niedziela, 17 listopada 2013

Zdeněk Svěrák "Ucieszki Cieszka"



O wielkiej mgle
Ledwie w gospodarstwie ogrodniczym skończyło się lato, zaraz następnego dnia w szyby szklarni zastukała jesień, jakby jej się nie wiadomo jak śpieszyło.
– Ale mgła! Jak w pralni! – powiedział tatuś rano, kiedy wyjrzał przez okno.
– Jak w pralni? – wykrzyknął radośnie mały Cieszko. – Hura! Dziś będziemy mieli pralnię!
I już ma ręce w rękawach, a nogi w nogawkach, już wskakuje w kaloszki i wybiega na dwór.
Ale tuż za progiem zatrzymał się i zaczął się bezradnie rozglądać na wszystkie strony. Tego, co zobaczył, jeszcze nigdy w życiu nie widział. Na dworze nie było nic.
– Tatusiu, mamusiu, ukradli nam szklarnię, inspekty, szopę z narzędziami i płot! Wszystko nam ukradli!
Rodzice rzecz jasna się uśmiali. I zaraz wyjaśnili chłopcu, że to nie jest sprawka żadnego złodzieja, tylko wszystko zakryła gęsta mgła. I wszystko się znowu odkryje, kiedy mgła opadnie albo się wzniesie, bo na pewno nie zostanie na stałe, spokojna głowa.
– Coś pięknego! – Cieszko rozglądał się, urzeczony mlecznym powietrzem. – Czy mogę trochę pochodzić we mgle?
– Możesz – pozwoliła mama – ale oddychaj przez nos i uważaj, żebyś się nie potknął.
– Będę uważał! – odpowiedział Cieszko i przy wtórze blaszanego łoskotu konewek zarył nosem w zagonek marchewki.
– Cześć, konewki! Chodzę sobie we mgle – powiedział, zanim ktokolwiek zdążył go o coś zapytać.
– Jasne, na brzuchu! – zachichotały konewki.
Kiedy ocynkowany śmiech ucichł, Cieszko usłyszał płacz. Był to płacz rozdzierający. Czyli taki, który chciałby się rozedrzeć na pół i przestać płakać, ale nie daje rady, więc drze się dalej i wciąż płacze.
– Kto tu płacze? – zapytał Cieszko.
Nikt nie odpowiedział.
– Czy to ty, mgło?
– Nie – rozległo się pomiędzy jednym szlochem a drugim.
– No to kto?
– Ja, Katarzynka! – odpowiedział głosik, całkiem już porwany na strzępy przez płacz.
Cieszko najpierw się przestraszył, bo nie wiedział, co się jego koleżance stało. Ale potem, jak to zwykle bywa z mężczyznami, w jednej chwili był gotów do działania.
– Katarzynko, nie płacz, już ci idę na pomoc! – krzyknął.
Dziewczynka przestała płakać. Odetchnęła z ulgą, że akcja ratunkowa się rozpoczęła, i zamilkła. Ale kto wie, czy to nie był błąd. Chłopiec stanął bezradnie we mgle i nie wiedział, gdzie ma iść. Po chwili powiedział:
– Katarzynko, może lepiej płacz, prędzej cię znajdę, jak będziesz płakać.
Dziewczynka posłusznie, zgodnie z poleceniem, uderzyła w płacz.
Cieszko z rękoma wyciągniętymi przed siebie ostrożnie zrobił parę kroków we mgle.
– Tu jesteś! No to już nie płacz. – Cieszko pogłaskał coś zimnego.
Płacz się urwał.
– Płacz dalej, Katarzynko, to była pompa.
Katarzynka znowu się rozbeczała.
– Tu jesteś! No to już nie płacz. – Chłopczyk namacał w końcu coś, co pod względem wysokości mogło odpowiadać zaginionej koleżance.
Płacz ustał.
– Możesz dalej beczeć, Katarzynko, to była łopata – oznajmił zrezygnowany Cieszko, a kiedy potem jeszcze z radością objął pień jabłoni, westchnął:
– Wiesz co, Katarzynko? Lepiej płacz bez przerwy, bo zdaje się, że to znowu nie jesteś ty. No tak, to nie ty.
Żeby nie trzymać was długo w napięciu: Cieszko nadział się jeszcze na furtkę, a potem nareszcie trafił na swoją jedyną i najlepszą koleżankę.
– Już cię mam! – ucieszył się, kiedy namacał jej głowę i włosy, a w nich dwie spinki w kształcie margerytek, w których było jej bardzo do twarzy. I zaraz troskliwie zapytał, co się stało.
– Zgu-bi-łam oku-lar-ki… – zaszlochała Katarzynka.
– No to je znajdziemy, nie martw się – powiedział Cieszko, przykucnął i zaczął po omacku szukać na ziemi okularków. Bardzo ostrożnie, żeby ich przypadkiem nie zmiażdżyć.
– Nie znaj-dzie-my – pokręciła głową Katarzynka.
Cieszko wstał i podszedł do niej blisko, żeby w tej mgle widzieć dobrze jej twarz. Bo właśnie sobie przypomniał, jak kiedyś mama chciała nawlec igłę i szukała okularów tak gorliwie, że wywróciła cały pokój do góry nogami, a w końcu okazało się, że miała je na czole, trochę przesunięte do góry. Katarzynka nie miała swoich okularków na czole. Miała za to, jak zauważył Cieszko, niemal doszczętnie wypłakane oczy.
Kiedy patrzył na te wypłakane oczy, wpadł mu do głowy świetny pomysł, z tych świetnych pomysłów, co mu czasem wpadały do głowy.
– Marchewka! – krzyknął.
Wziął Katarzynkę za rękę i poprowadził ją pomiędzy zagonki.
– Marchewka? – zdziwiła się dziewczynka.
– Na oczy najlepsza jest marchewka – oświadczył synek ogrodników, wyciągając z zagonka pomarańczową karotkę. – Kto je marchewkę, ten ma dobry wzrok. Tak mówił tatuś, a tatusiowi powiedział to pan doktor Kment.
Mówiąc te słowa, otworzył swój ogrodniczy nożyk z wygiętym ostrzem, oczyścił marchewkę z ziemi i podał ją we mgle Katarzynce.
– Masz, chrup! – polecił. – Może po tej marchewce nie będziesz więcej potrzebować okularków.
Rozległo się chrupanie, a w tym czasie Cieszko już wyciągał następną marchewkę.
– Poprawia ci się wzrok? – zapytał.
– Nie – odpowiedziała Katarzynka.
– To zjedz jeszcze jedną. – Chłopczyk znowu wetknął rękę z marchewką w gęstą mgłę. – Smaczna?
– Nie wiem.
– Jak to nie wiesz?
– Jeszcze nawet nie spróbowałam.
– Nie spróbowałaś? – roześmiał się Cieszko. – Przecież słyszę, jak chrupiesz!
– Ja wcale nie chrupię, to ty chrupiesz – powiedziała Katarzynka.
– Ja? Coś ty, ja nie chrupię. Żadnej marchewki nawet nie nadgryzłem – zaklinał się chłopiec.
Najciekawsze, że cały czas słychać było chrupanie.
– No nie, mam już tego dosyć – zirytował się Cieszko. – Kto chrupie?
I wtedy z mgły dobiegł ich złośliwy śmiech. A zaraz potem biała mgła cicho się podniosła i nagle okazało się, że już jej nie ma.
– Poprawia mi się wzrok! – wykrzyknęła radośnie Katarzynka. – Widzę rozmazany płot, widzę rozmazanego ciebie i widzę rozmazanego… Hugona!
Faktycznie. Być może wyda się to wam niewiarygodne, ale był to naprawdę łobuzisko Hugo. To on zabierał Czeszkowi niewidzialne marchewki i natychmiast je chrupał we mgle. Teraz właśnie kończył chrupać tę drugą i ze śmiechu trzymał się za brzuch.
Cieszko na dobre się rozeźlił.
- Hugo! Ty łobuzie! Mało ci, że będziesz miał tróję ze sprawowania za kradzież naszej sałaty? Chcesz mieć dwóję ze sprawowania za kradzież naszej marchewki?!
Ale Hugo zwyczajem takich właśnie gagatków, nic sobie z tego nie robił. Spokojnie kroczył ścieżką, gryzł marchewkę, która nie była jego własnością, i zawadiacko odrzucił nać lukiem przed siebie, żeby móc ją zgrabnie kopnąć. A ta kopnięta nać wylądowała tuż obok małych okularków, które leżały na dróżce.
- Patrzcie, co znalazłem! – pochwalił się łobuzersko Hugo, kręcąc okularami na palcu tak ryzykownie, że mogły w każdej chwili wylecieć jak z procy i rozbić się o kamień.

Książka, która daje tyle ucieszki, że szkoda byłoby przegapić ją w swoim księgozbiorze. Cieszko, a właściwie Boguszek jest synem państwa ogrodników. Mieszka  za miastem w domu z żółtymi okiennicami. Ma psa Kwika, uroczą koleżaneczkę Katarzynkę i prześladowcę - łobuza o imieniu Hugo. Każdego dnia znajduje powód, by wieczorem podsumować dzień stwierdzeniem: tośmy się dziś znowu nacieszyli światem.
Chłopiec znajduje ucieszkę  nawet wtedy, gdy parzy się pokrzywami, bo wtedy może obserwować na swoim ciele dziwne bąbelki. A gdy przytrzaśnie sobie kciuk drzwiami, rozpromieniony zauważa swój niebieski paznokieć. Gdy gradobicie niszczy warzywa i owoce, on podziwia piękne białe kuleczki itd, itd...
Bardzo polecam na chwile pełne ucieszki.

Zdeněk Svěrák
Ucieszki Cieszka
Ilustracje Ewa Stiasny
Wydawnictwo Dwie Siostry

niedziela, 10 listopada 2013

Wanda Chotomska "Podróże na piórze"

Placek :)
Piekła baba placek,
miała ciężką pracę.
Chociaż miała chłopa w domu,
ani trochę jej nie pomógł.
Narąbała drew na opał,
a on coca-colę żłopał.
Rozpaliła ogień duży,
a on fajkę sobie kurzył.
Przytargała worek mąki,
a on tylko zbijał bąki.
Wbiła w mąkę jajek kopę,
a on ziewa. Co z tym chłopem?
Zaczyniła ciasto w dzieży,
a on już na łóżku leży.
Piekła placek dwie godziny,
chłop nie wylazł spod pierzyny.
A jak wylazł po omacku,

to od razu siadł na placku.
Zniszczył babie całą pracę 
To ci chłop....  
MASZ, BABO, PLACEK!

Zabawa idiomami i przysłowiami na miarę mistrzyni słowa. Ciekawe wiersze, często opowiadające jakąś historyjkę w malowniczy sposób ilustrują co znaczy np. stroić się w cudze piórka, być ubogim krewnym czy mleć ogonem. Choć to książka zaledwie na pól godziny, jest z pewnością taką, po która warto sięgać wielokrotnie. Ładnie wydana i ilustrowana.Zachęcam bardzo gorąco.



Wanda Chotomska
Podróże na piórze
Wydawnictwo Literatura
Ilustracje Marta Kurczewska

Marcin Szczygielski "Czarownica piętro niżej"

Przez krótką chwilę Maja stała osłupiała, gapiąc się na kota. Nagle drgnęła, nabrała głęboko tchu i rzuciła się biegiem w stronę zagonu słodkiego groszku.
- Ciabciu! Ciabciu! - wrzasnęła, gdy tylko dostrzegła siwowłosa postać w kwiecistej sukience.
Ciabcia obejrzała się przez ramię.
- No?
- Ciabciu ten twój zwariowany kot się do mnie odezwał! Po ludzku - wysapała, dobiegając do niej.
- Tak? - zapytała ciabcia z lekkim uśmiechem i wróciła do obrywania strączków grochu. - I co ci powiedział?
- Czy ty słyszałaś, co ja powiedziałam? - prawie wykrzyknęła dziewczynka. - On mówi!
- No pewnie, że mówi. - Ciabcia kiwnęła głową i kucnęła z trudem, sięgając po niżej rosnące strączki. - Byleby tylko z sensem.
- Ale on naprawdę mówi - powtórzyła Maja z rozpaczą, przekonana, ze Ciabcia robi sobie z niej żarty.
- Ale przecież ja ci wierzę. Dlaczego tak cię to dziwi?
- Jak to dlaczego? - Maja spojrzała na nią osłupiałym wzrokiem. - Przecież to kot!
- No i co?
- Koty nie mówią!
- A próbowałaś kiedyś z którymś porozmawiać?
Ciabcia wrzuciła do koszyka garść strączków, sięgnęła po ostatni, zwisający z gałązki, a potem otworzyła go i zjadła jedną z soczystych, zielonych kulek.
- Chcesz? Dobre. - Wyciągnęła w stronę Majki rękę z otwartym strączkiem.
- Nie wierzysz mi! - oskarżycielsko rzuciła maja.
- Przecież mówię, że wierzę.
- Wcale nie! Uważasz, że zmyślam - A on naprawdę się do mnie odezwał.
- I co powiedział?
- Żebym nie szła w krzaki za domkiem.
- I bardzo słusznie. - Ciabcia kiwnęła głową. - To nie jest miejsce dla ciebie.
- Dlaczego?
- Bo tam rosną takie roślinki, które nie lubią, gdy im się przeszkadza.
- Jakie roślinki?
- Specjalne. Potrafią pomagać, ale mogą też być niebezpieczne, a już szczególnie Zdradliwe Lilie, gdy się przebudzą. Zapamiętaj więc dobrze, co ten kot ci powiedział, i nigdy tam nie wchodź.

Czytanie książek Autora należy do jednej z największych przyjemności.
Są wakacje. Mai rodzi się siostrzyczka, a że przychodzi na świat za wcześnie, mama musi z nią zostać dłużej w szpitalu. Rodzice podejmują decyzję, która, choć dla w wszystkich trudna, w konsekwencji pozwoli dziewczynce przeżyć niezapomniane tygodnie. Tato przywozi Maję do Ciabci do Szczecina. Ciabcia jest cioteczną prababką, która na dobre udowodni, że telewizor i pizza to zdecydowanie nie są najatrakcyjniejsze rzeczy na świecie. Znakomite wakacyjne towarzystwo tworzą  nieznośny Marek, łysiejąca Monterowa, gadający kot i lisica (wiewiórka?) Foksi.
Wyobraźnia, poczucie humoru oraz tajemnica, która domaga się rozwiązania tworzą klimat książki, od której naprawdę trudno się oderwać.
Oczywiście książka bardzo doceniona przez dzieci i krytyków. Serdecznie polecam.

Marcin Szczygielski
Czarownica piętro niżej
Wydawnictwo Bajka
Ilustracje Magda Wosik

sobota, 5 października 2013

Stefan Themerson "Przygody Pędrka Wyrzutka"

Pędrek wyrzutek był sobie Pędrkiem Wyrzutkiem, ludzie jednak myśleli, że w nim jest coś psiego, psy zaś były zdania, że w nim jest coś człowieczego.
I kiedy szedł drogą, która wiodła do miasta, z którego wyszedł, do miasta, do którego szedł, ludzie, jakich spotykał, przystawali i wołali za nim: "Pódź tu, Pędrek!"; i bardzo mu było nieprzyjemnie, bo niby co to za takie zaczepianie przez kogoś, kto się nawet nie raczył przedstawić.
A psy, jakie spotkał po drodze, która wiodła od miasta, z którego wyszedł, do miasta, do którego szedł, biegły ku niemu, machały ogonami i stawały na tylnych łapach, żebrząc. więc bardzo mu było nieprzyjemnie, bo nie miał nic, co by im mógł dać.
Ryby piły zaś, które wychylały ponad wodę swe zębate nosy, tam gdzie droga prowadziła wzdłuż brzegu morskiego, myślały, że w nim jest coś ze słownika, i dziwiły się, dlaczego nie śpiewa: "Fiu fiut!"
Aż wreszcie, kiedy pewien kot pomyślał, że w nim jest coś z ryby, i próbował go zjeść, Pędrek Wyrzutek bardzo się bardzo bardzo znienieniecierpliwił i pierwsze pytanie, jakie zadał, kiedy doszedł do miasta, do którego szedł, było:
 - Czy jest tu ktoś mądry w tym mieście?
- Najmądrzejszą osoba w mieście - odrzekli mu - jest stary wielbłąd, który wykłada na Uniwersytecie.
Więc Pędrek Wyrzutek poszedł do Uniwersytetu, wprost do gabinetu Wielbłąda, i rzekł:
- Dzień dobry Panu Profesorowi! Nazywam się Pędrek Wyrzutek.
- Dzien dobry! - odrzekł Wielbłąd. - Ach Aha Oho.
- Przepraszam bardzo, ale nie dosłyszałem - powiedział Pedrek Wyrzutek.
- Nazwiska są po to, żeby ja znać, a nie po to, żeby ja zrozumieć - odrzekł Wielbłąd. - Moje nazwisko jest Ach Aha Oho! Nie sadzi pan, że mi z nim do twarzy! Bardzo wygodne nazwisko. Można je wymówić na dwadzieścia siedem rożnych sposobów. "Ach" można wymówić ze zdziwieniem: "Ach?!" albo z radością "Ach!", albo z żalem: "Ach...!", "Aha" można wymówić, przytakując: "Aha..." albo tryumfalnie: "Aha!", albo kpiąco: "Aha!..."; a "Oho" można odchrząknąć, żeby zwrócić na coś uwagę: "Oho!..." albo żeby ostrzec przed czymś: "Oho!", albo filuternie "Oho...!"

27 SPOSOBÓW WYMÓWIENIA NAZWISKA ACH AHA OCH

1. Ach?! ze zdziwieniem Aha... przytakując Oho!... odchrząkując
2. Ach?! ze zdziwieniem Aha... przytakując Oho! ostrzegawczo
3. Ach?! ze zdziwieniem Aha... przytakując Oho...! filuternie
4. Ach?! ze zdziwieniem Aha! Tryumfalnie Oho!... odchrząkując
5. Ach?! ze zdziwieniem Aha! Tryumfalnie Oho! ostrzegawczo
6. Ach?! ze zdziwieniem Aha! Tryumfalnie Oho...! filuternie 
7. Ach?! ze zdziwieniem Aha!... kpiąco Oho!... odchrząkując
8. Ach?! ze zdziwieniem Aha!... kpiąco Oho! ostrzegawczo
9. Ach?! ze zdziwieniem Aha!... kpiąco Oho...! filuternie
10. Ach! z radością Aha... przytakując Oho!... odchrząkując
11. Ach! z radością Aha... przytakując Oho! ostrzegawczo
12. Ach! z radością Aha... przytakując Oho...! filuternie
13. Ach! z radością Aha! Tryumfalnie Oho!... odchrząkując
14. Ach! z radością Aha! Tryumfalnie Oho! ostrzegawczo
15. Ach! z radością Aha! Tryumfalnie Oho...! filuternie
16. Ach! z radością Aha!... kpiąco Oho!... odchrząkując
17. Ach! z radością Aha!... kpiąco Oho! ostrzegawczo
18. Ach! z radością Aha!... kpiąco Oho...! filuternie 
19. Ach...! z żalem Aha... przytakując Oho!... odchrząkując
20. Ach...! z żalem Aha... przytakując Oho! ostrzegawczo
21. Ach...! z żalem Aha... przytakując Oho...! filuternie
22. Ach...! z żalem Aha! Tryumfalnie Oho!... odchrząkując
23. Ach...! z żalem Aha! Tryumfalnie Oho! ostrzegawczo
24. Ach...! z żalem Aha! Tryumfalnie Oho...! filuternie
25. Ach...! z żalem Aha!... kpiąco Oho!... odchrząkując
26. Ach...! z żalem Aha!... kpiąco Oho! ostrzegawczo
27. Ach...! z żalem Aha!... kpiąco Oho...! filuternie        

- Jest jedna rzecz, której nie wiem...- rzekł Pedrek Wyrzutek, ale profesor Wielbłąd przerwał mu w połowie zdania.(...)
 - Ja chciałem Pana Profesora zapytać, kto ja jestem – powiedział Pędrek Wyrzutek.
- Ach! – żachnął się Wielbłąd. – To wcale nie jest pytanie. To jest Oznajmienie, a nie Pytanie. Jeżeli chcesz wiedzieć, kto jesteś, powinieneś spytać wprost: „Kto ja jestem?”
- Kto Pan Profesor jest? – zdziwił się Pędrek Wyrzutek.
- Ja jestem Ach Aha Oho, Wielbłąd i Profesor. Ja jestem Cały Świat minus Cały-Świat-oprócz-mnie. Oto co jestem! – odrzekł Wielbłąd szybko.
- Ale kto ja jestem? – zapytał Pędrek Wyrzutek.
- Ty jesteś Pędrek Wyrzutek. Ty jesteś Cały Świat minus Cały-Świat-oprócz-ciebie. Oto co jesteś! – rzekł Wielbłąd. I dodał: – Dziwne, że sam tego nie wiesz.


Trafiłam na tę książkę przypadkiem przy okazji zakupu książek psychologicznych. Zaintrygował mnie tytuł. I tak stałam się posiadaczką dość niezwyklej pozycji w mojej biblioteczce. Książka przywodzi mi na myśl Małego Księcia, choć wydaje się nieco trudniejsza.
Główny bohater wyrusza w podroż, by znaleźć odpowiedź na pytanie "Kim jestem?". Pędrek jest bowiem hybrydą człowieka, psa, ryby i słowika. Gdziekolwiek się nie pojawi jest wyrzutkiem. Poczucie inności dotyka go boleśnie. Pędrek przechodzi z rozdziału do rozdziału spotykając rożne postaci, ale żadna z nich nie przynosi odpowiedzi na  nurtujące go pytanie.
To powiastka filozoficzna w baśniowym klimacie, ciekawie napisana, bez jednoznacznych odpowiedzi. Jej niezwykłość polega na tym, że jest wielowarstwowa - dzieci znajdą tu klimaty rodem z baśni i świata fantastyki, dorośli mogą korzystać z bogactwa metafor i tematów do refleksji.
Ciekawe ilustracje żony autora. Bardzo ładne wydanie.

Stefan Themerson
Przygody Pędrka Wyrzutka
Ilustracje Franciszka Themerson
Wydawnictwo Iskry

środa, 11 września 2013

Krystyna Boglar "Klementyna lubi kolor czerwony"

Była sobota dwudziestego szóstego sierpnia. Dlaczego ta data jest taka ważna, okaże się oczywiście dużo później, ale na razie dodamy tylko, że ta właśnie sobota była bardzo długa i nudna. Mimo to perspektywa wczesnego pójścia do łóżka nikomu się właściwie nie uśmiechała. No, ale co można robić innego w domku na skraju lasu po zapadnięciu zmroku? Oczywiście dorośli zawsze znajdują jakieś wyjście z sytuacji, ale co mają robić dzieci i na przykład kury? Kury są tu przykładem, bo przecież wszyscy dobrze wiedzą, że na wsi „chodzi się spać z kurami“. A to była wieś. Nazywała się bardzo zwyczajnie Aniołkowo, ale i tak wszyscy nazywali ją Wsią Wakacyjną: mama, tata i nawet gruba pani Śmietanowa, u której mieszkali. Oczywiście pani Śmietanowa też nazywała się inaczej, ale to już był jeden ze znakomitych pomysłów Asi. Bo pani Śmietanowa dostarczała wszystkim okolicznym urlopowiczom znakomitą, tłustą śmietanę — szalenie ważny dodatek do poziomek i pierogów z serem.
I choć to nie był dzień „pierogowy“, ta właśnie sobota stała się bardzo ważnym dniem w życiu Marka, Asi, no i Pulpeta. Pulpet (choć z niemałym trudem) siedział na żerdce ogrodzenia oddzielającego kurnik od słonecznikowej grządki i machając leniwie nogami, łuskał drobne ziarnka wprost ze sztywno rosnącej słonecznikowej tarczy. Pani Śmietanowa bardzo się o to gniewała, bo prawie wszystkie słoneczniki miały wyjedzone najlepsze miejsca i brzydko świeciły łysinami, ale Pulpet był tak łakomy, że nie pomagały nawet tatusiowe groźby.
Siedział więc na tej żerdce, która niebezpiecznie trzeszczała, i zastanawiał się co będzie robił jutro, bo niedziela na wakacjach niczym się przecież nie wyróżnia od pozostałych dni tygodnia.
— Jak myślisz — zapytał wypluwając łuskę ziarenka — czy jutro też będzie na obiad gotowana kura?
— Na pewno — odparł Marek drapiąc się zawzięcie w łydki okropnie pogryzione przez komary.
Marek bardzo nie lubił gotowanej kury, ale w tej wiosce zewsząd otoczonej lasem, odległej o trzydzieści kilometrów od najbliższego miasteczka, nic innego nie można było dostać. Ziewnął szeroko i spojrzał ponad wysokie konary sosen, czerwone od promieni zachodzącego słońca.
— Pobiegniemy jeszcze do Żabiego Króla?
— Możemy pójść — odparł Pulpet złażąc z trudem z żerdki. — Na bieganie nie mam jakoś ochoty!
Należałoby może wyjaśnić, że Pulpet tak naprawdę nazywał się Darek, ale nikt już o tym nie pamiętał, nawet mamusia, której to imię kiedyś szalenie się podobało. Nic w tym zresztą dziwnego, że przezwisko „Pulpet“ przylgnęło do chłopca z taką łatwością. Jak daleko pamięć sięga, Pulpet zawsze był tłusty i nie lubił się ruszać. Toteż Marek tylko westchnął ciężko i kiwnął głową.
— Zawołać Asię? — zapytał li tylko dla formy, bo wiadomo było, że do Żabiego Króla chodzi się zawsze we trójkę.
Asia skończyła właśnie rytuał wieczornego podlewania kwiatowych grządek i odstawiła pustą konewkę koło beczki z deszczówką.
— Idziemy!I — powiedział Marek i pociągnął głośno nosem.
Z kuchni bowiem, przez otwarte okno, doleciał go zapach ciasta ze śliwkami.
— Nie węsz — powiedziała Asia otrzepując ręce — dzisiaj nic z tego! Śmietanowa nie da ani okruszyny!
— Właściwie dlaczego placek można jeść tylko w niedzielę? — denerwował się Pulpet. — Przecież to szalenie niesprawiedliwe!
Tak naprawdę to cała trójka zgadzała się z tym całkowicie. No, bo dlaczego pieczenie takich pyszności, jakimi są bez wątpienia placki ze śliwkami lub masą orzechową, odbywa się zawsze w sobotę? A na dodatek je się dopiero w niedzielę?
Dzieci wciągnęły jeszcze nosami zapach ciasta i pomału podreptały gęsiego w stronę małego stawku otoczonego ze wszystkich stron ciemnozieloną ścianą lasu.
Stawek — czyli państwo Żabiego Króla — odkryli kiedyś przypadkiem w pierwszych dniach swego pobytu we Wsi Wakacyjnej. Bawiąc się w Indian, z piórami przepisowo zatkniętymi w potargane czupryny, rozpierzchli się po lesie szukając Olka — Zielonej Strzały, ukrytego gdzieś wśród gęstwiny. Głośny wrzask i chlupot, który rozległ się nagle z lewej strony wielkiego dębu, wywabił z wigwamu nawet Pulpeta, który w tym dniu pełnił straż obozową. Okazało się, że to Bolek, sam Wielki Karaluch, wódz i znakomity indiański wojownik, wpadł nagle aż po szyję w sadzawkę zarosłą zieloną rzęsą. Kiedy, wyłowiony wspólnymi siłami, zrzucał przemoczoną odzież, z kieszeni na piersi wyskoczyła mu ogromna, zielona żaba.
Oczywiście, był to ów Żabi Król — władca stawu bez dna, król, którego państwo, choć niewielkie, bogate było nadzwyczaj w żabich obywateli. Ba, król posiadał swój żabi chór, który wieczorami dawał nadzwyczajne koncerty.
A więc kiedy tak sobie maszerowali gęsiego, idący przodem Marek nagle raptownie przystanął. Oczywiście, Pulpet wpadł na niego z impetem i o mały włos go nie przewrócił.
— Co się stało? — zapytała Asia zamykająca pochód.
— Ciii... — zamruczał Marek, wyraźnie czegoś nadsłuchując.
— Boooję się — wyjąkał Pulpet na wszelki wypadek. Pulpetowi zawsze się wydawało, że skoro już się boi — to właściwie ma jak gdyby cały problem „z głowy“, bo przecież nic się straszniejszego już stać nie może.
— Słyszycie? Ktoś tu płacze — Marek wskazał ręką kępę fioletowo kwitnących krzaków. — Tam!
Teraz już cała trójka usłyszała jak gdyby ciche pochlipywanie.
— Może to duch? — zapytał Pulpet cofając się.
— Duch nie chlipie, tylko dzwoni łańcuchami — odparła Asia z przekonaniem.
— No, ale jeśli akurat nie ma łańcuchów? — wyjąkał Pulpet drżącym głosem.
— Idziemy! — zakomenderował Marek i zaczął się przedzierać w kierunku krzaka.
— Mmoże jjja zostanę na straży — zamamrotał Pulpet, który miał ogromną ochotę wziąć nogi za pas i zwiać do domu, ale przeszkadzała mu w tym Asia stojąca za nim na wąskiej ścieżce.
— Chodź, tchórzu — powiedziała i popychając przed sobą opierającego się brata, zaczęła przedzierać się przez kolczaste krzewy.
Chcąc nie chcąc, Pulpet sunął naprzód, rozgarniając ostrożnie gałęzie. Z wielkim trudem starał się opanować ogarniający go, przemożny strach, który obezwładniał mu nogi i wyginał buzię w podkówkę.
„Nie ryknę! Wcale nie mam zamiaru ryknąć“ — przemawiał do siebie raz po raz, potykając się o wystające korzenie.
Tymczasem Marek dotarł wreszcie do fioletowo kwitnącego krzaka i delikatnie rozsunął gałęzie. To, co zobaczył, wprawiło go w takie osłupienie, że nie zareagował nawet na zduszony szept Asi, która szarpała go za ramię, chcąc czym prędzej poznać źródło tajemniczych pochlipywań.
— No, co tam jest? — zapytała zniecierpliwiona milczeniem brata.
— Co jest? — powtórzył jak echo Pulpet.
— Dziecko — powiedział niepewnie Marek. — Mała dziewczynka!
— Pokaż! — zażądała Asia i odsunąwszy gałąź zajrzała Markowi przez ramię.
Pod krzakiem, na kupce zielonego mchu, siedziała mała, bardzo zapłakana dziewczynka. Ubrana była w czerwoną sukienkę z błyszczącego materiału, a na głowie miała zawiązaną czerwoną chusteczkę. Brudną piąstkę przyciskała do buzi, z której co chwilę wyrywał się głośny szloch, i z przerażeniem patrzyła szeroko otwartymi oczyma na nieznajomą trójką dzieci.
— Biedne dziecko — wyszeptała Asia. — Skąd ona się tu wzięła samiutka w lesie?
— Widocznie się zgubiła — powiedział Marek, któremu też zrobiło się bardzo przykro na widok zapłakanej buzi małej nieznajomej.
Dziewczynka wyjęła piąstkę z buzi i przysłuchiwała się rozmowie.
— Jak się nazywasz? — zapytał Marek, słusznie rozumując, że tylko w ten sposób można się o dziecku dowiedzieć czegoś bliższego.
— Jarzynka — powiedziała mała bardzo cieniutkim głosem.


Jest koniec wakacji. Dzieci marzą o ciekawej przygodzie. I tak, pewnego dnia znajduję w lesie małą dziewczynkę - Jarzynkę. Jarzynka  mocno popłakuje i twierdzi, że w lesie została Klementyna. Dzieci uznają, że to siostra Jarzynki i postanawiają w tajemnicy przed dorosłymi  ją odnaleźć. Marek, Pulpet, Asia, Tolek, Olek i Bolek rozpoczynają nocne, nieco straszne poszukiwania. W lesie jest strasznie: pada deszcz, jest ciemno, słychać niepokojące odgłosy, widać cienie i świecące punkciki. 
Tymczasem dorośli otrzymują komunikat o zaginięciu dziecka i natychmiast rozpoczynają własne poszukiwania.
Z niedopowiedzeń i fantazji powstaje świat pełen ekscytacji i tajemnicy. Akcja się rozwija, napięcie rośnie, czytelnik czeka na finał...
Wszystko dobrze się kończy. Ulga miesza się z radością. Końcowe rozdziały wnoszą sporą dawkę humoru.
Książka ciekawa, ale do jednorazowej lektury. Jak to się mówi: lekka, łatwa i przyjemna.


Krystyna Boglar 
Klementyna lubi kolor czerwony
Ilustracje Bohdan Butenko
Wydawnictwo Dwie Siostry