby kiedy ja mam jeździć? W niedzielę, jak wreszcie
można trochę odpocząć? Wolę sobie posiedzieć na kanapie niż zasuwać bez sensu w
tę i z powrotem”. Tak powiedziała.
— Wiesz, Bodek dawno się porządnie nie wybiegał —
odezwała się ciocia. — Jeśli masz czas, to może pójdziemy tam dzisiaj?
— Jasne! — zawołał Filip. — Chodźmy. W domu muszę być
dopiero o dziewiątej. Teraz jest długo widno.
— No to idziemy. Bodek, cieszysz się? — zapytała ciocia
swojego wszystko rozumiejącego psa.
Bodek oczywiście się cieszył. Bardzo.
Szli bez pośpiechu. Ciocia opowiadała trochę o Magdzie:
że jest zadowolona, bo dostała dobrą pracę. Została asystentką w holenderskiej
firmie w Londynie, między innymi dzięki temu, że dobrze znała nie tylko
angielski, ale i holenderski. Pomogło jej także to, że skończyła studia. Teraz
pracowała po dziesięć, dwanaście godzin dziennie, ale była zadowolona. A nawet
szczęśliwa.
— Myślałem, że jak się pracuje tyle, co moi rodzice, to
nie można być zadowolonym. Ani szczęśliwym.
— Twoi rodzice na pewno są zmęczeni. Wiesz, Magda jest
jednak trochę młodsza od nich i nie ma rodziny na utrzymaniu. Ani własnej
firmy. A taka firma to spory stres. I odpowiedzialność.
— A nie można być zmęczonym i szczęśliwym jednocześnie?
Ciocia przez chwilę milczała.
— Można. Oczywiście, że można — stwierdziła w końcu.
Mijali właśnie sklep spożywczy, gdy usłyszeli głośny
pomruk silnika. Na cichą ulicę wtaczała się wielka ciężarówka. Wyglądała prawie
jak tir.
— O, przeprowadzki — powiedziała ciocia.
— Kto? — zapytał Filip, bo nie dosłyszał.
— Przeprowadzki! — powtórzyła ciocia nieco głośniej.
— A kto to? Znasz go? — zainteresował się Filip.
— Kogo? — zdziwiła się ciocia.
— No, tego Przeprowackiego!
— Jakiego Przeprowackiego?
— No, tego — Filip wskazał na ciężarówkę.
I mniej więcej w tym samym momencie kierowca zgasił silnik.
Zapadła błoga cisza.
— Jakiego Przeprowackiego? — powiedziała jeszcze raz
ciocia i nagle zrozumiała. I zaczęła się tak śmiać, że o mało nie usiadła na
chodniku. A kiedy przestała, powiedziała: — A jak ma na imię ten pan
Przeprowacki?
Filip też wreszcie zrozumiał. I teraz on wybuchnął
śmiechem.
Na budzie ciężarówki duży granatowy napis głosił:
„PRZE-PROWADZKI”.
Filip pokiwał głową.
— Ten Przeprowacki może mieć na imię na przykład… na
przykład… Mariusz — zdecydował. — Mam takiego wujka, który się nazywa Mariusz
Przeracki. Bardzo podobnie, prawda?
— A może — podchwyciła ciocia — nie Mariusz, skoro
podobny Mariusz już jest, tylko… powiedzmy… Sygnatariusz*? Albo…
Proletariusz**? A może Scenariusz? Co ty na to? Scenariusz Przeprowacki.
I oboje głośno się zaśmiali.
— A Scenariusz Dobranocki? — rzucił Filip.
— Dobre! — zawołała ciocia. — Firma Scenariusza
Dobranockiego poleca bezbolesne i całkowicie niezauważalne przeprowadzki.
Znienacka. Przeprowadzka znienacka. Przeprowadzki znienacki.
— A Scenariusz Przeprowacki, który też chciałby
przeprowadzać przeprowadzki, nie ma scenariusza przeprowadzki.
— Ani zarysu kosztorysu — dorzuciła ciocia Agnieszka.
Przerzucali się pomysłami, które wpadały im do głowy
jeden po drugim, i zaśmiewali się do łez.
— A wiesz, kto to jest przekładaniec? — zapytała ciocia.
— No kto?
— Tłumacz.
— A lotnisko? — tym razem Filip zadał pytanie.
— Nie wiem.
— Latanie tuż nad ziemią.
— No jasne! A patrzy? — zrewanżowała się ciocia.
— Patrzy?
— Nie wiesz? Trzy razy „pa”. Pa, pa, pa!
— A czytanie? — zawołał szybko Filip.
— Wiem, wiem! Pytanie, czy coś jest niedrogie! Tak?
— Tak!
— A teraz — ciocia na chwilę zawiesiła znacząco głos —
coś, co bardzo lubisz: trochę horroru. Co to jest odtwarzacz?
— Odtwarzacz?
— No, wsłuchaj się dobrze w to słowo… Od-twa-rzacz…
— Już chyba wiem! Kojarzy mi się to z jakąś przerażającą
maszyną, która robi coś strasznego z twarzą. Masakra.
Przez chwilę szli w milczeniu, uśmiechnięci, szukając w
myślach kolejnych niezwykłych skojarzeń.
— A co powiesz na „zbieraliście”? — ciocia znów podjęła
ich grę.
Filip wzruszył ramionami.
— Słowo jak słowo.
— Nieee… No posłuchaj: zbieraliście. Co robiliście?
— Zbieraliście.
— A co robi?
— Co robi? A! Zbiera liście! Super! A co to znaczy —
Filip wpadł na kolejny pomysł — że ktoś jest zaufany?
— To znaczy, że jest cały w ufach. Zaufany od stóp do
głów.
— Pomalowany w ufy.
— Przysypany ufami.
— Oblepiony ufami.
— Kochający ufy.
— Ktoś, kto zmienił się w ogromnego ufa.
— Ufff…
— Gdzie?! Gdzie?! — wykrzyknął Filip i zaczął się
rozglądać.
— Ogłaszam przerwę! — Ciocia Agnieszka, śmiejąc się,
przystanęła. — Bo oto przed nami słynna, ale mało znana łąka.
Filip zaniemówił. Z wrażenia. To, co zobaczył, było po
prostu piękne.
Nie mógł uwierzyć, że coś takiego znajdowało się tak blisko
jego domu.
Ale właściwie dlaczego piękne rzeczy miałyby się
znajdować tylko gdzieś bardzo daleko?
Poczułam tę książkę. A uczucia są trudne. Rozpoznaję w sobie po jej przeczytaniu samotność, lęk, złość, bezradność, zazdrość, smutek, tęsknotę, a wreszcie radość i nadzieję. Tylko że proporcja jest trudna do wytrzymania...
Rzeczywiście ciekawa książka. Nie szargająca autorytetów, nie obwiniająca, z dużym szacunkiem do człowieka, ale absolutnie nie dla młodszych dzieci , jak sugeruje wydawca.
Autorka pokazuje dramat jedenastoletniego Filipa. Jest opuszczony i zdezorientowany, nie rozumie zawiłych relacji; w rodzinie nie ma bliskości między rodzicami oraz między rodzicami a chłopcem.
Ulgę w codzienności przynosi Filipowi wyobraźnia i życzliwy dorosły, który docenia wagę zwykłych przyjemności.
Nie wiem jaki był cel autorki. Kierując taką książkę do dzieci, trzeba im coś dać. Ja odczytuję to tak: w uniknięciu życiowego dramatu pomoże ci fantazja (tu -rozwiń w sobie sublimację) lub jakiś odpowiedzialny dorosły.
A literacko, też bez fajerwerków.
Przeczytałam zachęcona główna nagrodą roku 2014 Polskiej Sekcji Ibby. Ja bym tej nagrody nie przyznała, ale rodzicom, psychologom, pedagogom serdecznie polecam.
Poczułam tę książkę. A uczucia są trudne. Rozpoznaję w sobie po jej przeczytaniu samotność, lęk, złość, bezradność, zazdrość, smutek, tęsknotę, a wreszcie radość i nadzieję. Tylko że proporcja jest trudna do wytrzymania...
Rzeczywiście ciekawa książka. Nie szargająca autorytetów, nie obwiniająca, z dużym szacunkiem do człowieka, ale absolutnie nie dla młodszych dzieci , jak sugeruje wydawca.
Autorka pokazuje dramat jedenastoletniego Filipa. Jest opuszczony i zdezorientowany, nie rozumie zawiłych relacji; w rodzinie nie ma bliskości między rodzicami oraz między rodzicami a chłopcem.
Ulgę w codzienności przynosi Filipowi wyobraźnia i życzliwy dorosły, który docenia wagę zwykłych przyjemności.
Nie wiem jaki był cel autorki. Kierując taką książkę do dzieci, trzeba im coś dać. Ja odczytuję to tak: w uniknięciu życiowego dramatu pomoże ci fantazja (tu -rozwiń w sobie sublimację) lub jakiś odpowiedzialny dorosły.
A literacko, też bez fajerwerków.
Przeczytałam zachęcona główna nagrodą roku 2014 Polskiej Sekcji Ibby. Ja bym tej nagrody nie przyznała, ale rodzicom, psychologom, pedagogom serdecznie polecam.
niedziela, 8 lutego 2015
Roksana Jędrzejewska-Wróbel "Florka. Z pamiętnika ryjówki", "Florka. Listy do Józefiny", "Florka. Listy do babci"
październik, po dobranocce
Kochana Józiu!
Za oknem już ciemno. I dobrze, bo ta ciemność pasuje do mojej złości. A taka jestem dzisiaj zła, że
nie wiem. Na rodziców! Ale opiszę Ci wszystko po kolei. Rano wyszłyśmy z koszatniczkami na dwór, żeby się pobawić, ale jakoś nam nie wychodziło. Jak zaczęłyśmy grac w gumę, to nam pękła. Ta guma. A jak ja Michalina zawiązała na supeł, to pękła jeszcze raz, zupełnie jakby robiła nam na złość. No to zaczęłyśmy grać w klasy. Pierwsza skakała Celestyna, ale tylko chwilkę, bo zaraz się przewróciła. Starła sobie kolano i zaczęła okropnie płakać. Chciałyśmy ją pocieszyć i szybko wymyślić jakieś fajne zajęcie, żeby przestała się tak strasznie drzeć. Ale oczywiście nic nam nie przychodziło do głowy. Dziwne, ale tak to już jest, jak się chce coś bardzo szybko zrobić, to za żadne skarby nie wychodzi.
Myślałyśmy i myślałyśmy, a Celestyna się darła i darła. Miałyśmy już iść do domu i wtedy mi się przypomniało! "Sekrety!", wrzasnęłam tak głośno, że nawet Celestyna przestała płakać. Zrobiło się przyjemnie cicho i wtedy opowiedziałam koszatniczkom o zabawie, o której kiedyś usłyszałam od babci. A potem uzbierałyśmy całe mnóstwo śliczności - piórka, kolorowe liście, uschnięte skrzydełko motyla i nasionka sosny. Wykopałyśmy dziurkę w ziemi - taką niedużą - ułożyłyśmy wszystkie te cuda i przycisnęłyśmy kawałkiem szkła, takim zupełnie nieostrym. Śliczny był ten sekret! Wyglądał jak
piękny obraz, taki z muzeum. A jak Albertyna dodała jeszcze sreberko po dropsach mszycowych, to się zrobił tak piękny, że nie wiem. Zakryłyśmy go ziemią, ale co chwilę rozgrzebywałyśmy pazurkami, żeby sobie popatrzeć. Ale najfajniejsze, że był tylko nasz. Przyrzekłyśmy uroczyście, że nigdy nikomu go nie pokażemy. i ze będziemy do niego zaglądały, jak będzie nam smutno, albo jak się będziemy nudzić. Ojejku, mówię Ci, Józiu, jak ja lubię tajemnice! Można je sobie szeptać na ucho no i ciągle trzeba pamiętać, żeby się nikomu nie wygadać. Jak wróciłam do domu, to musiałam bardzo uważać, żeby nic nie powiedzieć rodzicom. Usiadłam do obiadu z bardzo tajemnicza miną i nie mogłam się doczekać, kiedy mnie zapytają, w co się bawiłyśmy. Wtedy mogłabym im odpowiedzieć, że bardzo mi przykro, ale to TAJEMNICA.
A oni by się zdziwili i pytali, a ja nic więcej bym nie powiedziała, bo przecież jak tajemnica, to tajemnica. Ale by było fajnie! Ale nie było, bo wszystko popsuli. Wyobraź sobie, Józiu, że zjedliśmy zupę i drugie danie, a oni ani słowa! No to przy galaretce z chrząszcza nie wytrzymałam i krzyknęłam:"Nie powiem wam, w co się bawiłam, bo to sekret." Ale mama zamiast mnie wypytywać, spojrzała tak jakoś nieprzytomnie, uśmiechnęła się i powiedziała:"Oczywiście, Florciu, oczywiście." a tata pogłaskał mnie po głowie i w ogóle się nie odezwał. No to ja się obraziłam i poszłam do swojego pokoju. Do kitu z taką tajemnicą, o którą nikt nie wypytuje!
Całuski jak wściekłe kluski, Twoja Florka.
Wspaniała seria. Pełna radości, ciepła, optymizmu. Florka jest małą "dziewczynką ryjówką".Ma rodziców, rodzeństwo, wspaniałą babcię, koleżanki koszatniczki, przyjaciółkę Józefinę. Historia Florki jest właściwe opowieścią o dziewczynce w wieku przedszkolnym i jej codziennym życiu. Poznawanie świata, zachwyt nad nim, humor sytuacyjny wynikający z dziecięcego rozumienia rzeczywistości tworzą bardzo sympatyczną opowieść.
Mnie ujęła współpraca między autorką i ilustratorką. Całość bowiem jest ciekawa, spójna, ładna i starannie wydana.
Rokasna Jędrzejewska-Wróbel
Florka.Z pamiętnika ryjówki.
Wydawnictwo Literatura
Ilustracje Jona Jung
Kochana Józiu!
Za oknem już ciemno. I dobrze, bo ta ciemność pasuje do mojej złości. A taka jestem dzisiaj zła, że
nie wiem. Na rodziców! Ale opiszę Ci wszystko po kolei. Rano wyszłyśmy z koszatniczkami na dwór, żeby się pobawić, ale jakoś nam nie wychodziło. Jak zaczęłyśmy grac w gumę, to nam pękła. Ta guma. A jak ja Michalina zawiązała na supeł, to pękła jeszcze raz, zupełnie jakby robiła nam na złość. No to zaczęłyśmy grać w klasy. Pierwsza skakała Celestyna, ale tylko chwilkę, bo zaraz się przewróciła. Starła sobie kolano i zaczęła okropnie płakać. Chciałyśmy ją pocieszyć i szybko wymyślić jakieś fajne zajęcie, żeby przestała się tak strasznie drzeć. Ale oczywiście nic nam nie przychodziło do głowy. Dziwne, ale tak to już jest, jak się chce coś bardzo szybko zrobić, to za żadne skarby nie wychodzi.
Myślałyśmy i myślałyśmy, a Celestyna się darła i darła. Miałyśmy już iść do domu i wtedy mi się przypomniało! "Sekrety!", wrzasnęłam tak głośno, że nawet Celestyna przestała płakać. Zrobiło się przyjemnie cicho i wtedy opowiedziałam koszatniczkom o zabawie, o której kiedyś usłyszałam od babci. A potem uzbierałyśmy całe mnóstwo śliczności - piórka, kolorowe liście, uschnięte skrzydełko motyla i nasionka sosny. Wykopałyśmy dziurkę w ziemi - taką niedużą - ułożyłyśmy wszystkie te cuda i przycisnęłyśmy kawałkiem szkła, takim zupełnie nieostrym. Śliczny był ten sekret! Wyglądał jak
piękny obraz, taki z muzeum. A jak Albertyna dodała jeszcze sreberko po dropsach mszycowych, to się zrobił tak piękny, że nie wiem. Zakryłyśmy go ziemią, ale co chwilę rozgrzebywałyśmy pazurkami, żeby sobie popatrzeć. Ale najfajniejsze, że był tylko nasz. Przyrzekłyśmy uroczyście, że nigdy nikomu go nie pokażemy. i ze będziemy do niego zaglądały, jak będzie nam smutno, albo jak się będziemy nudzić. Ojejku, mówię Ci, Józiu, jak ja lubię tajemnice! Można je sobie szeptać na ucho no i ciągle trzeba pamiętać, żeby się nikomu nie wygadać. Jak wróciłam do domu, to musiałam bardzo uważać, żeby nic nie powiedzieć rodzicom. Usiadłam do obiadu z bardzo tajemnicza miną i nie mogłam się doczekać, kiedy mnie zapytają, w co się bawiłyśmy. Wtedy mogłabym im odpowiedzieć, że bardzo mi przykro, ale to TAJEMNICA.
A oni by się zdziwili i pytali, a ja nic więcej bym nie powiedziała, bo przecież jak tajemnica, to tajemnica. Ale by było fajnie! Ale nie było, bo wszystko popsuli. Wyobraź sobie, Józiu, że zjedliśmy zupę i drugie danie, a oni ani słowa! No to przy galaretce z chrząszcza nie wytrzymałam i krzyknęłam:"Nie powiem wam, w co się bawiłam, bo to sekret." Ale mama zamiast mnie wypytywać, spojrzała tak jakoś nieprzytomnie, uśmiechnęła się i powiedziała:"Oczywiście, Florciu, oczywiście." a tata pogłaskał mnie po głowie i w ogóle się nie odezwał. No to ja się obraziłam i poszłam do swojego pokoju. Do kitu z taką tajemnicą, o którą nikt nie wypytuje!
Całuski jak wściekłe kluski, Twoja Florka.
Wspaniała seria. Pełna radości, ciepła, optymizmu. Florka jest małą "dziewczynką ryjówką".Ma rodziców, rodzeństwo, wspaniałą babcię, koleżanki koszatniczki, przyjaciółkę Józefinę. Historia Florki jest właściwe opowieścią o dziewczynce w wieku przedszkolnym i jej codziennym życiu. Poznawanie świata, zachwyt nad nim, humor sytuacyjny wynikający z dziecięcego rozumienia rzeczywistości tworzą bardzo sympatyczną opowieść.
Mnie ujęła współpraca między autorką i ilustratorką. Całość bowiem jest ciekawa, spójna, ładna i starannie wydana.
Rokasna Jędrzejewska-Wróbel
Florka.Z pamiętnika ryjówki.
Wydawnictwo Literatura
Ilustracje Jona Jung
Subskrybuj:
Posty (Atom)










