Urlich Janssen, Ulla Steuernagel
Uniwersytet dziecięcy
Wydawnictwo Dwie Siostry
Co leży pod skorupą ziemską?
Im dalej w głąb Ziemi, tym większy upał. W dolnej warstwie skorupy ziemskiej temperatury dochodzą do 400, a nawet 900 stopni Celsjusza. Ta cienka skorupa, którą opuścimy, by dotrzeć do środka Ziemi, chroni jej powierzchnię przed dużo wyższymi temperaturami. Przed nami długa podróż przez tak zwany płaszcz Ziemi. Trzeba pokonać odległość 2850 kilometrów, mniej więcej tyle, co z Wrocławia do Egiptu. Przez bulaje naszego okrętu widzimy, jak zmienia się "krajobraz". zamiast szaroczarnego granitu otacza nas zielonkawa, bardziej miękka niż skorupa, stopiona substancja. Minerał, z którego składa się górna część płaszcza Ziemi, to oliwin.. Grudki oliwinu znajdujemy czasem n a powierzchni Ziemi, zwłaszcza tam, gdzie występują wulkany.
W ziemskim płaszczu panuje wysoka temperatura - 1400 stopni Celsjusza - o wiele wyższa niż w ognisku. Już przy ognisku dużo się dzieje, bo wszystko trzeszczy, iskrzy się, żarzy, dym, popiół i iskry unoszą się. A co dopiero odbywa się we wnętrzu Ziemi, gdzie jest znacznie goręcej! Do góry przesuwają się, wypalając sobie wolną drogę, bryły magmy, a opadają mniej gorące, czyli cięższe porcje roztopionych skał.
Nasz okręt musi być dobrze opancerzony, żeby przedrzeć się przez rozgrzany do 1400 stopni Celsjusza płaszcz Ziemi, który w dolnej części staje się ciągliwy i jakby bardziej płynny. podróż robi się naprawdę niebezpieczna, kiedy docieramy do następnej warstwy Ziemi - do "jądra zewnętrznego". Temperatura wzrasta do 5000 stopni Celsjusza i nasz statek nie potrzebuje już żadnego wiertla - kołysząc się nurkuje w płynnej masie. osiągnęliśmy jądro zewnętrzne - warstwę, która tworzy płynny metal. Niektórym z was nie jest obcy widok huty i płynącej z hutniczego pieca surówki. Taki obraz znajduje się za bulajami naszego okrętu.
Okręt przemierza 2080 kilometrów w płynnym metalu, by wreszcie dotrzeć do centrum Ziemi, do "jądra wewnętrznego", które - tak jak zewnętrzne - składa się z żelaza i niklu, nie jest już jednak płynne. Jądro wewnętrzne jest twarde, niesamowicie twarde, bo w ciągu 4,6 miliardów lat zgromadziły się w nim najcięższe składniki Ziemi. Jądro wewnętrzne, w które się wwierciliśmy się naszym okrętem, jest okrągłą, gorącą i niewyobrażalnie ciężką bryłą metalu, która tkwi w Ziemi jak pestka w śliwce.W naszej fantazji możemy wwiercić się też i w tę bryłę, przebyć w 1390 kilometrów i znaleźć się w potężnej metalowej kuli w samym środku Ziemi.
Nasza planeta ma serce z metalu - kto by pomyślał!
Uniwersytet dziecięcy jest odpowiedzią na potrzeby dzieci, które chciały znać odpowiedzi na trudne pytania. Dorośli dali im możliwość ich odnalezienia w formie otwartych wykładów na uniwersytecie w Tybindze w Niemczech. Znakzomita inicjatywa, która z sali wykładowej przeszła na karty książki.
W lekturze naukowcy próbują odpowiedzieć na pytania:
- Dlaczego dinozaury wyginęły?
- Dlaczego wulkany zieją ogniem?
- Dlaczego jedni są biedni, a inni bogaci?
- Dlaczego śmiejemy się z dowcipów?
- Dlaczego ludzie umierają?
- Dlaczego człowiek pochodzi od małpy?
- Dlaczego muzułmanie modlą się na dywanach?
- Dlaczego szkoła jest głupia?
Książka napisana bardzo przystępnym i ładnym językiem. Jej podtytuł to Mądre odpowiedzi na trudne pytania. Sporo poczucia humoru, ciekawych porównań, intrygujących ciekawostek. Zachęcam do zakupu.
niedziela, 27 kwietnia 2014
wtorek, 18 marca 2014
Gabriel Pacheco - meksykański ilustrator
Mam nadzieję, że bajki, które ilustruje Gabriel Pacheco, uda się rozpoznać na wszystkich kontynentach...
Nieco starsi odbiorcy mogą zaciekawić się innymi rycinami Autora http://www.gabriel-pacheco.blogspot.com/
Nieco starsi odbiorcy mogą zaciekawić się innymi rycinami Autora http://www.gabriel-pacheco.blogspot.com/
niedziela, 16 marca 2014
Marcin Szczygielski "Arka czasu"
- Chcesz się przyjaźnić? - odzywa się ktoś za moimi plecami tak nieoczekiwanie, że aż
podskakuję z przestrachu.
Odwracam się na pięcie i staję twarzą w twarz z dziewczynką, którą widziałem na przedstawieniu lalkowego teatru kilka dni temu. Przygląda mi się z poważną miną, ręce trzyma splecione z tyłu. Akurat zszedłem na podwórko, żeby popatrzeć jak rośliny wychodzą z ziemi. Jest ciepło i świeci słońce.
- Nie wiem - odpowiadam niepewnym głosem.
Prawdę mówiąc, rzadko zdarzało mi się bawić z innymi dziećmi. KIEDYŚ, gdy zacząłem mieszkać z Dziadziem, zajmowała się mną jedna panienka, miała na imię Marianna. Zabierała mnie czasem do Ogrodu Saskiego, pamiętam to jak przez mgłę. Tam było dużo dzieci, biegaliśmy po trawnikach, chowaliśmy się przed sobą w krzakach. To było bardzo dawno - tak jak innych wspomnień z innych czasów i tych nie jestem pewny. Może jednak wszystko mi się tylko przyśniło? Potem, gdy zaczęła się wojna, a wreszcie powstała Dzielnica, rzadko wychodziłem z domu. Ludzie bez przerwy wprowadzali się i wyprowadzali, co chwilę pojawiał się ktoś nowy, jakieś inne dzieci - widywałem je od czasu do czasu, wciąż inne. Spędzałem więc zazwyczaj czas tylko sam ze sobą albo z Dziadziem.
- Jestem Lidia - oznajmia dziewczynka. - Możesz mi mówić Lidka. A ty masz na imię Rafał.
- Skąd wiesz?
- Niania mówiła.
- Aha - bąkam. - To ta z nosem jak haczyk, która wygląda jak wrona?
Lidka spogląda na mnie ze zdumieniem, a potem zaczyna się śmiać.
- Tak, to ona. Nie powiem jej tego.
- Czego?
- Tego, co o niej powiedziałeś. To będzie nasz sekret.
- A gdzie twój brat? - pytam.
- Och, Piotruś. Piotruś jest chory, przyszedł do niego doktor, dlatego kazali mi wyjść na podwórko.
- A co mu jest?
- Nie wiem. Ma gorączkę. To co, chcesz? Możemy się razem bawić.
- A w co?
- We wszystko. - Lidka wzrusza ramionami. - A w co zwykle się bawisz?
Spoglądam na nią ze zdziwieniem. W co ja się zwykle bawię? Chyba nie bawię się w ogóle.
- Czytam książki - mowię po krótkim namyśle.
- Książki? W to się nie da bawić we dwoje. Ale jeśli chcesz, możemy się pobawić w szkołę.
Przepiękna książka. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Temat tak trudny, że trzeba niezwykłego wyczucia, by nie zgubić wszystkiego, co ważne. A odnaleźć to, co istotne można wsłuchując się w innych i dbając o KIEDYŚ. Tak to zrozumiałam.
Rafał ma prawie dziewięć lat i mieszka w Dzielnicy. Ta dzielnica to warszawskie getto. Ukochany Dziadzio, przedwojenny skrzypek w filharmonii, dopóty może opiekuje się wnukiem. Przychodzi dzień, w którym decyduje się na wydostanie chłopca z Dzielnicy. Co ma z tym wspólnego"Wehikuł czasu", warszawskie zoo, Emek, Lidka, Miksio, Bursztyn i pani w zielonym płaszczu? Odpowiedzi można szukać na blisko trzystu stronach powieści.
O przyjaźni, miłości, potędze wyobraźni, szacunku do historii i bliskich.
Uwielbiam książki tego Autora i bardzo polecam.
Marcin Szczygielski
Arka czasu
Wydawnictwo Stentor
Odwracam się na pięcie i staję twarzą w twarz z dziewczynką, którą widziałem na przedstawieniu lalkowego teatru kilka dni temu. Przygląda mi się z poważną miną, ręce trzyma splecione z tyłu. Akurat zszedłem na podwórko, żeby popatrzeć jak rośliny wychodzą z ziemi. Jest ciepło i świeci słońce.- Nie wiem - odpowiadam niepewnym głosem.
Prawdę mówiąc, rzadko zdarzało mi się bawić z innymi dziećmi. KIEDYŚ, gdy zacząłem mieszkać z Dziadziem, zajmowała się mną jedna panienka, miała na imię Marianna. Zabierała mnie czasem do Ogrodu Saskiego, pamiętam to jak przez mgłę. Tam było dużo dzieci, biegaliśmy po trawnikach, chowaliśmy się przed sobą w krzakach. To było bardzo dawno - tak jak innych wspomnień z innych czasów i tych nie jestem pewny. Może jednak wszystko mi się tylko przyśniło? Potem, gdy zaczęła się wojna, a wreszcie powstała Dzielnica, rzadko wychodziłem z domu. Ludzie bez przerwy wprowadzali się i wyprowadzali, co chwilę pojawiał się ktoś nowy, jakieś inne dzieci - widywałem je od czasu do czasu, wciąż inne. Spędzałem więc zazwyczaj czas tylko sam ze sobą albo z Dziadziem.
- Jestem Lidia - oznajmia dziewczynka. - Możesz mi mówić Lidka. A ty masz na imię Rafał.
- Skąd wiesz?
- Niania mówiła.
- Aha - bąkam. - To ta z nosem jak haczyk, która wygląda jak wrona?
Lidka spogląda na mnie ze zdumieniem, a potem zaczyna się śmiać.
- Tak, to ona. Nie powiem jej tego.
- Czego?
- Tego, co o niej powiedziałeś. To będzie nasz sekret.
- A gdzie twój brat? - pytam.
- Och, Piotruś. Piotruś jest chory, przyszedł do niego doktor, dlatego kazali mi wyjść na podwórko.
- A co mu jest?
- Nie wiem. Ma gorączkę. To co, chcesz? Możemy się razem bawić.
- A w co?
- We wszystko. - Lidka wzrusza ramionami. - A w co zwykle się bawisz?
Spoglądam na nią ze zdziwieniem. W co ja się zwykle bawię? Chyba nie bawię się w ogóle.
- Czytam książki - mowię po krótkim namyśle.
- Książki? W to się nie da bawić we dwoje. Ale jeśli chcesz, możemy się pobawić w szkołę.
Przepiękna książka. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Temat tak trudny, że trzeba niezwykłego wyczucia, by nie zgubić wszystkiego, co ważne. A odnaleźć to, co istotne można wsłuchując się w innych i dbając o KIEDYŚ. Tak to zrozumiałam.
Rafał ma prawie dziewięć lat i mieszka w Dzielnicy. Ta dzielnica to warszawskie getto. Ukochany Dziadzio, przedwojenny skrzypek w filharmonii, dopóty może opiekuje się wnukiem. Przychodzi dzień, w którym decyduje się na wydostanie chłopca z Dzielnicy. Co ma z tym wspólnego"Wehikuł czasu", warszawskie zoo, Emek, Lidka, Miksio, Bursztyn i pani w zielonym płaszczu? Odpowiedzi można szukać na blisko trzystu stronach powieści.
O przyjaźni, miłości, potędze wyobraźni, szacunku do historii i bliskich.
Uwielbiam książki tego Autora i bardzo polecam.
Marcin Szczygielski
Arka czasu
Wydawnictwo Stentor
niedziela, 9 marca 2014
Grzegorz Gortat "Muszkatowie czyli jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" - na miłe popołudnie, ale bez wielkich achów i ochów
Dom, w którym mieszkała pani Zimmerman, znajdował się o dziesięć minut drogi. Stał na obrzeżach starej willowej dzielnicy, którą ostatnia wojna szczęśliwie oszczędziła. Pani Zimmerman nie była jego jedyną lokatorką. Ogrodzony od ulicy wysokim murem, równie stary jak wiekowe drzewa w otaczającym go ogrodzie, dwupiętrowy budynek miał wiele pokoi i przez lata zgromadził mnóstwo historii o jego przychodzących i odchodzących mieszkańcach.
Szli całą czwórką szeroką aleją prowadzącą do bramy wejściowej, mijając dużą tablicę informacyjną z napisem "DOM SPOKOJNEJ STAROŚCI".
- To tu mieszka pani Zimmermann? - zapytał uczeń profesora Kokoszki.
- Ja wyjaśnię - wyrwała się Muszka. - Pani Zimmermann sama mi o wszystkim opowiadała. Jak miała dziesięć lat, wybuchła wojna i cała jej rodzina zginęła. Dlatego jest sama.
- Była nauczycielką naszej babci, a potem mamy, stąd mama ją zna - wtrącił Sumo. - Choć całe życie uczyła dzieci, swoich nie miała. Staramy się odwiedzać panią Zimmerman przynajmniej raz w tygodniu. Ostatni raz byliśmy dwa tygodnie temu, a to dlatego, że był koniec roku szkolnego, a potem rodzice się szykowali do wyjazdu.
- Lubię tu przychodzić - ciągnęła Muszka. - Pani Zimmermann zna dużo ciekawych historii.
Przy murze, po prawej stronie bramy, na niewysokim cokole, stała naturalnej wielkości rzeźba z kamienia.
- A to kto?
- Święty Antoni - wyjaśnił Tymon. - Kiedyś był tu zakon franciszkanów. Jeszcze przed wojna władze zakonu zapisały cały teren jakiejś organizacji charytatywnej, która miała tu prowadzić dom spokojnej starości.
- To ma być Antoni? Akurat! Wcale niepodobny! - Zadzierając głowę mężczyzna przypatrywał się figurze. - Sam by się nie poznał.
Tymon już się przymierzał, żeby zapytać: "Skąd pan może to wiedzieć?", lecz Muszka weszła mu w paradę:
- Ale jeszcze dlatego lubię tu przychodzić, że mogę się bawić z pieskami.
- Bo to dość nietypowy dom opieki - dodał Sumo. - Starszym ludziom wolno trzymać zwierzęta. Podobno dzięki temu czują się mniej samotni.
W chwilę potem przekroczyli bramę i pytanie, które Tymon miał na końcu języka, wyleciało mu z głowy na widok tego, co zobaczył.
- Gdzie są wszyscy? - wydukał.
Rodzice trójki rodzeństwa Muszkatów wyjechali na weekend do Londynu.Dzieci zostały pod opieką pani Zawady, która wprost z domu Muszkatów udaje się do sanatorium. I tu sprawy się komplikują. Taksówka pani Zawady odjeżdża, a przylot rodziców opóźnia się na skutek strajku kontrolerów lotów w Londynie. Tymczasem do drzwi puka nieznajomy, zwany dalej Wieloimiennym. Wzbudza zaufanie dzieci i papugi Sancho Pansa. Zostaje zaangażowany, do czasu wyjaśnienia sytuacji, w roli opiekunki do dzieci. Kim jest Wieloimienny? Dlaczego ma alergiczny kaszel? Kim jest Szef i hrabia Marcel von Fobiańczyk? - na te i wiele innych pytań, które pojawią się w książce, odpowiedź przyjdzie m.in w Domu Spokojnej Starości.
Książka napisana ładnym językiem, wartka akcja, sytuacyjne poczucie humoru, klimat tajemniczości. Wszystko co dzieciom może się podobać Jednak pomysł na książkę sztampowy, przewidywalny, mało zajmujący. Inaczej - jedna z wielu, dobra, ale szybko pójdzie w zapomnienie. Chyba lepiej wypożyczyć niż kupić.
Grzegorz Gortat
Muszkatowie czyli jeden za wszystkich, wszyscy za jednego
Ilustracje Katarzyna Kołodziej (nie zatrzymują...)
Wydawnictwo Literatura
Szli całą czwórką szeroką aleją prowadzącą do bramy wejściowej, mijając dużą tablicę informacyjną z napisem "DOM SPOKOJNEJ STAROŚCI".
- To tu mieszka pani Zimmermann? - zapytał uczeń profesora Kokoszki.
- Ja wyjaśnię - wyrwała się Muszka. - Pani Zimmermann sama mi o wszystkim opowiadała. Jak miała dziesięć lat, wybuchła wojna i cała jej rodzina zginęła. Dlatego jest sama.
- Była nauczycielką naszej babci, a potem mamy, stąd mama ją zna - wtrącił Sumo. - Choć całe życie uczyła dzieci, swoich nie miała. Staramy się odwiedzać panią Zimmerman przynajmniej raz w tygodniu. Ostatni raz byliśmy dwa tygodnie temu, a to dlatego, że był koniec roku szkolnego, a potem rodzice się szykowali do wyjazdu.
- Lubię tu przychodzić - ciągnęła Muszka. - Pani Zimmermann zna dużo ciekawych historii.
Przy murze, po prawej stronie bramy, na niewysokim cokole, stała naturalnej wielkości rzeźba z kamienia.
- A to kto?
- Święty Antoni - wyjaśnił Tymon. - Kiedyś był tu zakon franciszkanów. Jeszcze przed wojna władze zakonu zapisały cały teren jakiejś organizacji charytatywnej, która miała tu prowadzić dom spokojnej starości.
- To ma być Antoni? Akurat! Wcale niepodobny! - Zadzierając głowę mężczyzna przypatrywał się figurze. - Sam by się nie poznał.
Tymon już się przymierzał, żeby zapytać: "Skąd pan może to wiedzieć?", lecz Muszka weszła mu w paradę:
- Ale jeszcze dlatego lubię tu przychodzić, że mogę się bawić z pieskami.
- Bo to dość nietypowy dom opieki - dodał Sumo. - Starszym ludziom wolno trzymać zwierzęta. Podobno dzięki temu czują się mniej samotni.
W chwilę potem przekroczyli bramę i pytanie, które Tymon miał na końcu języka, wyleciało mu z głowy na widok tego, co zobaczył.
- Gdzie są wszyscy? - wydukał.
Rodzice trójki rodzeństwa Muszkatów wyjechali na weekend do Londynu.Dzieci zostały pod opieką pani Zawady, która wprost z domu Muszkatów udaje się do sanatorium. I tu sprawy się komplikują. Taksówka pani Zawady odjeżdża, a przylot rodziców opóźnia się na skutek strajku kontrolerów lotów w Londynie. Tymczasem do drzwi puka nieznajomy, zwany dalej Wieloimiennym. Wzbudza zaufanie dzieci i papugi Sancho Pansa. Zostaje zaangażowany, do czasu wyjaśnienia sytuacji, w roli opiekunki do dzieci. Kim jest Wieloimienny? Dlaczego ma alergiczny kaszel? Kim jest Szef i hrabia Marcel von Fobiańczyk? - na te i wiele innych pytań, które pojawią się w książce, odpowiedź przyjdzie m.in w Domu Spokojnej Starości.
Książka napisana ładnym językiem, wartka akcja, sytuacyjne poczucie humoru, klimat tajemniczości. Wszystko co dzieciom może się podobać Jednak pomysł na książkę sztampowy, przewidywalny, mało zajmujący. Inaczej - jedna z wielu, dobra, ale szybko pójdzie w zapomnienie. Chyba lepiej wypożyczyć niż kupić.
Grzegorz Gortat
Muszkatowie czyli jeden za wszystkich, wszyscy za jednego
Ilustracje Katarzyna Kołodziej (nie zatrzymują...)
Wydawnictwo Literatura
sobota, 15 lutego 2014
Michał Rusinek "Wierszyki rodzinne"
Jaskiniowiec
Gdy bylem mały, były momenty,
że obwieszczałem: "Jestem zajęty!
Proszę nie wchodzić mi do pokoju!
Ja tu pracuję w trudzie i znoju!"
Tak pracowałem pół dnia bez slowa,
aż w końcu praca była gotowa.
Gdy pokazalem z dumą jej piękno,
mama zemdlała, a tata jęknął.
Ja tylko przecież - daję wam słowo!-
narysowałem kredką woskową
od ramy okna do drzwi framugi
bitwę na dzidy oraz maczugi.
Tata rzekł: "Kara cię za to spotka".
Ja na to: "Tato, to przez praprzodka,
który w jaskiniach - co dzień od rana -
rysował bardzo pięknie po ścianach.
To po nim taki mam talent, tato.
I nie poradzę nic a nic na to".
Bardzo udany tomik, choć Wierszyki domowe wydają się ciekawsze i dużo bardziej finezyjne. Za to ilustracje zdecydowanie na plus w stosunku do poprzedniego tomu - adekwatne i pomysłowe stanowią ucztę dla oczu.
W wierszach sporo poczucia humoru, treści "pod spodem" i zaproszenie do poszukiwania własnych korzeni oraz odpowiedzi na pytanie: Kim jestem?
Michał Rusinek
Wierszyki rodzinne
Ilustracje Joanna Rusinek
Wydawnictwo Znak
Subskrybuj:
Posty (Atom)














