Ciągnąc kota na holu, Pettson brnął w śniegu pod górkę za szopą na narzędzia. Tu i owdzie ściął
trochę gałązek i położył je na schodach. Kiedy były pełne, zaczęli schodzić z powrotem. Raptem Pettson pośliznął się na kamieniu, a sanki poleciały do przodu, uderzyły staruszka dokładnie w zgięcie pod kolanem, aż usiadł na stercie świerku, i pędem pomknęły w dół, wjeżdżając prosto w kamienne ogrodzenie, po czym przewróciły się.
Kot wydal radosny okrzyk;
- Jeszcze raz! - Ale staruszek wcale nie wyglądał tak, jakby uważał, że to jest zabawne. Stękał i biadolił, z trudem wygrzebując się ze śniegu.
- Ajajaj, co za nieszczęście - jęczał. - To mi naprawdę zaszkodziło. Nie mogę stąpnąć.
Na przemian złorzeczył i narzekał, tak że kot nie wiedział, co ma zrobić.
- Nie możesz przeklinać dzień przed Wigilią! - To było wszystko na co wpadł.
Pettsonowi udalo się dotrzeć do kuchni. wszedl do środka, usiadl na krześle i obejrzał stopę.
- To prawdziwe nieszczęście. Miejmy nadzieję, że mi przejdzie, zanim zamkną sklep, bo nie zdążymy kupić świątecznego jedzenia. - Westchnął głęboko. - A tyle mamy do zrobienia: ściąć świerk, wyszorować podłogę i...
-Taak! Zrobię to!- Krzyknął kot. I natychmiast wyszukał wiadro do mycia podłogi i szczotkę do szorowania.
Mam sentyment do tego autora. Jestem zauroczona w pierwszej odsłonie ilustracjami, w drugiej historią. Znany z wielu opowiadań duet Pettsona i Findusa tym razem doświadcza przykrej niespodzianki w postaci urazu nogi gospodarza. Zwyczajowy rytm przygotowań do świąt zostaje zakłócony. Resztki ciasta piernikowego, marchewka i inne niezbyt atrakcyjne "specjały" stanowią jedyne potrawy na stół. Poza tym nie ma choinki. Jedyne, co udało się przywieźć z lasu, to kilka świerkowych gałązek. Pomysłowość staruszka, zaangażowanie kota oraz dobroć i troska sąsiadów, sprawiają że nic z atmosfery Bożego Narodzenia nie zostaje utracone. Polecam na wieczorną lekturę do poduszki.
Goście na Boże Narodzenie
Sven Nordqvist
Ilustracje Autor!!!
Wydawnictwo Media Rodzina
środa, 25 grudnia 2013
piątek, 13 grudnia 2013
Sven Nordqvist "Niezwykły Święty Mikołaj"
Nagle usłyszeli wolanie o pomoc. Petteson zostawił sanki na ścieżce i pospieszył w tamtą stronę. Findus biegł przodem. Trudno było ustalić, skąd dochodził głos. Czasem musieli się zatrzymywać i nasłuchiwać, a potem iść w innym kierunku. Gdy Pettson zaczął się zastanawiać, czy naprawdę wiedział, gdzie byli, zobaczył mały robotniczy barak na kółkach ustawiony w środku lasu.
Przed barakiem stał wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna i wolał o pomoc. Gdy on i Pettson dostrzegli się nawzajem, przez chwilę patrzyli na siebie, nic nie mówiąc. Potem mężczyzna powiedział zupełnie cicho i spokojnie:
- Pomocy.
- Potrzebna jest panu pomoc? - zapytał Pettson.
- Tak. Może mi pan pomóc rozwiązać tę krzyżówkę? - spytał mężczyzna, wyciągając w stronę Pettsona gazetę.
- Czy tylko dlatego wolał pan o pomoc? - upewnił się Pettson. - Myślałem, że coś się stało.
- Czy tylko dlatego wolał pan o pomoc? - upewnił się Pettson. - Myślałem, że coś się stało.
- Nie, nic się nie stało - odrzekł mężczyzna. - Tu nigdy nic się nie dzieje. Jest tak nudno, ze można zwariować. to dlatego czasem wołam o pomoc, bo myślę, że zawsze ktoś się zjawi. Ale nikt się nigdy nie zjawia. Czy można zaprosić do środka na kubek grzanego wina?
- Tak dziękuję, z przyjemnością - odpowiedział Pettson.
W baraku nie pozostało wiele miejsca, gdy obaj usiedli przy małym stoliku. Mężczyzna, który nazywał samego siebie Rybakiem, wlał pół butelki gloggu do rondla na kominku. Findus wskoczył na kolana Pettsona i badawczym wzrokiem przyglądał się mężczyźnie.
- Ach, ma pan kota. Dobrze jest mieść kota, zawsze można z kimś porozmawiać. To takie nudne siedzieć tu samemu i rozwiązywać krzyżówkę. - Dlaczego więc pan tutaj siedzi? - spytał Pettson.
- Jestem strażnikiem lasu. Pilnuję lasu, choć nie wiem za bardzo,
jak się to robi - odpowiedział Rybak i nie wyglądał przy tym na szczęśliwego. - Wcześniej byłem rybakiem, to było co innego! Trzeba było tylko zarzucić haczyk i czekać, aż weźmie. Ale u mnie prawie nigdy nie brało, więc musiałem z tym skończyć i dostałem tę pracę. Tyle że nikt mi nie powiedział, co mam robić. Powiedzieli tylko, że świerki mają krótkie igły, a sosny długie, a potem przyjechałem tutaj, żeby pilnować lasu. Więc każdego dnia idę się przejść i zobaczyć, czy las jeszcze stoi. No i stoi. Szczerze mówiąc wydaje mi się to trochę głupie.
- Tak rozumiem - przytaknął Pettson.
Zbliża się Boże Narodzenie, trwa adwent. Pettson opowiada swemu przyjacielowi, co powinni w tym czasie zrobić: posprzątać, ściąć choinkę, upiec pierniki, zapakować prezenty, ale Findus marzy o spotkaniu ze Świętym Mikołajem. Nigdy go nie widział i nie dostał prezentu. Według staruszka metodą na znalezienie Świętego jest napisanie listu i włożenie go do śnieżki. Wieczorem należy zbudować latarnię ze śniegu, a na jej szczycie ułożyć śnieżkę z listem. Jeżeli latarnia jest zawalona, wówczas istnieje prawie pewność, że Mikołaj zabrał list i przyjdzie w Wigilię. Jak Petton powiedział, tak Findus zrobił. I oto staruszek miał przed sobą nie lada wyzwanie - potrzebny jest Mikołaj, jeśli nie prawdziwy, to przynajmniej taki, który mógłby uchodzić za prawdziwego. Zatem ten adwent nie należał do typowych, ponieważ Pettson spędzał mnóstwo czasu w stolarni, gdzie konstruował swój wynalazek, a i tak Wigilia przyniosła zaskakujący finał.
O przyjaźni, miłości, marzeniach z czułością i poczuciem humoru.
Pięknie wydana, mistrzowsko ilustrowana.
Sven Nordqvist
Niezwykły Święty Mikołaj
Ilustracje Autora
O przyjaźni, miłości, marzeniach z czułością i poczuciem humoru.
Pięknie wydana, mistrzowsko ilustrowana.
Sven Nordqvist
Niezwykły Święty Mikołaj
Ilustracje Autora
Niezwykły Święty Mikołaj
Autor: Sven Nordqvist
Ilustracje: Sven Nordqvist
Tłumaczenie: Magdalena Landowska Wydawnictwo Media Rodzina, 2012 - See more at: http://mamaczyta.pl/zabawne-i-madre/niezwykly-swiety-mikolaj-niezwykly-pettson-i-niezwykly-findus#sthash.yv6YYU4K.dpuf
Wydawnictwo Media RodzinaAutor: Sven Nordqvist
Ilustracje: Sven Nordqvist
Tłumaczenie: Magdalena Landowska Wydawnictwo Media Rodzina, 2012 - See more at: http://mamaczyta.pl/zabawne-i-madre/niezwykly-swiety-mikolaj-niezwykly-pettson-i-niezwykly-findus#sthash.yv6YYU4K.dpuf
Niezwykły Święty Mikołaj
Autor: Sven Nordqvist
Ilustracje: Sven Nordqvist
Tłumaczenie: Magdalena Landowska
Wydawnictwo Media Rodzina, 2012 - See more at: http://mamaczyta.pl/zabawne-i-madre/niezwykly-swiety-mikolaj-niezwykly-pettson-i-niezwykly-findus#sthash.yv6YYU4K.dpuf
Autor: Sven Nordqvist
Ilustracje: Sven Nordqvist
Tłumaczenie: Magdalena Landowska
Wydawnictwo Media Rodzina, 2012 - See more at: http://mamaczyta.pl/zabawne-i-madre/niezwykly-swiety-mikolaj-niezwykly-pettson-i-niezwykly-findus#sthash.yv6YYU4K.dpuf
niedziela, 1 grudnia 2013
Joanna M.Chmielewska "Niebieska Niedźwiedzica"
Mama Niedźwiedzica śpiewała kołysanki swojemu maleństwu, od czasu do czasu zerkając w okno. Czekała. Tata Niedźwiedź też czekał. Słońce zaczynało już zachodzić, a oni czekali tak od rana na Króla Niedźwiedzi, który zgodnie z obyczajem jako pierwszy odwiedzał nowo narodzone niedźwiedziątko. A potem wyprawił wielką powitalną ucztę na cześć maleństwa.
Ach, cóż to były za biesiady! Stoły pełne smakołyków, okrzyki podziwu, pieśni ułożone specjalnie na tę okazję, prezenty... Ojej, Mama Niedźwiedzica nie mogła się już doczekać uczty. Przymknęła oczy. Słyszała dźwięki królewskiej orkiestry i czuła zapach najlepszego królewskiego miodu... Skrzypnięcie drzwi wyrwało ja z rozmarzenia.
W drzwiach stał Król.
- Witamy Waszą Wysokość. - Tata Niedźwiedź ukłonił się.
- To dla nas wielki zaszczyt, Wasza Wysokość. - Mama Niedźwiedzica drgnęła przed władcą.
Król odmruknął coś pod nosem i podszedł do kołyski.
- Ależ on jest niebieski! - zawołał na widok małego łebka wystającego z zawiniątka.
- Ona. To niedźwiedziczka - powiedziała z dumą mama, przyciskając dziecko do piersi. - Błękitna jak niebo, lazurowa jak morze, szafirowa jak klejnot, chabrowa jak kwiaty na łące, niebieska jak...
- Nie przyszedłem tu oglądać nieba, morza, klejnotów ani chabrów, tylko niedźwiedzia! - wykrzyknął zirytowany Król. - Niedźwiedzia! a niedźwiedzie mogą być brązowe, czarne, białe albo szare. Niebieskich niedźwiedzi nie ma!
- Ale przecież ona jest niebieska - zaprotestowała nieśmiało mama. - Nasza córeczka jest niebieska. I jest niedźwiedziem.
- Kto to widział! Niebieskie uszy, łapy, nos, a nawet brzuch! To niedopuszczalne! Oburzony Król odwrócił się na pięcie i, nie mówiąc nawet "do widzenia", wyszedł z chaty.
- A co z ucztą? - zawoła za nim mama.
- Uczty są dla niedźwiedzi! Dla prawdziwych niedźwiedzi, a nie dla takich niebieskich dziwadeł! - krzyknął władca.
- Zróbcie coś z tym! I to szybko!
Temat inności i akceptacji jest zawsze istotny. I tylko od koncepcji autora zależy, jak zechce o nim opowiedzieć.
Tym razem historię otwierają narodziny niebieskiego niedźwiedzia, który pojawia się w świecie o bardziej stonowanych kolorach. Nie znajdując afirmacji w niedźwiedziej społeczności rodzice decydują się na przeprowadzkę do krainy, w której mieszkają żółte krokodyle, pasiaste hipopotamy, bezogoniaste lwy i mnóstwo rożnych stworzeń. O tym jak rozwinęła się dalej historia można przeczytać, a nawet domyślić :) Książka jest bowiem ciekawa, ładnie zilustrowana i wydana, ale dość przewidywalna w fabule. Wydaje się, że jest to schemat tak często używany, że i tym razem dobrze się sprawdził.
Lektura wartościowa na poziomie edukacyjnym i przeżyciowym, ale według mnie do jednorazowego przeczytania i odstawienia na półkę.
Joanna M.Chmielewska
Niebieska Niedźwiedzica
Ilustracje Jona Jung
Wydawnictwo Bajka
Ach, cóż to były za biesiady! Stoły pełne smakołyków, okrzyki podziwu, pieśni ułożone specjalnie na tę okazję, prezenty... Ojej, Mama Niedźwiedzica nie mogła się już doczekać uczty. Przymknęła oczy. Słyszała dźwięki królewskiej orkiestry i czuła zapach najlepszego królewskiego miodu... Skrzypnięcie drzwi wyrwało ja z rozmarzenia.
W drzwiach stał Król.
- Witamy Waszą Wysokość. - Tata Niedźwiedź ukłonił się.
- To dla nas wielki zaszczyt, Wasza Wysokość. - Mama Niedźwiedzica drgnęła przed władcą.
Król odmruknął coś pod nosem i podszedł do kołyski.
- Ależ on jest niebieski! - zawołał na widok małego łebka wystającego z zawiniątka.
- Ona. To niedźwiedziczka - powiedziała z dumą mama, przyciskając dziecko do piersi. - Błękitna jak niebo, lazurowa jak morze, szafirowa jak klejnot, chabrowa jak kwiaty na łące, niebieska jak...
- Nie przyszedłem tu oglądać nieba, morza, klejnotów ani chabrów, tylko niedźwiedzia! - wykrzyknął zirytowany Król. - Niedźwiedzia! a niedźwiedzie mogą być brązowe, czarne, białe albo szare. Niebieskich niedźwiedzi nie ma!
- Ale przecież ona jest niebieska - zaprotestowała nieśmiało mama. - Nasza córeczka jest niebieska. I jest niedźwiedziem.
- Kto to widział! Niebieskie uszy, łapy, nos, a nawet brzuch! To niedopuszczalne! Oburzony Król odwrócił się na pięcie i, nie mówiąc nawet "do widzenia", wyszedł z chaty.
- A co z ucztą? - zawoła za nim mama.
- Uczty są dla niedźwiedzi! Dla prawdziwych niedźwiedzi, a nie dla takich niebieskich dziwadeł! - krzyknął władca.
- Zróbcie coś z tym! I to szybko!
Temat inności i akceptacji jest zawsze istotny. I tylko od koncepcji autora zależy, jak zechce o nim opowiedzieć.
Tym razem historię otwierają narodziny niebieskiego niedźwiedzia, który pojawia się w świecie o bardziej stonowanych kolorach. Nie znajdując afirmacji w niedźwiedziej społeczności rodzice decydują się na przeprowadzkę do krainy, w której mieszkają żółte krokodyle, pasiaste hipopotamy, bezogoniaste lwy i mnóstwo rożnych stworzeń. O tym jak rozwinęła się dalej historia można przeczytać, a nawet domyślić :) Książka jest bowiem ciekawa, ładnie zilustrowana i wydana, ale dość przewidywalna w fabule. Wydaje się, że jest to schemat tak często używany, że i tym razem dobrze się sprawdził.
Lektura wartościowa na poziomie edukacyjnym i przeżyciowym, ale według mnie do jednorazowego przeczytania i odstawienia na półkę.
Joanna M.Chmielewska
Niebieska Niedźwiedzica
Ilustracje Jona Jung
Wydawnictwo Bajka
niedziela, 17 listopada 2013
Zdeněk Svěrák "Ucieszki Cieszka"
O wielkiej
mgle
Ledwie w
gospodarstwie ogrodniczym skończyło się lato, zaraz następnego dnia w szyby
szklarni zastukała jesień, jakby jej się nie wiadomo jak śpieszyło.
– Ale
mgła! Jak w pralni! – powiedział tatuś rano, kiedy wyjrzał przez okno.
– Jak w
pralni? – wykrzyknął radośnie mały Cieszko. – Hura! Dziś będziemy mieli
pralnię!
I już ma
ręce w rękawach, a nogi w nogawkach, już wskakuje w kaloszki i wybiega na dwór.
Ale tuż za
progiem zatrzymał się i zaczął się bezradnie rozglądać na wszystkie strony.
Tego, co zobaczył, jeszcze nigdy w życiu nie widział. Na dworze nie było nic.
– Tatusiu,
mamusiu, ukradli nam szklarnię, inspekty, szopę z narzędziami i płot! Wszystko
nam ukradli!
Rodzice
rzecz jasna się uśmiali. I zaraz wyjaśnili chłopcu, że to nie jest sprawka
żadnego złodzieja, tylko wszystko zakryła gęsta mgła. I wszystko się znowu
odkryje, kiedy mgła opadnie albo się wzniesie, bo na pewno nie zostanie na
stałe, spokojna głowa.
– Coś
pięknego! – Cieszko rozglądał się, urzeczony mlecznym powietrzem. – Czy mogę
trochę pochodzić we mgle?
– Możesz –
pozwoliła mama – ale oddychaj przez nos i uważaj, żebyś się nie potknął.
– Będę
uważał! – odpowiedział Cieszko i przy wtórze blaszanego łoskotu konewek zarył nosem
w zagonek marchewki.
– Cześć,
konewki! Chodzę sobie we mgle – powiedział, zanim ktokolwiek zdążył go o coś
zapytać.
– Jasne,
na brzuchu! – zachichotały konewki.
Kiedy
ocynkowany śmiech ucichł, Cieszko usłyszał płacz. Był to płacz rozdzierający.
Czyli taki, który chciałby się rozedrzeć na pół i przestać płakać, ale nie daje
rady, więc drze się dalej i wciąż płacze.
– Kto tu
płacze? – zapytał Cieszko.
Nikt nie
odpowiedział.
– Czy to
ty, mgło?
– Nie –
rozległo się pomiędzy jednym szlochem a drugim.
– No to
kto?
– Ja,
Katarzynka! – odpowiedział głosik, całkiem już porwany na strzępy przez płacz.
Cieszko
najpierw się przestraszył, bo nie wiedział, co się jego koleżance stało. Ale
potem, jak to zwykle bywa z mężczyznami, w jednej chwili był gotów do
działania.
–
Katarzynko, nie płacz, już ci idę na pomoc! – krzyknął.
Dziewczynka
przestała płakać. Odetchnęła z ulgą, że akcja ratunkowa się rozpoczęła, i
zamilkła. Ale kto wie, czy to nie był błąd. Chłopiec stanął bezradnie we mgle i
nie wiedział, gdzie ma iść. Po chwili powiedział:
–
Katarzynko, może lepiej płacz, prędzej cię znajdę, jak będziesz płakać.
Dziewczynka
posłusznie, zgodnie z poleceniem, uderzyła w płacz.
Cieszko z
rękoma wyciągniętymi przed siebie ostrożnie zrobił parę kroków we mgle.
– Tu
jesteś! No to już nie płacz. – Cieszko pogłaskał coś zimnego.
Płacz się
urwał.
– Płacz
dalej, Katarzynko, to była pompa.
Katarzynka
znowu się rozbeczała.
– Tu
jesteś! No to już nie płacz. – Chłopczyk namacał w końcu coś, co pod względem
wysokości mogło odpowiadać zaginionej koleżance.
Płacz
ustał.
– Możesz
dalej beczeć, Katarzynko, to była łopata – oznajmił zrezygnowany Cieszko, a
kiedy potem jeszcze z radością objął pień jabłoni, westchnął:
– Wiesz
co, Katarzynko? Lepiej płacz bez przerwy, bo zdaje się, że to znowu nie jesteś
ty. No tak, to nie ty.
Żeby nie
trzymać was długo w napięciu: Cieszko nadział się jeszcze na furtkę, a potem
nareszcie trafił na swoją jedyną i najlepszą koleżankę.
– Już cię
mam! – ucieszył się, kiedy namacał jej głowę i włosy, a w nich dwie spinki w
kształcie margerytek, w których było jej bardzo do twarzy. I zaraz troskliwie
zapytał, co się stało.
–
Zgu-bi-łam oku-lar-ki… – zaszlochała Katarzynka.
– No to je
znajdziemy, nie martw się – powiedział Cieszko, przykucnął i zaczął po omacku
szukać na ziemi okularków. Bardzo ostrożnie, żeby ich przypadkiem nie
zmiażdżyć.
– Nie
znaj-dzie-my – pokręciła głową Katarzynka.
Cieszko
wstał i podszedł do niej blisko, żeby w tej mgle widzieć dobrze jej twarz. Bo
właśnie sobie przypomniał, jak kiedyś mama chciała nawlec igłę i szukała
okularów tak gorliwie, że wywróciła cały pokój do góry nogami, a w końcu
okazało się, że miała je na czole, trochę przesunięte do góry. Katarzynka nie
miała swoich okularków na czole. Miała za to, jak zauważył Cieszko, niemal
doszczętnie wypłakane oczy.
Kiedy
patrzył na te wypłakane oczy, wpadł mu do głowy świetny pomysł, z tych
świetnych pomysłów, co mu czasem wpadały do głowy.
–
Marchewka! – krzyknął.
Wziął
Katarzynkę za rękę i poprowadził ją pomiędzy zagonki.
–
Marchewka? – zdziwiła się dziewczynka.
– Na oczy
najlepsza jest marchewka – oświadczył synek ogrodników, wyciągając z zagonka
pomarańczową karotkę. – Kto je marchewkę, ten ma dobry wzrok. Tak mówił tatuś,
a tatusiowi powiedział to pan doktor Kment.
Mówiąc te
słowa, otworzył swój ogrodniczy nożyk z wygiętym ostrzem, oczyścił marchewkę z
ziemi i podał ją we mgle Katarzynce.
– Masz,
chrup! – polecił. – Może po tej marchewce nie będziesz więcej potrzebować
okularków.
Rozległo
się chrupanie, a w tym czasie Cieszko już wyciągał następną marchewkę.
– Poprawia
ci się wzrok? – zapytał.
– Nie –
odpowiedziała Katarzynka.
– To zjedz
jeszcze jedną. – Chłopczyk znowu wetknął rękę z marchewką w gęstą mgłę. –
Smaczna?
– Nie
wiem.
– Jak to
nie wiesz?
– Jeszcze
nawet nie spróbowałam.
– Nie
spróbowałaś? – roześmiał się Cieszko. – Przecież słyszę, jak chrupiesz!
– Ja wcale
nie chrupię, to ty chrupiesz – powiedziała Katarzynka.
– Ja? Coś
ty, ja nie chrupię. Żadnej marchewki nawet nie nadgryzłem – zaklinał się
chłopiec.
Najciekawsze,
że cały czas słychać było chrupanie.
– No nie,
mam już tego dosyć – zirytował się Cieszko. – Kto chrupie?
I wtedy z
mgły dobiegł ich złośliwy śmiech. A zaraz potem biała mgła cicho się podniosła
i nagle okazało się, że już jej nie ma.
– Poprawia
mi się wzrok! – wykrzyknęła radośnie Katarzynka. – Widzę rozmazany płot, widzę
rozmazanego ciebie i widzę rozmazanego… Hugona!
Faktycznie.
Być może wyda się to wam niewiarygodne, ale był to naprawdę łobuzisko Hugo. To
on zabierał Czeszkowi niewidzialne marchewki i natychmiast je chrupał we mgle.
Teraz właśnie kończył chrupać tę drugą i ze śmiechu trzymał się za brzuch.
Cieszko na
dobre się rozeźlił.
- Hugo! Ty
łobuzie! Mało ci, że będziesz miał tróję ze sprawowania za kradzież naszej sałaty?
Chcesz mieć dwóję ze sprawowania za kradzież naszej marchewki?!
Ale Hugo
zwyczajem takich właśnie gagatków, nic sobie z tego nie robił. Spokojnie
kroczył ścieżką, gryzł marchewkę, która nie była jego własnością, i zawadiacko
odrzucił nać lukiem przed siebie, żeby móc ją zgrabnie kopnąć. A ta kopnięta nać
wylądowała tuż obok małych okularków, które leżały na dróżce.
-
Patrzcie, co znalazłem! – pochwalił się łobuzersko Hugo, kręcąc okularami na
palcu tak ryzykownie, że mogły w każdej chwili wylecieć jak z procy i rozbić
się o kamień.
Książka, która daje tyle ucieszki, że szkoda byłoby przegapić ją w swoim księgozbiorze. Cieszko, a właściwie Boguszek jest synem państwa ogrodników. Mieszka za miastem w domu z żółtymi okiennicami. Ma psa Kwika, uroczą koleżaneczkę Katarzynkę i prześladowcę - łobuza o imieniu Hugo. Każdego dnia znajduje powód, by wieczorem podsumować dzień stwierdzeniem: tośmy się dziś znowu nacieszyli światem.
Chłopiec znajduje ucieszkę nawet wtedy, gdy parzy się pokrzywami, bo wtedy może obserwować na swoim ciele dziwne bąbelki. A gdy przytrzaśnie sobie kciuk drzwiami, rozpromieniony zauważa swój niebieski paznokieć. Gdy gradobicie niszczy warzywa i owoce, on podziwia piękne białe kuleczki itd, itd...
Bardzo polecam na chwile pełne ucieszki.
Zdeněk Svěrák
Ucieszki Cieszka
Ilustracje Ewa Stiasny
Wydawnictwo Dwie Siostry
Książka, która daje tyle ucieszki, że szkoda byłoby przegapić ją w swoim księgozbiorze. Cieszko, a właściwie Boguszek jest synem państwa ogrodników. Mieszka za miastem w domu z żółtymi okiennicami. Ma psa Kwika, uroczą koleżaneczkę Katarzynkę i prześladowcę - łobuza o imieniu Hugo. Każdego dnia znajduje powód, by wieczorem podsumować dzień stwierdzeniem: tośmy się dziś znowu nacieszyli światem.
Chłopiec znajduje ucieszkę nawet wtedy, gdy parzy się pokrzywami, bo wtedy może obserwować na swoim ciele dziwne bąbelki. A gdy przytrzaśnie sobie kciuk drzwiami, rozpromieniony zauważa swój niebieski paznokieć. Gdy gradobicie niszczy warzywa i owoce, on podziwia piękne białe kuleczki itd, itd...
Bardzo polecam na chwile pełne ucieszki.
Zdeněk Svěrák
Ucieszki Cieszka
Ilustracje Ewa Stiasny
Wydawnictwo Dwie Siostry
niedziela, 10 listopada 2013
Wanda Chotomska "Podróże na piórze"
Piekła baba placek,
miała ciężką pracę.
Chociaż miała chłopa w domu,
ani trochę jej nie pomógł.
Narąbała drew na opał,
a on coca-colę żłopał.
Rozpaliła ogień duży,
a on fajkę sobie kurzył.
Przytargała worek mąki,
a on tylko zbijał bąki.
Wbiła w mąkę jajek kopę,
a on ziewa. Co z tym chłopem?
Zaczyniła ciasto w dzieży,
a on już na łóżku leży.
Piekła placek dwie godziny,
chłop nie wylazł spod pierzyny.
A jak wylazł po omacku,
to od razu siadł na placku.
Zniszczył babie całą pracę
To ci chłop....
MASZ, BABO, PLACEK!
Zabawa idiomami i przysłowiami na miarę mistrzyni słowa. Ciekawe wiersze, często opowiadające jakąś historyjkę w malowniczy sposób ilustrują co znaczy np. stroić się w cudze piórka, być ubogim krewnym czy mleć ogonem. Choć to książka zaledwie na pól godziny, jest z pewnością taką, po która warto sięgać wielokrotnie. Ładnie wydana i ilustrowana.Zachęcam bardzo gorąco.
Wanda Chotomska
Podróże na piórze
Wydawnictwo Literatura
Ilustracje Marta Kurczewska
miała ciężką pracę.
Chociaż miała chłopa w domu,
ani trochę jej nie pomógł.
Narąbała drew na opał,
a on coca-colę żłopał.
Rozpaliła ogień duży,
a on fajkę sobie kurzył.
Przytargała worek mąki,
a on tylko zbijał bąki.
Wbiła w mąkę jajek kopę,
a on ziewa. Co z tym chłopem?
Zaczyniła ciasto w dzieży,
a on już na łóżku leży.
Piekła placek dwie godziny,
chłop nie wylazł spod pierzyny.
A jak wylazł po omacku,
to od razu siadł na placku.
Zniszczył babie całą pracę
To ci chłop....
MASZ, BABO, PLACEK!
Zabawa idiomami i przysłowiami na miarę mistrzyni słowa. Ciekawe wiersze, często opowiadające jakąś historyjkę w malowniczy sposób ilustrują co znaczy np. stroić się w cudze piórka, być ubogim krewnym czy mleć ogonem. Choć to książka zaledwie na pól godziny, jest z pewnością taką, po która warto sięgać wielokrotnie. Ładnie wydana i ilustrowana.Zachęcam bardzo gorąco.
Podróże na piórze
Wydawnictwo Literatura
Ilustracje Marta Kurczewska
Subskrybuj:
Posty (Atom)





